Dalej, chodźcie tu wszyscy; dam wam rozkazy na dzisiaj i wyznaczę każdemu jego zajęcie. Chodź no tu, pani Claude, zacznijmy od pani. Pani Claude zbliża się z miotłą. Dobrze, już pod bronią. Tobie więc powierzam obowiązek posprzątania w całym mieszkaniu; proszę tylko nie ścierać za mocno: to bardzo niszczy. Prócz tego, oddaję pani podczas wieczerzy nadzór nad butelkami: jeśli się która gdzieś zawieruszy albo też jeśli się coś stłucze, pani będziesz za to odpowiadała: wytrąci się z zasług.
Roztropny wymiar kary.
No, ruszaj pani.
Ciebie, Ździebełko, i ciebie, Szczygiełek, przeznaczam do płukania szklanek i nalewania wina, ale tylko wówczas, gdy ktoś będzie miał pragnienie, a nie wzorem tych błaznów lokai, co to naprzykrzają się ludziom i namawiają do picia wówczas, kiedy się nikomu o tym nie śniło! Czekajcie, aż ktoś poprosi, i to nie jeden raz, a pamiętajcie przy tym nie żałować i wody.
Tak. Czyste wino uderza do głowy.
Czy mamy zdjąć płótnianki?
Tak, kiedy ujrzycie, że goście się już schodzą; a pamiętajcie nie zniszczyć liberii.
Ale kiedy, proszę pana, mój kaftan po jednej stronie z przodu strasznie poplamiony olejem...
A znowu moje szarawary całkiem podarte z tyłu, tak, że mi widać, uczciwszy uszy...
Sza! Trzymaj się zręcznie koło ściany i obracaj się zawsze frontem. Do Ździebelka, pokazując mu, w jaki sposób ma trzymać kapelusz przed sobą, aby zasłonić plamę z oleju A ty, kiedy będziesz usługiwał, trzymaj zawsze kapelusz w ten sposób.
Ty, moja córko, będziesz miała oko, gdy będą sprzątali ze stołu, i będziesz uważała, aby nic nie przepadło. To zajęcie dla młodej panienki. A pamiętaj też przyjąć jak należy moją narzeczoną, która cię chce odwiedzić: zabierzesz ją z sobą na jarmark. Rozumiesz?
Tak, ojcze.
Tak, niuńko.
A ty, paniczu, któremu łaskawie przebaczyłem ostatnie wybryki, proszę, aby ci również nie wpadło do głowy wykrzywiać się na nią.
Ja, ojcze? Wykrzywiać się na nią! Z jakiej przyczyny?
Mój Boże! Już my wiemy, co sobie myślą dzieci, kiedy ojciec żeni się powtórnie, i jakim okiem patrzą zazwyczaj na tak zwaną macochę. Ale, jeżeli pragniesz, abym zupełnie wymazał z pamięci ostatnią sprawkę, zalecam ci, byś tę osobę przyjął jak najuprzejmiej i był dla niej tak grzeczny, jak tylko zdołasz.
Jeżeli mam prawdę wyznać, ojcze, nie mogę powiedzieć, abym był bardzo rad z tego, iż ta osoba zostanie moją macochą: skłamałbym, gdybym to utrzymywał; ale, co się tyczy grzecznego przyjęcia, ręczę ci, ojcze, iż pod tym względem spotkasz się z najściślejszym posłuszeństwem.
No, pamiętaj!
Zobaczysz, ojcze, nie będziesz miał powodu się uskarżać.
Bardzo ci się to chwali.
Walery, pomóż mi w tej sprawie. Chodź tu, imci Jakubie, zbliż się, zachowałem cię na ostatek.
Czy do stangreta zamierza pan mówić czy do kucharza? Bo jestem i jednym, i drugim.
Do obydwóch.
Ale do którego najpierw?
Do kucharza.
Niech pan zaczeka, jeśli łaska. Zdejmuje liberię stangreta i ukazuje się ubrany za kucharza.
Cóż to, u diaska, za jakieś komedie?
Jestem na usługi.
Przyrzekłem wydać dziś kolację, Jakubie.
Cuda się dzieją!
Powiedz no mi: potrafisz zgotować jak się należy?
Owszem, jeżeli pan da dosyć pieniędzy.
