Niech pan się na mnie spuści; znam moje rzemiosło, Bogu dzięki. Nie pierwszyzna mi łapać złodziei; chciałbym mieć tyle razy po tysiąc franków, ilu ludzi posłałem na szubienicę.
Wszystkie władze poruszyłem, aby się zajęły tą sprawą. Jeśli mi nie odnajdą moich pieniędzy, sądy przed sąd zawezwę.
Należy dopełnić wszelkich formalności. Ile pan powiada, że było w szkatułce?
Okrągłe dziesięć tysięcy talarów.
Dziesięć tysięcy talarów.
Dziesięć tysięcy talarów!
Wcale poważna kradzież!
Nie ma dość straszliwej kary za tak potworną zbrodnię; gdyby to miało ujść bezkarnie, żadna świętość nie byłaby bezpieczna.
W jakiej walucie była ta suma?
W nowiutkich luidorach i pistolach pełnej wagi.
Kogo pan podejrzewasz?
Wszystkich; żądam, byś pan aresztował całe miasto i przedmieścia.
Najlepiej będzie, niechaj mi pan wierzy, nie płoszyć nikogo i starać się ostrożnie wyłapać jakieś poszlaki, a potem dopiero z całą surowością przystąpić do wydobycia skradzionych pieniędzy.
Zaraz wrócę. Tymczasem niechaj go zarżną, niech przypieką mu nogi, wpakują go do wrzącej wody i powieszą u powały.
Kogo? Złodzieja?
Mówię o prosiaku, którego rządca mi przysłał, a którego chcę na dziś przyprawić wedle mego przepisu.
Nie o to teraz chodzi; jest tu właśnie pan, z którym trzeba pomówić o innych rzeczach.
Proszę się nie przestraszać. Jestem człowiek bardzo wyrozumiały: wszystko pójdzie jak po maśle.
Pan także proszony na kolację?
Zatem, mój przyjacielu, nie trzeba nic zatajać.
Daję słowo, wystąpię, jak zdołam najlepiej, i ugoszczę was, jak należy.
Nie o to chodzi.
Jeżeli państwa nie uraczę tak, jak bym pragnął, to wina rządcy, który podcina mi skrzydła nożycami oszczędności.
Łajdaku! O co innego idzie, nie o kolację; gadaj natychmiast, co wiesz o pieniądzach, które mi skradziono.
Skradziono co panu?
Tak, łotrze, i każę cię natychmiast powiesić, jeżeli nie oddasz!
Mój Boże! Niechże mu pan nie wymyśla. Widzę z twarzy, że to uczciwy człowiek i że nie czekając, aż go wpakują do więzienia, opowie dobrowolnie wszystko. Tak, mój przyjacielu, jeśli wyznasz całą prawdę, nie stanie ci się nic złego i otrzymasz od pana sowitą nagrodę. Okradziono go dzisiaj: niepodobna, byś nie wiedział czegoś.
Wyborna sposobność, aby się zemścić na rządcy... Odkąd wkręcił się do domu, wszystko tańcuje, jak on zagra, nikt już ani pisnąć nie może. A i kije dzisiejsze także dobrze pamiętam.
Cóż ty mamrotasz?
Niech mu pan da pokój. Zbiera widocznie myśli, aby uczynić zadość pańskim chęciom; mówiłem panu, że to porządny człowiek.
Panie, jeśli mam powiedzieć całą prawdę, myślę, że to rządca wypłatał tę sztukę.
Walery?
Tak.
On! Który zdawał się tak wierny?
Właśnie. Jestem przekonany, że to on ściągnął.
Z czegóż tak myślisz?
Z czego?
Tak.
Myślę... z tego, co myślę.
Trzeba wskazać wyraźnie, na czym to opierasz.
Widziałeś go może, jak krążył koło miejsca, gdzie były ukryte pieniądze?
Oczywiście. Gdzież były?
W ogrodzie.
Właśnie widziałem, jak krążył po ogrodzie. A w czym były schowane?
W szkatułce.
To, to, to. Widziałem u niego szkatułkę.
