Rzecz dzieje się w Paryżu, w domu Harpagona.
Cóż to, nadobna Elizo, zapadłaś, widzę, w smutek po chwili serdecznego zapału, który sprawił, iż tak wspaniałomyślnie oddałaś mi wiarę i słowo? Wzdychasz, gdy ja jestem tak pełen radości? Powiedz, miałażbyś żałować, żeś mnie uczyniła szczęśliwym? Chciałażbyś cofnąć zadatek uczuć, do którego miłość moja zdołała cię nakłonić?
Nie, Walery, nie żałuję niczego. Zbyt słodka jakaś władza niewoli mnie ku tobie; nie mam nawet siły pragnąć, aby się to nie było stało. Ale jeżeli mam być szczera, przyszłość napełnia mnie niepokojem; wielce się obawiam, że miłość zaprowadziła mnie dalej, niżby się godziło.
I czemuż twoje ustępstwo napełnia cię obawą? Czegóż się lękasz?
Ach! Nie jednej, ale stu rzeczy: porywczości ojca, wymówek rodziny, sądu świata; ale nade wszystko, Walery, odmiany twego serca i tego okrutnego zobojętnienia, jakim wy, mężczyźni, odpłacacie najczęściej zbyt tkliwe dowody niewinnego uczucia.
Ach, nie czyń mi tej krzywdy i nie sądź wedle innych. Posądzaj mnie o wszystko raczej, Elizo, niż o to, bym mógł uchybić temu, com ci powinien. Nazbyt cię kocham, a miłość moja trwać będzie do grobu.
Ach, Walery, każdy wszak mówi to samo! W słowach wszyscy mężczyźni podobni są do siebie; czyny dopiero odsłaniają różnice.
Skoro więc czyny jedynie dają poznać, czym w istocie jesteśmy, zaczekaj przynajmniej, aż będziesz mogła wedle nich osądzić me serce, i nie obarczaj mnie zbrodniami czerpanymi w przedwczesnych podejrzeniach. Nie rań mnie, błagam, tak dotkliwym ciosem i zostaw mi czas, abym tysiącznymi dowodami mógł ci dowieść stałości mych płomieni.
Ach, jakże łatwo jest nas przekonać, gdy kogoś kochamy! O tak, Walery! I ja mniemam, że serce twoje niezdolne byłoby mnie zawieść. Wierzę, że kochasz prawdziwie i że mi będziesz wierny: nie chcę wątpić o tym i drżę już jedynie przed potępieniem świata.
Ale skąd tak czarne przypuszczenia?
Nie lękałabym się niczego, gdyby każdy patrzał na cię moimi oczyma: w osobie twej znajduję dostateczne usprawiedliwienie wszystkiego, com uczyniła. Moje serce, na swoją obronę, może się powołać na wszystkie twoje przymioty, poparte jeszcze długiem wdzięczności, który niebo kazało mi względem ciebie zaciągnąć. Co chwila staje mi przed oczami straszliwe niebezpieczeństwo, które po raz pierwszy zbliżyło nas do siebie; szlachetna odwaga, z jaką nie wahałeś się narazić życia, aby mnie wydrzeć wściekłości wzburzonych fal; pełna tkliwości opieka, jaką mnie otoczyłeś, wydobywszy z wody, oraz te wytrwałe świadectwa żarliwej miłości, której ani czas, ani przeszkody nie zdołały odstręczyć. Więcej jeszcze! Wszakże ta miłość każe ci zapominać o domu i ojczyźnie, zatrzymuje cię w tym mieście, zmusza cię, abyś, ze względu na mnie, trzymał w ukryciu stan i nazwisko, a wreszcie skłania do tego, iż aby mnie widywać, przyjąłeś obowiązki domownika mego ojca. Wszystko to nie mogło mnie nie przywiązać do ciebie i wystarcza najzupełniej w moich oczach, aby wytłumaczyć krok, na jaki się zgodziłam; nie wystarczy może jednak, aby go uniewinnić w oczach ludzi. Ach, wcale nie jestem pewna, czy świat zechce zrozumieć moje uczucia!