Cóż u diabła, ciągle pieniędzy! Zdawałoby się, że oni nie umieją nic innego, jak tylko: pieniędzy, pieniędzy, pieniędzy. Wciąż jedno słowo w gębie: pieniędzy! Ciągle słyszę tylko: pieniędzy! Oto ich ulubiony konik: pieniądze!
Słyszał kto kiedy bezczelniejszą odpowiedź! Wielka sztuka ugotować dobrą kolację za drogie pieniądze! To najłatwiejsza rzecz pod słońcem; nie ma tak miernej mózgownicy, która by się nie wysiliła na to. Kto chce okazać, że jest zdatnym człowiekiem, powinien umieć dać dobrze jeść za tanie pieniądze.
Dobrze jeść za tanie pieniądze?
Rozumie się.
Dalibóg, panie rządco, bardzo byłbym wdzięczny, gdybyś mnie pan nauczył tego sekretu i objął urząd kucharza, bo, jak widzę, w tym domu do wszystkiego chcesz nos wściubiać.
Cicho mi! Czegóż więc trzeba?
Oto jest tu pan rządca, który ugotuje panu dobrze jeść za tanie pieniądze.
Hej tam! Masz mi odpowiadać na pytanie.
Ileż osób?
Osiem do dziesięciu; ale trzeba liczyć tylko na osiem. Gdzie jest dla ośmiu, znajdzie się i dla dziesięciu.
Rozumie się.
Ano, to trzeba będzie cztery wielkie dania i pięć przystawek. Zupa... Pierwsze danie...
Cóż u diabła, to by starczyło dla całego miasta!
Pieczyste...
A, łotrze, pożreć chcesz mnie całego!
Legumina...
Jeszcze?
Chcesz, aby wszyscy popękali? Czy pan po to sprosił gości, aby ich uśmiercać z przejedzenia? Idźże sobie przeczytać jakie przepisy zdrowotne i popytaj się lekarzy, czy może być coś szkodliwszego dla człowieka niż nadmierne jedzenie.
Ma słuszność.
Dowiedzże się, Jakubie, ty i podobni tobie, że to prosta mordownia — stół przeładowany potrawami. Kto chce się okazać prawdziwym przyjacielem swoich gości, daje im jeść skromnie; toć, wedle słów starożytnego filozofa, po to się je, aby żyć, nie zaś po to żyje, aby jeść.
Ach, pięknie powiedziane! To najpiękniejsza sentencja, jaką słyszałem w życiu: Po to się żyje, aby jeść, a nie po to je, aby żyć... Nie, nie, to nie to. Jak ty to powiedziałeś?
Że po to się je, aby żyć, a nie po to żyje, aby jeść.
Aha. Słyszałeś? Do Walerego Cóż to za wielki mędrzec powiedział?
Nie przypominam sobie w tej chwili.
Pamiętaj mi spisać te słowa: chcę je wyryć złotymi literami nad kominkiem.
Nie omieszkam. Co zaś się tyczy wieczerzy, niech pan to mnie pozostawi; już ja wszystko zarządzę jak trzeba.
Więc dobrze.
Tym lepiej! Mniej będę miał kłopotu.
Najlepiej dać coś takiego, czego nie można dużo jeść i co zaraz syci; ot, potrawkę baranią, dobrze tłustą: do tego ciasto nadziewane gęsto kasztanami. To zapycha.
Niech się pan na mnie spuści.
A teraz, Jakubie, trzeba wychędożyć karocę.
Niech pan czeka: to do stangreta. Wkłada płaszcz. Powiada pan...
Że trzeba wychędożyć karocę i mieć konie w pogotowiu. Zawieziesz na jarmark...
Pańskie konie? Ależ, dalibóg, one po prostu z nóg lecą! Nie powiem panu, że leżą na podściółce: biedne zwierzęta nie wiedzą, co to podściółka, nie ma co o tym gadać! Ale trzyma je pan na tak ścisłym poście, że to już zaledwie cienie, widma, szkielety, a nie konie.
Wielka im krzywda! Cały dzień nic nie robią.