Jakżeż wyglądała ta szkatułka? Przekonamy się zaraz, czy to ta sama.
Jak wyglądała?
Tak.
Wyglądała... No... jak szkatułka.
To się rozumie. Ale opisz ją nieco dokładniej.
No, taka duża szkatułka.
Ta, którą skradziono, była mała.
No tak, niby mała, jeśli brać rzecz z tej strony, ale mówię, że duża, przez wzgląd na zawartość.
Jakiego koloru?
Koloru?
Tak.
Koloru... niby koloru... może mi pan podda wyrażenie.
No?
Nie była czerwona?
Nie, szara.
Właśnie; czerwono-szara, to chciałem powiedzieć.
Nie ma wątpliwości; z pewnością ta sama. Pisz pan, panie komisarzu. Zapisz pan jego zeznanie. O nieba! Komuż dzisiaj zaufać! Nie można już za nikogo ręczyć; po tym, co zaszło, wierzę, że byłbym zdolny okraść sam siebie.
Panie, właśnie rządca nadchodzi. Niechże mu pan nie powie bodaj, że to ja go wydałem.
Zbliż się tu, wyznaj najczarniejszy postępek, najniegodziwszy zamach, jaki kiedykolwiek popełniono na ziemi!
O co chodzi?
Jak to, zdrajco! Nie rumienisz się za swą zbrodnię?
Jaką zbrodnię?
Jaką zbrodnię, bezwstydny! Nie wiesz niby, o czym mówię! Próżno udawać; cała rzecz odkryta; dowiedziałem się o wszystkim. Jak śmiałeś nadużyć mej dobroci, wciskać się w dom, aby mnie zdradzić, aby mnie podejść w sposób tak haniebny?
Panie, skoro więc wszystko odkryto, nie będę szukał wykrętów, nie chcę się niczego wypierać.
Ej, ej, czyżbym, sam o tym nie wiedząc, trafił w sedno?
Zamiarem moim było mówić z panem, i czekałem tylko pomyślniejszych okoliczności; ale, skoro tak się stało, zaklinam, byś się nie unosił i raczył wysłuchać mego usprawiedliwienia.
I cóż za usprawiedliwienie możesz przytoczyć, złodzieju nikczemny?
Och, panie, nie zasłużyłem na takie nazwisko. To prawda, zawiniłem ciężko względem pana, ale, zważywszy wszystko, błąd mój jest do przebaczenia.
Jak to? Do przebaczenia! Taka zasadzka! Taki bezczelny rabunek!
Przez litość, nie unoś się pan takim gniewem. Skoro mnie wysłuchasz, przekonasz się, że zło nie jest tak wielkie, jak się wydaje.
Nie tak wielkie, jak się wydaje! Jak to! To moja krew, moje wnętrzności, ty wisielcze!
Krew pańska nie dostała się w niegodne ręce. Osoba moja i pochodzenie nie przynoszą jej bynajmniej wstydu; nie stało się zgoła nic, czego bym nie mógł naprawić.
Tego też żądam, abyś oddał to, coś zrabował.
Honor pański otrzyma pełne zadośćuczynienie.
Tu nie chodzi o żaden honor. Ale powiedz, co cię popchnęło do takiego czynu?
Och! I pan pyta?
Oczywiście, że pytam!
Bóstwo, niosące z sobą uniewinnienie błędów, do których przywodzi: miłość.
Miłość?
Tak.
Ładna miłość, słowo daję: miłość do moich dukatów!
Nie, panie, nie bogactwa mnie skusiły; nie to mnie wcale olśniło. Przysięgam zrzec się wszelkich pretensji do twego majątku, bylebyś mi zostawił to, co posiadam.
Nie zostawię, u wszystkich diabłów! Nic nie zostawię! A to szczyt bezczelności: chcieć zatrzymać owoc kradzieży, jakiej się na mnie dopuścił!
Czyż pan to nazywasz kradzieżą?
Czy ja to nazywam kradzieżą? Taki skarb!
Prawda, skarb najcenniejszy, jaki pan posiadasz, to pewna; ale nie tracisz go przecież, zostawiając go w moich rękach. Błagam pana na kolanach o ten skarb tak pełen uroku; jeśli masz trochę serca, nie możesz mi go odmówić.