Ze wszystkiego, coś tu na mą korzyść wymieniła, jedynie mej miłości pragnąłbym przypisać jakąś zasługę; co zaś do skrupułów, to sam ojciec stara się aż nadto, aby postępek twój uczynić zrozumiałym dla świata. Ten bezmiar skąpstwa i surowość, z jaką obchodzi się z dziećmi, zdolne są usprawiedliwić najśmielszą decyzję. Przebacz mi, urocza Elizo, że się wyrażam w ten sposób; wiesz wszakże, że trudno by było złagodzić sąd w tej mierze. Skoro jednak, jak się spodziewam, uda mi się odszukać rodziców, z łatwością przyjdzie nam ich ubłagać. Oczekuję z całym upragnieniem wiadomości i sam gotów jestem udać się po nie, jeśli rzecz będzie się przewlekała.
Ach, Walery, nie ruszaj się stąd, błagam, staraj się tylko zjednać przychylność ojca!
Widzisz sama, jak usilnie pracuję nad tym i ile trzeba było zręczności, aby dostać się do jego domu; jak się maskuję nieustannie, byle mu się przypodobać, i jaką rolę odgrywam tutaj, jedynie dla kupienia sobie jego życzliwości. Czynię w niej zresztą zadziwiające postępy. Przekonuję się, że aby pozyskać sobie ludzi, nie ma na świecie lepszej drogi, jak stroić się we własne ich skłonności, przejmować się ich mniemaniami, patrzeć z zachwytem na ich wady i przyklaskiwać wszystkim uczynkom. Nie ma obawy, aby można było przesadzić w tej komedii, choćby się ją grało w sposób najwidoczniejszy w świecie. Gdy chodzi o pochlebstwo, najmędrsi ludzie posiadają istne skarby naiwności; nie ma nic tak bezczelnego ani tak niedorzecznego, czego by nie połknęli, skoro się należycie rzecz zaprawi pochwałami. Szczerość szwankuje cokolwiek przy takim zatrudnieniu, ale cóż, kiedy się potrzebuje kogoś, trzeba się doń nagiąć! Skoro to jest jedyny sposób zdobycia ufności, wina nie leży po stronie pochlebców, lecz tych, którzy domagają się pochlebstwa.
Ale czemu nie próbujesz również zjednać sobie poparcia mego brata, na wypadek, gdyby służącej przyszła ochota zdradzić tajemnicę?
Nie można zabiegać naraz o jedno i drugie; charakter ojca i syna są tak sprzeczne, że trudno by utrzymać się w podwójnej roli. Ale ty, ze swej strony, staraj się wpłynąć na brata i skorzystaj z przyjaźni, jaką ma dla ciebie, aby go nastroić przychylnie. Idzie właśnie. Odchodzę. Pomów z nim i odsłoń mu tyle, ile uznasz za stosowne.
Nie wiem, czy potrafię się zdobyć na to wyznanie.
Bardzo rad jestem, że cię samą zastaję, siostro; pragnąłem pomówić z tobą i zwierzyć się z pewnego sekretu.
Z miłą chęcią, bracie. Cóż masz mi do powiedzenia?
Wiele rzeczy, moja siostro; i to w jednym słowie. Kocham.
Kochasz?
Tak, kocham. Ale nim powiem cośkolwiek dalej, wiem, że zależny jestem od ojca i że powinność syna czyni mnie podwładnym jego woli; że nie godzi się przyjmować zobowiązania bez zezwolenia tych, którym zawdzięczamy życie; że niebo uczyniło ich panami naszych uczuć i że wolno nam rozrządzać sobą jedynie za ich wskazówką; że, nie ulegając wpływom szaleńczej namiętności, mogą mieć sąd o wiele zdrowszy i lepiej widzieć, co jest dla nas odpowiednie; że raczej trzeba polegać na bystrości ich rozsądku, niż na zaślepieniu żądzy, i że młodzieńcze porywy prowadzą nas najczęściej ku niebezpiecznym przepaściom. Mówię to wszystko, siostro, abyś ty nie potrzebowała sobie zadawać tego trudu; miłość moja bowiem nie chce o niczym słyszeć i proszę cię, byś oszczędziła sobie wszelkich perswazji.
Czy już związałeś się, bracie, wobec tej, którą tak kochasz?