Pan myśli, że kto nic nie robi, to już jeść nie potrzebuje? Lepiej by wyszło na zdrowie biednym bydlętom pracować porządnie, ale za to najeść się do syta. Serce się kraje patrzeć na tę mizerię! Bo, koniec końców, człowiek ma serce dla swoich koni: zdaje mu się, że sam cierpi, kiedy patrzy na ich niedolę. Od ust sobie codziennie odejmuję, aby je pożywić; to, proszę pana, trzeba być z kamienia, aby tak nie mieć litości nad bliźnim...
Niewielka praca odwieźć panienki na jarmark.
Nie, panie, nie miałbym odwagi ich zaprząc, sumienie by mnie gryzło, gdybym uderzył batem te chudzięta. Jakże pan chcesz, aby one zawlokły karocę, skoro same ledwie się wloką!
Uproszę sąsiada, aby zastąpił Jakuba na koźle; wszakże i tak będzie tu potrzebny.
Niech będzie. Wolę już, niech zginą z innej ręki, nie z mojej.
Pan Jakub coś dużo rezonuje.
Pan rządca coś we wszystko nos wścibia.
Cicho tam!
Ja bo, proszę pana, znieść nie mogę lizunów i dobrze widzę, do czego to zmierza. Te jego wieczne trzęsienie się nad chlebem, winem, nad drzewem, solą i świecami, to tylko po to, aby panu bakę świecić i ująć pana za serce. Wściekłość mnie już bierze; przykro mi, doprawdy, codziennie słyszeć, co ludzie gadają o panu. Niech co chce będzie, ja i dla pana, mimo wszystko, mam serce: po moich koniach, pan jest człowiekiem, którego kocham najwięcej na świecie.
Mógłbyś mi powiedzieć, mości Jakubie, co o mnie gadają?
Owszem, gdybym był pewny, że się pan nie pogniewa.
Nie, ani trochę.
Aha! Pewien jestem, że pan by się rozzłościł.
Ani mi się śni. Owszem, przyjemność mi zrobisz; rad będę usłyszeć, co ludzie o mnie mówią.
Skoro więc pan każe, powiem otwarcie, że drwią sobie wszędzie z pana. Ze wszystkich stron przycinki za pana musimy znosić, świat nie ma większej uciechy niż dworować sobie z pana i obnosić coraz to nowe powiastki o pańskim sknerstwie. Jeden mówi, że pan każe drukować osobne kalendarze z podwójną ilością dni krzyżowych i wigilii, aby domownikom nałożyć dubeltową liczbę postów; drugi, że pan zawsze się umie pogniewać o coś na służbę z okazji Nowego Roku lub odprawy, aby móc nic nie dać. Ten opowiada, że pewnego razu pozwałeś pan kota z sąsiedniego domu za to, że zjadł panu resztkę potrawki baraniej; ów, że schwytano pana w nocy, jak pan sam odkradał owies koniom, i że własny stangret, ten, co tu był przede mną, wrzepił panu po ciemku porcyjkę batogów, do których się pan nikomu nie przyznał. Słowem, mam rzec prawdę? Ruszyć się nie można, aby się nie słyszało, jak pana obrabiają na wszystkie strony. Jesteś pan pośmiewiskiem całego świata; nikt o panu inaczej nie mówi, tylko jak o skąpcu, dusigroszu, brudasie i lichwiarzu.
Jesteś głupiec, bałwan, hultaj i bezczelnik.
A co, nie zgadłem? Nie chciał pan wierzyć. Mówiłem, że się pan pogniewa, jak powiem prawdę.
Nauczę cię takich gadań!
Widzę, mości Jakubie, że źle ci płacą za twą szczerość.
Do licha, mości przybłędo, który chcesz tutaj grać ważną figurę, to nie twoja sprawa. Śmiej się z kijów, które sam dostaniesz, nie z moich.
Ejże, panie Jakubie, proszę, niech się pan nie złości.
Oho, coś mi cienko śpiewa! Spróbuję udać zucha, a jeśli będzie dość głupi, aby się przestraszyć, przetrzepię go trochę. Głośno. A czy wiesz, panie śmieszku, że ja śmieszków nie lubię i że jeżeli będziesz mi w drogę właził, nauczę cię śmiać się z innego tonu? Następuje groźno na Walerego, który się cofa.
Ejże, z wolna!
Co, z wolna? Jak mi się będzie podobało!