Ani mi w głowie! Cóż to wszystko ma znaczyć?
Przysięgliśmy sobie wiarę i uczyniliśmy ślub, że nic nas nie rozdzieli.
Znakomita przysięga! Paradne śluby!
Tak, przyrzekliśmy sobie, że będziemy do siebie należeć na zawsze...
Już ja ci to wybiję z głowy, bądź pewny!
Śmierć tylko jedna zdoła nas rozłączyć.
A to się zapalił do moich pieniędzy!
Mówiłem już, nie chciwość popchnęła mnie do tego. Nie te sprężyny, które pan przypuszcza, poruszały mym sercem; pobudki szlachetniejszej natury stały się źródłem tego postępku.
On chce tu we mnie wmówić, że przez miłość chrześcijańską dybie na moje pieniądze. Ale ja dam sobie z tobą radę, bezczelny obwiesiu! Sąd zrobi z tobą należyty porządek.
Uczynisz pan, jak zechcesz; jestem gotów przecierpieć wszystko z twojej ręki; ale błagam pana, bądź przekonany, że jeśli stało się złe, mnie jednego należy oskarżać. Córka pańska nie ponosi w tym żadnej winy.
Myślę sobie! Doprawdy, to byłoby dość szczególne, gdyby córka miała maczać palce w takim łajdactwie. Ale, przede wszystkim, chcę odebrać mą własność: zaraz mi tu śpiewaj, gdzie ją ukryłeś.
Ja? Jest jeszcze tu, u pana.
O moja droga szkatułka! Głośno. Mówisz, że nie opuściła domu?
Nie, panie.
No, a powiedz teraz: nie naruszyłeś jej?
Ja, naruszyć? Ach, krzywdę pan jej robisz, tak samo jak i mnie; pałałem dla niej jedynie uczuciem niewinnym i pełnym szacunku.
Pałał do mojej szkatułki!
Wolałbym raczej umrzeć, niż obrazić ją by myślą najlżejszą: zbyt jest na to czysta i uczciwa.
Moja szkatułka zbyt uczciwa!
Jedynym mym pragnieniem było posiadać szczęście jej widoku; żadna zbrodnicza myśl nie skalała uczucia, jakim natchnęły mnie jej cudne oczy.
Cudne oczy mojej szkatułki! Mówi jak kochanek o kochance.
Pani Claude wie wszystko i może zaświadczyć, jak się rzeczy miały.
Co? Ona jest wspólniczką tej sprawki?
Tak, panie; była świadkiem naszych wzajemnych zobowiązań i dopiero upewniwszy się o uczciwości mych zamiarów, pomogła mi nakłonić pańską córkę, aby przyjęła me słowo i dała mi swoje.
A to co znowu? Czyżby obawa przed sądem pomieszała mu zmysły? Do Walerego Cóż ty tu bredzisz o jakiejś córce?
Mówię, panie, że zaledwie z największym trudem zdołałem nakłonić jej skromność do pragnień mej miłości.
Czyją znów skromność?
Córki pańskiej; i zaledwie wczoraj dała się namówić do podpisania wzajemnych przyrzeczeń małżeństwa.
Córka podpisała przyrzeczenie małżeństwa?
Tak, panie, i ja podpisałem je również.
O nieba! Nowe nieszczęście!
Pisz pan, panie komisarzu.
O cóż za zbieg niedoli! Cóż za nawał rozpaczy! Do komisarza. Dalej, pełń pan obowiązki swego urzędu; opisz go w protokole, jako opryszka i uwodziciela.
Jako opryszka i uwodziciela.
Nie zasłużyłem na te imiona, i, gdy się wykryje, kim jestem...
Ha, córko wyrodna! Córko niegodna takiego ojca! Tak wypełniasz nauki, jakich ci nie szczędziłem? Śmiesz wdawać się w miłostki z tym tu nikczemnym złodziejem, zaręczasz się poza mymi plecami, bez mego zezwolenia! Ale zawiedliście się oboje. Do Elizy Drzwi i tęga kłódka będą najlepszą gwarancją twego posłuszeństwa; do Walerego A dla ciebie, bezczelny obwiesiu, szubienica będzie jedyną odpowiedzią!