Nie; ale jestem na to zupełnie przygotowany i błagam raz jeszcze, nie staraj się mnie odwodzić.
Czyż jestem, bracie, tak ograniczona?
Nie, siostro, ale ty nie kochasz; nie znasz słodkiej potęgi, z jaką tkliwe uczucie owłada sercem; dlatego lękam się twego rozsądku.
Ach, bracie, nie mówmy o moim rozsądku; nie ma człowieka, którego by on nie zdradził przynajmniej raz w życiu. Gdybym ci otworzyła serce, być może, okazałabym się w twoich oczach jeszcze mniej rozsądną od ciebie.
Och, dałby Bóg, aby twoje serce, podobnie jak moje...
Omówmyż najpierw twoją sprawę; powiedz mi, kto jest ta, którą pokochałeś?
Młoda osoba, która od niedawna mieszka w tej dzielnicy. Zda się, niebo samo stworzyło ją po to, aby natchnęła miłością każdego, kto się do niej zbliży. Na świecie nie może istnieć nic powabniejszego; wyznaję, iż straciłem zmysły od pierwszej chwili, kiedy ją ujrzałem. Nazywa się Marianna; mieszka z poczciwą matką, która prawie ciągle jest chora i do której przywiązana jest w sposób wprost niewiarygodny. Pielęgnuje ją, tuli i pociesza z czułością, która by cię wzruszyła do głębi. Wszystko, co czyni, tchnie jakimś niewymownym wdziękiem; w każdym postępku mieszczą się tysiące powabów, słodycz pełna uroku, pociągająca dobroć, uczciwość bez zmazy... ach, siostro, chciałbym, abyś ją mogła poznać.
Poznałam już niemal, bracie, z tego, co mówisz; abym zaś czuła dla niej sympatię, wystarcza mi, że ty ją kochasz.
Domyśliłem się, choć nic mi o tym nie mówiły, że nie są w zbyt świetnych stosunkach i że, mimo skromnego trybu, zaledwie mogą nastarczyć potrzebom. Czy ty pojmujesz, siostro, co to za szczęście móc się przyczynić do poprawienia losu osoby, którą się kocha; zręcznie udzielać nieznacznej pomocy skromnym potrzebom zacnej rodziny? Zrozum tedy, jak bolesne jest uczucie, że wskutek skąpstwa ojca niepodobieństwem jest dla mnie kosztować tej słodyczy i złożyć ukochanej w całej pełni świadectwo mej miłości.
Och, doskonale odczuwam, jak to musi być przykro.
Ach, siostro, bardziej, niż sobie można wyobrazić! Bo, powiedz, czy może być coś bardziej nieludzkiego niż te drobiazgowe braki, które cierpimy w tym domu, i ta straszna surowość, w jakiej jęczymy bez przerwy? I na cóż się nam przyda, że będziemy mieli kiedyś majątek, skoro posiądziemy go wówczas, gdy miną najpiękniejsze lata! Toż dziś, aby się utrzymać, muszę wręcz zadłużać się na wszystkie strony; jestem, jak i ty zresztą, zniewolony uciekać się do łaski kupców, aby po prostu ubrać się przyzwoicie. Słowem, chciałem z tobą mówić, abyś mi dopomogła wybadać ojca, jak się zapatruje na moje uczucie; gdybym napotkał na przeszkody, zdecydowany jestem wraz z ukochaną szukać szczęścia gdzie indziej... Na wszystkie strony staram się w tym celu zebrać potrzebną sumę. Jeśli ty, siostro, znajdujesz się w podobnym położeniu i jeśli ojciec będzie się sprzeciwiał naszym pragnieniom, opuścimy go oboje i wyzwolimy się z przemocy, w jakiej nieznośne skąpstwo więzi nas od tak dawna.
To prawda, z każdym dniem daje on nam więcej powodów do opłakiwania przedwczesnej śmierci matki...
Słyszę jego głos; oddalmy się nieco dla dokończenia zwierzeń, następnie zaś połączymy siły, aby przewalczyć ojcowską tyranię.
Precz mi stąd zaraz, w tej chwili, bez tłumaczeń! Dalej, zabierać mi się z domu, ty arcyhultaju, ty urodzony wisielcze!