Za pozwoleniem.
Widzicie błazna!
Panie Jakubie...
Nie ma żadnego pana Jakuba. Jak się wezmę do kija, to ci tak skórę wyłoję...
Jak to: do kija? Walery następuje z kolei na Jakuba.
Nic, nic, ja tylko tak...
Czy ty wiesz, panie śmiałku, że bardzo łatwo mógłbym przełoić ja ciebie?
Ależ nie wątpię.
Że ostatecznie jesteś tylko lichym kuchtą?
Wiem, wiem.
I że mnie jeszcze nie znasz jak należy.
Niech pan daruje.
Wyłoisz mi skórę, powiadasz?
Tak sobie żartowałem.
A mnie twoje żarty wcale nie smakują. Okładając kijem Jakuba. Niech cię to na drugi raz oduczy od głupich żartów.
Niech diabli wezmą szczerość! To liche rzemiosło: wyrzekam się go; odtąd nie w głowie mi mówić prawdę. Mniejsza zresztą o mego pana; on ma przynajmniej jakieś prawo mnie grzmocić; ale co z panem rządcą, jeszcze się porachujemy.
Nie wiesz, Jakubie, czy pan w domu?
O, w domu, w domu, wiem aż nadto dobrze.
Powiedz mu, proszę, że czekamy.
Oho, jakiś niebrzydki buziaczek!
Ach, Frozyno, tak mi dziwnie jakoś; jeśli mam prawdę powiedzieć, strasznie się boję tego spotkania.
Ale dlaczego? Skądże ten niepokój?
Ach, ty się pytasz? Czy nie możesz sobie wyobrazić uczucia osoby, która za chwilę ma zobaczyć narzędzia tortur, na jakie jest skazana?
Wierzę bardzo, że gdyby chodziło o przyjemny rodzaj śmierci, wolałabyś do tego inne narzędzie niż pana Harpagona. Poznaję z twojej minki, że młody elegancik, o którym mi mówiłaś, zaprószył ci nieco głowę.
Tak, Frozyno, nie myślę przeczyć; wyznaję, iż kilkakrotne jego odwiedziny i obejście tak pełne grzeczności i szacunku zostawiły mi nader miłe wspomnienie.
Ale czy dowiedziałaś się bodaj, kto to taki?
Nie, nie wiem; ale to wiem, że jest człowiekiem, którego można pokochać. To pewna, gdyby rzeczy zależały od mego wyboru, wolałabym raczej jego niż innego, i wspomnienie to niemałą odgrywa rolę we wstręcie do narzuconego mi małżeństwa.
Mój Boże! takie gagatki są bardzo przyjemne i umieją się przypodobać; ale cóż, zwykle są goli jak święci tureccy. Lepszy zaprawdę los czeka cię z mężem starym, ale bogatym. Przyznaję, że związek taki nie wróży zbyt wielkich rozkoszy i że trzeba będzie przewalczyć trochę wstrętu; ale to przecież nie na wieczność! Śmierć jego, wierzaj, pozwoli ci znaleźć kogoś milszego, kto zatrze to przykre wspomnienie.
Mój Boże, Frozyno, to straszna rzecz, iż, aby móc być szczęśliwą, trzeba życzyć lub oczekiwać dopiero czyjegoś zgonu! Śmierć nie zawsze jest tak uprzejma dla naszych zamiarów.
Czy panna żartuje? Wychodzisz zań tylko z tym warunkiem, że zostajesz prędko wdową; to jeden z punktów ślubnego kontraktu! To byłaby bezczelność, gdyby miał nie umrzeć do kwartału! Ale otóż i on we własnej osobie.
Ach, Frozyno, cóż za postać!
Nie gniewaj się, piękna panienko, że ci się ośmielam przedstawić w okularach. Wiem, że twoje wdzięki dostatecznie jaśnieją oczom, dość są widoczne same przez się i nie potrzeba szkieł, aby się ich dopatrzeć; ale wszak i na gwiazdy ludzie patrzą przez szkła. Ja twierdzę i zaręczam, że pani jesteś gwiazdą, i jaką gwiazdą! Najpiękniejszą gwiazdą, jaka istniała kiedy w krainie gwiazd. Frozyno, ależ ona nic nie odpowiada? Nie okazuje żadnej radości z mego widoku?