Nie pańskie uniesienie będzie sędzią w tej sprawie. Mam nadzieję, że będę wysłuchany przynajmniej, zanim usłyszę wyrok.
Omyliłem się; nie, nie szubienica; kołem łamać cię będą żywcem!
Ach, ojcze, chciej okazać bardziej ludzkie uczucia; nie pozwól rodzicielskiej władzy posunąć się do ostatnich granic surowości. Nie unoś się wybuchem gniewu; racz dać na chwilę przystęp spokojniejszej rozwadze. Zadaj sobie trud poznania bliżej osoby, której wybór cię tyle oburza. On jest zgoła inny, niż sobie wyobrażasz; mniej dziwnym byś znajdował, że oddałam mu serce, gdybyś wiedział, że bez jego poświęcenia utraciłbyś mnie, ojcze, na zawsze. Tak, ojcze, to on wybawił mnie ze strasznego niebezpieczeństwa, które, jak wiesz, przebyłam niedawno; jemu to winien jesteś życie córki, którą...
To wszystko banialuki; wolałbym, by ci się pozwolił utopić, niż żeby uczynił to, co uczynił.
Ojcze, zaklinam cię, przez miłość ojcowską, abyś...
Nie, nie, nie chcę słyszeć; sprawiedliwość niechaj robi swoje.
Zapłacisz za moje plecy.
A to szczególna awantura!
Cóż to, panie Harpagonie? widzę cię wielce wzburzonym.
Och, panie Anzelmie, jestem najnieszczęśliwszym z ludzi; cóż za zawikłania i kłopoty, właśnie w chwili naszego kontraktu! Kradną mi honor, mienie; mordują mnie, zabijają! Oto łotr, zdrajca, który pogwałcił najświętsze prawa; wślizgnął się w dom pod maską mego sługi, aby mnie okraść i uwieść mi córkę!
Co to za kradzież, o której pan ciągle bredzisz?
Tak, wymienili z sobą przyrzeczenie małżeństwa. Ta zniewaga ciebie przede wszystkim dotyczy, panie Anzelmie; tyś powinien wytoczyć skargę i przeprowadzić na swój koszt wszelkie kroki prawne, aby się pomścić za jego zuchwalstwo.
Nie jest moim zamiarem zaślubiać kogokolwiek przemocą, ani zabiegać o serce, które nie jest wolne; ale co do pańskiej sprawy, gotów ją jestem popierać jak własną.
Oto pan komisarz, bardzo dzielny człowiek, przyrzekł mi wypełnić swoje zadanie z całą sumiennością. Do komisarza, wskazując Walerego Opisz go pan, opisz, jak należy, i przedstaw zbrodnię w najjaskrawszym świetle.
Nie pojmuję, jakiej zbrodni może się ktoś dopatrzyć w miłości, którą żywię dla pańskiej córki. Skoro się okaże, kim jestem, kara, która wedle pańskiego mniemania czeka mnie za te tajemne zaręczyny...
Drwię sobie z waszych baśni; roi się dziś na świecie od tych dobrze urodzonych opryszków, szalbierzy, ciągnących korzyść z tego, że ich nikt nie zna, i ubierających się bezczelnie w byle znakomite nazwisko.
Wiedz pan, że nazbyt dumny jestem, aby się stroić w coś, do czego bym nie miał prawa. Cały Neapol może zaświadczyć o mym urodzeniu.
Ho, ho! Uważaj tylko, co mówisz. Ryzykujesz więcej, niż myślisz; mówisz wobec człowieka, który cały Neapol zna na wylot i który z łatwością może się poznać na twoich powiastkach.
Nie jestem człowiekiem, który by się mógł czego obawiać; a jeśli Neapol jest panu tak znany, wiesz pewno, kto był don Tomasz d’Alburci.
Pewnie, że wiem; mało kto znał go tak, jak ja.
Don Tomasz, czy don Marcin, nic mnie nie obchodzi.