Nie widziałem w życiu takiej złej bestii, jak ten przeklęty starzec! Doprawdy, myślę czasem, że on ma diabła w sobie.
Mruczysz jeszcze?
Za co mnie pan wygania?
Będziesz się pytał za co, obwiesiu jeden? Umykaj czym prędzej, bo cię ubiję na miejscu!
Cóż ja zrobiłem?
To zrobiłeś, że chcę, abyś się wynosił.
Mój pan, a syn pański, kazał mi tu czekać.
To idź, czekaj na ulicy, a nie stercz mi w domu, jak szyldwach na warcie, aby podpatrywać, co się dzieje, i ciągnąć ze wszystkiego korzyści. Nie chcę mieć bez ustanku pod nosem szpiega, zdrajcy, którego przeklęte oczy śledzą wciąż, co robię, pożerają wszystko, co posiadam, i myszkują na wsze strony, czyby się nie udało czegoś złasować.
Jakże pan chcesz, u diabła, aby panu można było coś złasować? Jakim cudem tego dokazać, skoro wszystko zamykasz pod kluczem i stoisz na straży we dnie jak i w nocy?
Będę zamykał, co mi się podoba, i stał na straży, ile tylko zechcę. Patrzcie mi wcibskich, którzy czuwają nad każdym moim krokiem! Po cichu na stronie. Drżę cały, czy on nie domyśla się czegoś o moich pieniądzach. Głośno. Ty może byłbyś zdolny rozsiewać plotki, że ja mam schowane pieniądze?
Pan ma schowane pieniądze?
Nie, łotrze, nie mówię tego wcale. Po cichu. To można oszaleć! Głośno. Pytam, ot tak, czy nie puszczasz takich bajeczek, aby mi na złość zrobić?
Ech, cóż komu na tym zależy, czy pan masz, czy nie masz; dla nas to wychodzi na jedno i to samo.
Będziesz mędrkował! Ja ci to mędrkowanie prędko wybiję z głowy! Zabieraj się; ostatni raz ci powiadam.
Dobrze więc: zabieram się.
Czekaj: nie wynosisz czego z domu?
Et! Cóż bym mógł stąd wynieść?
Chodź, chodź tutaj, niech zobaczę. Pokaż ręce.
Oto.
Drugie!
Drugie?
Tak.
Oto.
Nic tutaj nie schowałeś?
Niechże pan zobaczy.
Te szerokie hajdawery, to jakby stworzone na magazyny złodziejskie. Bardzo bym rad, aby kogo zaprowadziły na szubienicę.
Ach, jakże taki człowiek wart byłby swego losu i z jakąż radością okradłbym go naprawdę!
Hę?
Co?
Co ty mówisz o okradzeniu?
Mówię, że może pan wszystko przetrząsnąć, aby się przekonać, czy go nie okradłem.
Właśnie, właśnie.
Niech zaraza wygniecie skąpstwo i dusigroszów!
Hę? Co powiadasz?
Co powiadam?
Tak; co powiadasz o skąpstwie i dusigroszach?
Mówię, żeby zaraza wygniotła skąpstwo i dusigroszów.
O kimże to chcesz mówić?
O dusigroszach.
Któż to są ci dusigrosze?
Obrzydliwcy i brudasy.
Ale kogo przez to rozumiesz?...
Cóż się pan o to tak troszczy?
Bo mi się podoba.
Myśli pan, że chciałem mówić o panu?
Myślę, co myślę; ale chcę, abyś powiedział, do kogoś to mówił.
Mówiłem... mówiłem do mojej czapki.
Ejże, bo ja przemówię do twojego grzbietu.
Zabroni mi pan wymyślać na skąpców?
Nie; ale zabronię odpowiadać i być zuchwałym. Milczeć!
Nie wymieniłem nikogo.
Piśnij jeszcze, a kości ci połamię.
Uderz w stół...
Nie zmilczysz?
Niech stracę.
Ej, ej!
O, jeszcze jedna: czyś pan zadowolony?
Dalej, oddaj bez obszukiwania.
Co?
To, co wziąłeś.
Nic nie wziąłem.
Z pewnością?
Z pewnością.