Jeszcze nie może ochłonąć; przy tym dziewczęta zawsze się wstydzą pokazać tak od razu, co się dzieje w serduszku.
Masz słuszność. Do Marianny Oto, piękna duszyczko, córka pragnie się z tobą przywitać.
Zbyt późno dopełniam tego miłego obowiązku.
Pani uczyniłaś to, co ja powinnam była uczynić: do mnie należało uprzedzić panią.
Duża dziewczyna, nieprawdaż? Ale złe zielsko zawsze prędko rośnie.
O, cóż za wstrętny człowiek.
Co mówi moja ślicznotka?
Że pan jest zachwycający.
Zbyt jesteś łaskawa, czarująca istoto.
Cóż za figura!
Jestem ci nader obowiązany za takie uczucia.
Nie wytrzymam dłużej.
Oto syn pragnie złożyć ci uszanowanie.
Ach, Frozyno, cóż za zdarzenie! To właśnie ten, o którym ci mówiłam.
Istotnie, nadzwyczajny zbieg okoliczności.
Uważam, iż pani się dziwi, widząc mnie ojcem tak dorosłych dzieci, ale wkrótce zbędę się obojga.
Jeśli mam pani prawdę wyznać, nie spodziewałem się nigdy takiego spotkania. Zdziwiłem się niemało, kiedy mi dziś rano ojciec obwieścił swój zamiar.
Toż samo mogłabym powiedzieć o sobie. To spotkanie zaskoczyło mnie nie mniej od pana; nie byłam przygotowana na taką przygodę.
To pewna, pani, iż ojciec nie mógł uczynić lepszego wyboru i że zaszczyt oglądania pani jest dla mnie niemałym szczęściem; jednakże, mimo wszystko, nie będę pani upewniał, iż z radością powitam w tobie moją macochę. Dworne owacje zbyt trudne mi są w tych warunkach; niepodobieństwem mi jest winszować pani tego tytułu. Te słowa mogłyby się wydać nie dość uprzejme; ale pewien jestem, że ty, pani, zrozumiesz je tak, jak należy, i pojmiesz, iż ten związek musi we mnie budzić bardzo naturalną odrazę. Wiedząc, kim jestem, nie możesz się nie domyślać, do jakiego stopnia staje on w drodze mym pragnieniom; jeżeli mam prawdę wyznać, powiem, z przeproszeniem mego ojca, że gdyby rzeczy zależały ode mnie, małżeństwo to nie przyszłoby nigdy do skutku.
A to doprawdy bezwstydnik! Ładna oracja powitalna!
Ja zaś, w odpowiedzi, wyznam, że moje uczucia w tym względzie są zupełnie podobne. Jeżeli panu byłoby przykro widzieć we mnie macochę, i mnie również bardzo byłoby niemiło ujrzeć w nim pasierba. Nie myśl, proszę, że to z mej woli grozi panu to niebezpieczeństwo. Za nic nie chciałabym panu zrobić przykrości; i, o ile przemoc nie zmusi mnie do tego, daję panu słowo, że nie przystanę nigdy na małżeństwo, które pana martwi.
Ma słuszność. Na takie głupie odezwanie trzeba odpowiedzieć z tego samego tonu. Przepraszam cię bardzo, ślicznotko, za zuchwalstwo syna; głuptas nie pojmuje jeszcze znaczenia tego, co mówi.
Upewniam, że się nie czuję bynajmniej obrażoną; przeciwnie, sprawił mi przyjemność, wyrażając otwarcie swe prawdziwe uczucia. Podoba mi się to wyznanie; gdyby przemówił inaczej, zmniejszyłoby to mój szacunek dla niego.
Zbyt dobra jesteś, że tak tłumaczysz jego głupstwa. Z czasem zresztą nabierze rozsądku; zobaczysz, że zmieni zapatrywania.
Nie, ojcze, nie byłbym zdolen odmienić uczuć i proszę usilnie panią, byś zechciała im uwierzyć.
Patrzcie mi błazna! Brnie coraz dalej!
Czy chciałbyś, ojcze, abym kłamał swoim myślom?
Jeszcze! Zaczniesz ty mi gadać z innego tonu?