Za pozwoleniem, daj mu pan mówić; zobaczymy, co chce powiedzieć...
Chcę powiedzieć, że jemu to właśnie zawdzięczam światło dzienne.
Jemu?
Tak.
Ech, żarty sobie stroisz. Wymyśl inną historię, która ci się może lepiej powiedzie, i nie próbuj się ocalić tym łgarstwem.
Niech się pan raczy liczyć ze słowami. To nie żadne łgarstwo; nie mówię nic, czego bym nie mógł dowieść.
Jak to! Śmiesz mówić, że jesteś synem don Tomasza d’Alburci?
Tak; i jestem gotów każdemu to w oczy powtórzyć.
Śmiałość w istocie nie lada! Dowiedz się ku swemu zawstydzeniu, że jest już lat szesnaście co najmniej, jak ten, o którym mówisz, zginął na morzu z żoną i dziećmi, uchodząc, wraz z licznymi znakomitymi rodzinami przed prześladowaniem, jakie nastąpiło po zamieszkach w Neapolu.
Tak; ale pan znów dowiedz się, ku swemu zawstydzeniu, że syn jego, liczący siedem lat, wraz ze służącym ocalił się z rozbicia na hiszpańskim okręcie i że ten ocalony syn stoi oto przed tobą. Dowiedz się, że kapitan okrętu, wzruszony mą niedolą, poczuł do mnie sympatię, wychował jak własne dziecko i włożył do służby wojskowej, odkąd wiek mój na to pozwolił. Przed niedawnym czasem dowiedziałem się, że mój ojciec nie zginął, jak to zawsze przypuszczałem; gdym przejeżdżał tędy, udając się w poszukiwanie jego śladów, przez niebo zesłany przypadek dał mi poznać uroczą Elizę, widok zaś jej uczynił mnie niewolnikiem jej wdzięków. Siła mego przywiązania oraz surowość jej ojca zrodziły we mnie zamiar dostania się do tego domu, a posłania kogo innego w poszukiwanie za rodzicami.
Ale jakie inne jeszcze świadectwa, prócz słów, mogą zaświadczyć, że cała ta historia nie jest kłamstwem, zbudowanym na pozorach prawdy?
Kapitan hiszpański jako świadek; pieczątka rubinowa mego ojca; agatowa bransoleta, którą matka włożyła mi na rękę; stary Pedro, ów sługa, który ocalał wraz ze mną.
Ach, po tym, co słyszę, i ja mogę zaświadczyć, że ty nie kłamiesz zgoła: wszystko, co mówisz, wskazuje mi jasno, że spotykam w tobie brata.
Pani mą siostrą?
Tak. Serce me zadrżało od początku twego opowiadania, matka bowiem, którą to spotkanie uczyni tak szczęśliwą, tysiąc razy powtarzała mi o niedolach rodziny. I nam niebo nie dało zginąć w opłakanym rozbiciu; jednak, ocalając nam życie, uczyniło to kosztem wolności: nas bowiem, matkę i mnie, schwytali korsarze, gdyśmy się ratowały na szczątkach okrętu. Po dziesięciu latach niewoli szczęśliwy przypadek wrócił nam swobodę; pośpieszyłyśmy do Neapolu, gdzie dowiedziałyśmy się, iż całe nasze mienie sprzedano, lecz nie mogłyśmy uzyskać żadnej wiadomości o ojcu. Udałyśmy się do Genui, gdzie matkę czekały resztki spadku, rozszarpanego w czas naszej nieobecności; stamtąd zaś, uchodząc przed barbarzyńską srogością krewnych, przybyła wraz ze mną tutaj, aby pędzić życie pełne żałości i niedostatku.
O nieba, niezbadane wyroki wasze! Jakiż to dowód, że w waszym ręku spoczywa zawsze moc czynienia cudów! Uściskajcie mnie, dzieci; chodźcie zjednoczyć wasze uniesienia ze łzami radości szczęśliwego ojca!
Ty, ojcem naszym?
Ciebież to matka opłakiwała tak długo?