No, to z panem Bogiem. Ruszaj do wszystkich diabłów!
Ładna odprawa, daję słowo!
Odpowiesz za to przed twoim sumieniem.
Oto mi kawał obwiesia! Wygląda mocno podejrzanie; wolałbym, aby ten pies kulawy raz zniknął mi już z oczu. Ach, cóż to za straszny kłopot mieć w domu tak znaczną sumę; szczęśliwy, kto ma cały majątek w bezpiecznej lokacie, a zachowa sobie tylko to, co potrzebne na codzienne wydatki! To niemała rzecz znaleźć w domu bezpieczną kryjówkę; co do mnie, wszystkie zamknięcia i skrzynie uważam za mocno niepewne i nierad na nich polegam. To istna przynęta dla złodziei: każdy przede wszystkim tam się dobiera.
Mimo to, nie wiem, czy dobrze uczyniłem, zakopując w ogrodzie dziesięć tysięcy talarów, które mi wczoraj oddano. Dziesięć tysięcy talarów w złocie, to suma dosyć... Na stronie, spostrzegając Kleanta i Elizę O nieba! Sam się zdradziłem! Zapał mnie uniósł; lękam się, iż rozprawiając sam ze sobą, mówiłem zbyt głośno. Do Kleanta i Elizy Co się stało?
Nic, ojcze.
Dawno jesteście tutaj?
Weszliśmy właśnie.
Słyszeliście...
Co, ojcze?
To...
Co takiego?
To, co mówiłem.
Nie.
Owszem, owszem.
Wybacz, ojcze...
Widzę dobrze, że was coś doleciało. Rozmawiałem właśnie sam ze sobą, jak ciężko dziś jest wydostać pieniędzy; mówiłem, że bardzo jest szczęśliwy, kto ma w domu z jakie dziesięć tysięcy talarów.
Obawialiśmy się zbliżyć, aby ci nie przeszkodzić, ojcze.
Bardzom rad, że wam to mogę powiedzieć, abyście sobie nie tłumaczyli fałszywie i nie wyobrażali, że to ja mam dziesięć tysięcy talarów.
Nie mieszamy się do twoich spraw, ojcze.
Dałby Bóg, abym je miał, owe dziesięć tysięcy.
Nie przypuszczam...
To byłby dla mnie interes nie lada.
To są rzeczy...
Przydałyby mi się bardzo...
Sądzę, że...
Wiedziałbym, co z nimi zrobić.
Jesteś, ojcze...
Nie narzekałbym wówczas na ciężkie czasy.
Mój Boże, wszakże ty, ojcze, nie masz chyba przyczyn do narzekania: wszystkim wiadomo, że posiadasz ładny majątek.
Ja, ładny majątek! Ci, co tak mówią, łżą bezczelnie. Nic fałszywszego pod słońcem; to tylko hultaje rozpuszczają umyślnie takie pogłoski.
Nie unoś się, ojcze.
To nie do wiary, że własne dzieci zdradzają mnie i stają w rzędzie moich nieprzyjaciół!
Czy to znaczy być twoim nieprzyjacielem, mówić, że posiadasz majątek?
Tak. Podobne gadania, a także i twoje szalone wydatki, staną się przyczyną, że któregoś dnia przyjdzie mi tu ktoś gardło poderżnąć w mniemaniu, że ja po prostu sypiam na złocie.
Jakież ja robię nadzwyczajne wydatki?
Jakie? Czy może być coś bardziej oburzającego niż te wspaniałe stroje, w których paradujesz po mieście? Wczoraj musiałem wyłajać Elizę, ale ty jesteś jeszcze gorszy. To woła o pomstę do nieba; ściągnąwszy z ciebie to, co masz na grzbiecie, można by uzyskać wcale ładny kapitalik. Mówiłem ci mało dwadzieścia razy, mój synu, że cały twój tryb życia bardzo mi się nie podoba; diabelnie mi coś bawisz się w markiza. Aby stroić się w ten sposób, musisz mnie chyba podskubywać.
Ej, bardzom ciekaw, jakby to można ojca podskubywać.
Cóż ja mogę wiedzieć? Skądże zatem bierzesz na to, aby się utrzymać na takiej stopie?