Dobrze więc, ojcze, skoro tak każesz, będę przemawiał inaczej. Pozwól więc, pani, że postawię się na miejscu ojca i wyznam ci, iż nie widziałem w świecie nic równie uroczego; nie pojmuję większego szczęścia niż podobać się tobie; tytuł twego męża jest zaszczytem i rozkoszą, które bym przełożył nad potęgę największych władców świata. Tak, pani; szczęście posiadania cię jest w moich oczach najpiękniejszym losem, a w zdobyciu go pokładałbym całą mą dumę. Nie istnieje nic, czego bym nie był zdolny uczynić dla tak kosztownej nagrody; najpotężniejsze zapory...
Hola, synu, hola!
W twoim imieniu, ojcze, przemawiałem do pani.
Do kroćset, mam język, aby mówić za siebie; nie potrzebuję adwokata. Hej tam, krzeseł!
Nie; lepiej udamy się teraz na jarmark, aby wcześniej wrócić i mieć więcej czasu do gawędki.
Wołaj tam, niech zaprzęga.
Zechciej wybaczyć, ślicznotko, że nie pomyślałem o jakiej przekąsce przed spacerem.
Postarałem się o to, ojcze: kazałem w twoim imieniu przynieść parę koszy chińskich pomarańcz, daktyli i konfitur.
Walery!
Zwariował!
Uważasz, ojcze, że to nie dosyć? Mam nadzieję, że pani zechce darować...
Ależ i to było zupełnie zbyteczne.
Czy zdarzyło się pani widzieć kiedy piękniejszy diament, niż ten, który ojciec ma na palcu?
W istocie, błyszczy wspaniale.
Musi pani blisko zobaczyć.
Bardzo piękny, rzeczywiście, ogień ma niezrównany.
Nie, pani, w zbyt pięknych znajduje się rączkach. Chciej pani przyjąć ten mały upominek, jaki ci składa ojciec.
Ja?
Nieprawdaż, ojcze, pragnąłbyś, aby pani przyjęła ten pierścień dla twojej miłości?
Jak to?
Ależ tak! Ojciec daje mi znaki, abym panią nakłonił do przyjęcia.
Nie chciałabym...
Żartuje pani? Za nic w świecie nie wziąłby go z powrotem.
Oszaleję!
To byłoby...
Ależ nie, pani, to byłaby obraza.
Ależ proszę.
Ani mowy.
Niech wszyscy czarci...
O, jaki wzburzony odmową!
A, zdrajco!
Widzi pani, jest w rozpaczy.
Kacie! Opryszku!
To nie moja wina, ojcze. Robię, co mogę, aby panią nakłonić; cóż, kiedy się upiera.
Wisielcze!
Jesteś pani przyczyną, iż ojciec pogniewał się na mnie.
Łotrze!
Przyprawisz go o chorobę. Przez litość, pani, nie opieraj się dłużej.
Mój Boże! Cóż za ceremonie. Weźże pierścionek, skoro pan chce koniecznie.
Aby więc pana nie gniewać, zatrzymuję go na razie, lecz nie omieszkam zwrócić przy sposobności.
Panie, człowiek jakiś chce mówić z panem.
Powiedz, że jestem zajęty; niech przyjdzie innym razem.
Mówi, że przyniósł pieniądze dla pana.
Wybacz mi, pani; wracam natychmiast.
Panie...
Och! Zabił mnie.
Co się stało, ojcze, czy zrobiłeś sobie co złego?
Zdrajca! Musieli go przekupić moi dłużnicy, aby mi kark skręcił.
Ależ nie, nic panu nie będzie.
Przepraszam bardzo, myślałem, że trzeba się śpieszyć.
Czego chcesz, gałganie?
Chciałem powiedzieć, że konie niepodkute.
Niechże je prędko zawiodą do kowala.
Zanim więc je okują, pozwolisz, ojcze, że będę za ciebie robił honory domu i zaprowadzę panią do ogrodu, gdzie kazałem podać podwieczorek.
Walery, miejże przynajmniej oko na wszystko i staraj się uratować, ile będzie można, aby odesłać z powrotem do sklepu.
Niech pan będzie spokojny.
O synu wyrodny! Chcesz więc mej ruiny?