Tak, córko; tak, synu; jam jest don Tomasz d’Alburci, którego niebo ocaliło z odmętów wraz z całym mieniem, jakie wiózł z sobą, i który, przez lat przeszło szesnaście, utwierdziwszy się w przekonaniu o waszej śmierci, po długich wędrówkach, pragnął zaznać w związkach z dobrą i zacną istotą pociechy przy nowym ognisku rodzinnym. Niebezpieczeństwo, jakim mi zagrażał powrót do Neapolu, kazało mi wyrzec się na zawsze zamiaru oglądania ojczyzny; znalazłszy tedy sposób sprzedania tego, com posiadał, osiadłem w tym mieście, gdzie, pod mianem Anzelma, pragnąłem ukryć pamięć nazwiska, które mnie przyprawiło o tyle udręczeń.
Więc to syn pański?
Tak.
Na panu zatem będę poszukiwał skradzionych dziesięciu tysięcy talarów.
On miałby ukraść?
On sam.
Któż to powiedział?
Jakub.
Ty to mówisz?
Przecie pan widzi, że nic nie mówię.
Owszem. Oto właśnie komisarz przyjął jego zeznania.
Pan mogłeś sądzić, że ja byłbym zdolny do tak haniebnego czynu?
Zdolny czy niezdolny, chcę widzieć swoje pieniądze.
Nie dręcz się, ojcze, i nie oskarżaj nikogo. Mam pewne poszlaki w twojej sprawie: przychodzę ci powiedzieć, że, jeżeli się zgodzisz, bym zaślubił Mariannę, otrzymasz pieniądze z powrotem.
Gdzież są?
Nie miej o to najmniejszej obawy, są w bezpiecznym miejscu; wszystko zależy tylko ode mnie. Pozostaje ojcu zdecydować się, co wybierasz: oddać mi Mariannę czy stracić szkatułkę?
Nic nie ruszono?
Ani szeląga. Chciej powiedzieć, czy jest twoim zamiarem przystać na to małżeństwo i dołączyć twoje zezwolenie do zgody matki, zostawiającej córce swobodę wyboru?
Ale panu jeszcze nie wiadomo, że to pozwolenie dzisiaj nie wystarcza, i że niebo, wskazując Walerego wraz z bratem mym, który tu stoi przed tobą, oddało mi ojca, wskazując Anzelma od którego zależy dziś moja ręka.
Niebo, moje dzieci, nie wraca mnie wam po to, abym się miał sprzeciwiać waszym pragnieniom. Panie Harpagonie, domyślasz się zapewne, że wybór młodej osoby skieruje się raczej do syna niż do ojca. Et, nie każ sobie tłumaczyć tego, co nie jest zbyt przyjemnie słyszeć, i zgódź się, jak ja się godzę, na te oba małżeństwa.
Abym mógł zebrać myśli, trzeba by mi ujrzeć wprzód moją szkatułkę.
Ujrzysz ją, ojcze, zdrową i nietkniętą.
Nie mam pieniędzy na wyposażenie dzieci.
Dobrze więc; znajdę je za pana; niech cię o to głowa nie boli.
Zobowiązujesz się ponieść wszystkie koszty?
Ależ dobrze, owszem. No, czyś zadowolony?
Dobrze, ale pod warunkiem, że na wesele sprawisz mi nowe ubranie.
Zgoda. Chodźmyż tedy cieszyć się radością, którą nam ten szczęsny dzień przynosi.
Hola, panowie, hola! Za pozwoleniem, jeśli łaska. Któż mi zapłaci za protokół?
Nic nam już po protokole.
Dobrze, ale ja nie mam wcale ochoty pracować za darmo.
Jako zapłatę masz pan tu, ot, tego: możesz go powiesić.
Boże miłosierny! Jakże więc trzeba czynić? Za prawdę biją kijem, za kłamstwo chcą wieszać!
Mości Harpagonie, trzeba mu przebaczyć to oszczerstwo.
Zapłacisz komisarza?
Niech i tak będzie. A teraz pójdźmy podzielić się tym niespodzianym szczęściem z waszą matką.
A ja pójdę uściskać moją kochaną szkatułkę.