Ja, ojcze? Gram, po prostu; ponieważ zaś gram bardzo szczęśliwie, obracam całą wygraną na swoje potrzeby.
To bardzo źle robisz. Jeżeli masz szczęście w karty, powinieneś z tego korzystać i składać wygraną na uczciwy procent, aby się czegoś dociułać. Chciałbym bardzo wiedzieć, nie mówiąc już o reszcie, do czego służą te wstążki, którymi jesteś upierzony od stóp aż do głowy? Czy kilka sprzączek nie wystarczyłoby tak samo do przymocowania spodni? Bardzo też potrzebne wyrzucać pieniądze na peruczki, kiedy można nosić włosy swojego chowu, nie wydając ani szeląga! Założyłbym się, że w tych wstążkach i perukach utonęło co najmniej dwadzieścia pistoli; zaś dwadzieścia pistoli przynosi rocznie osiemnaście funtów, sześć susów i osiem denarów, chociażby się tylko pobierało jeden od dwunastu.
Masz słuszność, ojcze.
Dajmy temu pokój i mówmy o czym innym. Widząc, że Eliza i Kleant dają sobie znaki. Hej! Po cichu na stronie. Zdaje się, że się porozumiewają, aby mi zwędzić sakiewkę. Głośno. Cóż znaczą te miny?
Drożymy się z bratem, kto będzie mówił pierwszy; oboje mamy ci, ojcze, coś do powiedzenia.
I ja wam także.
To, co ci mamy powiedzieć, ojcze, dotyczy małżeństwa.
I ja również o małżeństwie chciałbym z wami pogadać.
Ach, ojcze!
Po cóż te krzyki? Czy słowo, czy rzecz sama tak cię przeraża, moja córko?
Biorąc małżeństwo tak, jak ty je pojmujesz, ojcze, może ono słusznie przerażać nas oboje. Lękamy się, że nasze uczucia znajdą się w niezgodzie z twoim wyborem.
Chwilę cierpliwości; nie macie się o co trwożyć. Wiem, czego wam trzeba; ani jedno, ani drugie nie będzie miało powodu się uskarżać na moje zamiary. Aby więc przystąpić do rzeczy, do Kleanta powiedz mi, czy zauważyłeś kiedy młodą osobę, imieniem Mariannę, mieszkającą niedaleko od nas?
Owszem, ojcze.
A ty?
Słyszałam tylko o niej.
I jak ci się wydaje, synu, ta panienka?
Osobą wprost uroczą.
Jej wejrzenie?...
Pełne niewinności i powabu.
Układ i obejście?...
Czarujące po prostu.
Nie uważasz, że taka dziewczyna zasługuje w zupełności, aby o niej pomyśleć?
Owszem, ojcze.
Że mogłaby być dla każdego pożądaną partią?
Bardzo pożądaną.
Że wygląda na osobę, która potrafi być dobrą gospodynią?
Niewątpliwie.
I że mąż mógłby z nią być szczęśliwy?
Z pewnością.
Jest tylko mała trudność: obawiam się, że nie posiada takiego posagu, do jakiego by się miało prawo.
Ach, ojcze, cóż znaczy majątek, gdy chodzi o małżeństwo z istotą godną uwielbienia!
Za pozwoleniem, za pozwoleniem. Można by rzec jedynie, że jeżeli się nie weźmie za nią tyle, ile by się pragnęło, można się starać odbić to na innych rzeczach.
Oczywiście!
Słowem, bardzo się cieszę, że się zgadzamy w zapatrywaniach: łagodne bowiem wejrzenie i stateczność panienki ujęły mnie za serce i, byleby miała bodaj jaki posażek, gotów jestem ją zaślubić.
Co? Jak?
Hę?
Jesteś gotów, ojcze, powiadasz...
Zaślubić Mariannę.
Kto? Ty, ojcze? Ty?
Tak, ja, ja, ja. Cóż to ma znaczyć?
Słabo mi się jakoś zrobiło. Pozwól mi odejść, ojcze.
To minie. Idź prędko do kuchni i wypij dużą szklankę czystej wody.
Oto nasi wymuskani panicze; tyle w nich siły, co w kurczęciu. To zatem, moja córko, postanowiłem dla siebie. Co do Kleanta, przeznaczam dlań pewną wdowę, o której mi właśnie mówiono dziś rano; ciebie zaś wydam za pana Anzelma.
Za pana Anzelma?
Tak; jest to człowiek dojrzały, rozsądny i doświadczony; nie ma więcej nad pięćdziesiąt lat i słynie ze swoich dostatków.
Ja nie pragnę wyjść za mąż, mój ojcze, jeżeli pozwolisz.
A ja, moja córeczko, moja duszyczko, pragnę, abyś wyszła za mąż, jeżeli pozwolisz.
Wybacz mi, ojcze.
Wybacz mi córko.
Jestem najuniżeńszą sługą pana Anzelma, ale, z przeproszeniem ojca, kłaniając się znowu żoną jego nie zostanę.
Jestem twoim najniższym podnóżkiem, ale, przedrzeźniając Elizę z przeproszeniem panny, żoną jego zostaniesz jeszcze dziś wieczór.
Dziś wieczór?
Dziś wieczór.
To być nie może, ojcze.
Będzie, moja córko.
Nie.
Tak.
Nie, powiadam.
Tak, powiadam.
Nie zmusisz mnie do tego, ojcze.
Zmuszę, moja córko.
Raczej się zabiję, niż przyjmę takiego męża.
Nie zabijesz się i przyjmiesz. Widział kto takie zuchwalstwo? Słyszał kto, aby córka w ten sposób przemawiała do ojca?
A słyszał kto, aby ojciec w ten sposób chciał wydawać córkę za mąż?
To partia bez zarzutu: założę się, że każdy tylko pochwalić może mój wybór.
A ja się założę, że nikt rozsądny nie może go pochwalić.
Oto Walery. Chcesz, abyśmy go obrali za sędziego w tej sprawie?
Chętnie...
Zdajesz się na jego wyrok?
Dobrze, uczynię, co on powie.
Zatem, rzecz załatwiona.
Chodź no, Walery. Obraliśmy cię właśnie, abyś powiedział, kto z nas ma słuszność: ja czy córka.
Ani wątpliwości, że pan.
A czy wiesz, o co chodzi?
Nie. Ale pan nie może nie mieć słuszności: pan, który jesteś wcieleniem rozsądku.
Pragnę dziś wieczór jeszcze wydać ją za mąż za statecznego i bogatego człowieka; tymczasem, ta ladaco w nos mi powiada, że jej to ani w głowie! Cóż ty na to?
Co ja na to?
Tak.
Hm, hm!
Co?
Powiadam, że w gruncie jestem najzupełniej pańskiego zdania; słuszność najoczywiściej jest po pańskiej stronie. Ale i córka nie jest tak zupełnie w błędzie, jeżeli...
Jak to! Imć Anzelm jest partią pierwszej wody; szlachcic to herbowy, człowiek spokojny, przyzwoity, rozsądny, zamożny, niemający dzieci z pierwszego małżeństwa. Co mogłaby znaleźć lepszego?
Wszystko prawda. Ale córka mogłaby znów odpowiedzieć, że pan traktujesz sprawę zbyt nagle; że trzeba by przynajmniej trochę czasu, aby się przekonać, czy jej serce...
Nie; taką sposobność trzeba w lot chwytać po prostu. Sprawa ta przedstawia dla mnie korzyść, której w innych warunkach nie mógłbym się spodziewać: godzi się ją wziąć bez posagu.
Bez posagu?
Tak.
Ha! Na to już nic nie mogę odpowiedzieć. Bagatela! To w istocie decydujący argument; muszę uchylić czoła.
Pewno, że to stanowi dla mnie oszczędność wcale pokaźną.
Oczywiście; nie można zaprzeczyć. Prawda, iż córka mogłaby nadmienić, że małżeństwo jest sprawą ważniejszą, niżby się zdawało; że chodzi tu o szczęście lub niedolę całego życia; że zobowiązanie, które ma trwać aż do zgonu, należy zaciągać z największą ostrożnością...
Bez posagu!
Ma pan słuszność; to rozstrzyga o wszystkim; rozumie się. Są ludzie, którzy by mogli sądzić, że w podobnej sprawie należałoby się liczyć i ze skłonnością córki; że tak znaczna nierówność wieku, chęci i usposobień narazić może na dotkliwe niebezpieczeństwa...
Bez posagu!
Tak, na to nie ma żadnej odpowiedzi; wiadomo. Któż, u diaska, mógłby się sprzeciwiać! Istnieją wprawdzie ojcowie, którzy by woleli raczej liczyć się z chęciami córki niż z takim wydatkiem; którzy by nie chcieli poświęcić jej szczęścia dla swojej korzyści i którzy ponad wszystko inne stawiają w małżeństwie słodką wzajemną sympatię, ową rękojmię czci, spokoju i szczęścia; słowem...
Bez posagu!
To prawda; to zamyka usta. Bez posagu! Jak się tu oprzeć takiemu argumentowi?
Oho! Zdaje mi się, że to pies szczeka. Czy tam komu nie przyszła chętka dobierać się do moich pieniędzy? Do Walerego. Nie rusz się; wracam za chwilę.
Czy ty żarty stroisz, Walery, aby mówić w ten sposób?
To aby go nie rozdrażnić i łatwiej dać sobie z nim radę. Sprzeciwiać się wprost to pewny sposób, aby wszystko popsuć; są ludzie, których można opanować jedynie pozorną ustępliwością, usposobienia nieznoszące opozycji. Takie natury buntują się przeciw każdej prawdzie, bronią się ile w ich mocy przed drogą rozsądku i jedynie krętymi ścieżkami można je doprowadzić tam, gdzie się zamierza. Udaj, że się zgadzasz na wszystko, a łatwiej zdołasz...
Ale to małżeństwo, Walery!...
Poszukamy sposobów, aby je udaremnić.
Ale jakich, skoro jeszcze dziś wieczór ma być zawarte?
Trzeba wyprosić zwłokę: najlepiej udać chorobę.
Zawezwą lekarzy i podstęp się wykryje.
Żartujesz? Czyż oni mają o tym jakie pojęcie? Tylko śmiało, możesz sobie wybrać chorobę, jaka ci się żywnie spodoba; znajdą z pewnością uczone argumenty, aby wytłumaczyć, skąd się wzięła.
Zdawało mi się tylko, Bogu dzięki.
A wreszcie, jako ostatni sposób, zostaje nam ucieczka, i jeśli miłość twoja, piękna Elizo, potrafi się zdobyć... Spostrzegając Harpagona. Tak, córka powinna być posłuszna ojcu. Nie trzeba zważać, czy mąż się podoba czy nie. Bez posagu! To wielkie słowo: gdy taki argument wchodzi w grę, obowiązkiem jest zamknąć oczy na wszystko.
Dobrze, to się nazywa mówić! O!
Przepraszam pana bardzo, jeśli się cokolwiek uniosłem i ośmielam się mówić do córki w ten sposób.
Jak to! Ależ zachwycony jestem! Chciałbym, abyś zyskał na nią wpływ nieograniczony. Do Elizy Tak, możesz się boczyć, ile ci się podoba: przelewam na niego całą władzę, od nieba mi daną, i życzę sobie, abyś we wszystkim była mu posłuszna.
Czy wobec tego zechce pani opierać się jeszcze...
Panie, pójdę jej jeszcze roztrząsać sumienie.
Owszem; bardzo ci będę wdzięczny. Z pewnością...
Zdrowo będzie, jeśli się jej trochę cugli przykróci.
To prawda. Należy...
Niech się pan nie obawia. Mniemam, iż dam sobie radę.
Staraj się, staraj. Muszę teraz wyjść do miasta; wrócę za małą chwilkę.
Tak, pieniądz jest darem najcenniejszym w świecie; powinnaś, pani, dziękować niebiosom, iż dały pani tak dzielnego i zacnego ojca. Skoro ktoś gotów jest wziąć pannę bez posagu, nie ma się co dłużej zastanawiać. Wszystko mieści się w tym słowie: bez posagu; ono powinno starczyć za młodość, piękność, urodzenie, honor, rozum i uczciwość.
Dzielny chłopak! To się nazywa mówić jak wyrocznia. Szczęśliwy, kto ma przy boku takiego człowieka.