Iwan Bunin Wieś tłum. Zofia Petersowa I Pradziada Krasowów, nazywanego przez czeladź Cyganem, rotmistrz Durnowo zaszczuł niegdyś chartami: Cygan odbił jemu, swemu panu, kochankę! Durnowo kazał Cygana wyprowadzić na pole za Durnowką, posadzić go na pagórku, nadjechał ze sforą i krzyknął: „Bierz go!”. Cygan, siedzący dotąd w odrętwieniu, rzucił się do ucieczki, a przed gończymi uciekać nie należy… Dziadowi Krasowów za coś tam nadali wolność. Przeniósł się z rodziną do miasta i wkrótce stał się sławny: został słynnym złodziejem. W Czarnej Słobodzie wynajął chałupkę dla żony, zasadził ją do plecenia koronek na sprzedaż, a sam, z jakimś mieszczaninem Biełokopytowem, pojechał na grabienie cerkwi w guberni. Złapano go po latach dwóch. Ale i w sądzie zachowywał się tak, że przez długi czas powtarzano jego odpowiedzi dawane sędziom: stoi sobie jakoby w pluszowym kaftanie, ze srebrnym zegarkiem w kieszeni, w kozłowych butach, i bezczelnie ruszając szczękami a błyskając oczami, z największym szacunkiem przyznaje się nawet do najmniejszych sprawek z całej ich niezliczonej liczby. — Tak jest. Tak jest. A rodzic Krasowów był drobnym handlarzem. Jeździł po powiecie, mieszkał przez jakiś czas w Durnowce, otworzył nawet szynk i sklepik, ale zbankrutował, rozpił się, wrócił do miasta i wkrótce umarł. Nasłużywszy się po sklepach, zabrali się do handlu i jego synowie, Tichon i Kuźma, prawie jednolatki. Jadą, bywało, na wozie z rzeźbionym przodem i ze skrzynią na środku pod siedzeniem i przeciągle wrzeszczą: — Ba-a-a-by, to-o-war! Ba-a-a-by, to-o-war! A towar to lusterka, mydełka, pierścionki, nici, chustki, igły, obwarzanki; zaś na wozie co gdzie zdobyto: zdechłe koty, jajka, płótno, gałgany… Ale przejeździwszy tak lat kilka, bracia któregoś razu o mało się nawzajem nie pokrajali nożami — mówiono, że z powodu zysków — i rozeszli się, aby do grzechu nie dopuścić. Kuźma poszedł na posadę do hurtownika, a Tichon wynajął zajazd przy szosie do stacji Worgoł, wiorst prawie dziesięć od Durnowki, i otworzył szynk z małym sklepikiem — „Handel różnych towarów, hierbaty, cukru, tytuniu, cygar i jennych”. Pod czterdziestkę broda jego przypominała srebro z czernią, ale po dawnemu przystojny był, wysoki i postawny; twarz miał surową, smagłą, troszeczkę dziobatą; w ramionach był szeroki a kościsty, w rozmowie — pewny siebie i oschły, w ruchach — zręczny i prędki. Tylko brwi zaczęły mu się teraz marszczyć częściej, a oczy — błyszczeć jeszcze silniej niż dawniej: interes tego wymagał! Niezmordowanie gnał w ślad za naczelnikami ziemskiej policji w ową głuchą jesienną porę, kiedy ściąga się podatki i kiedy po wsiach można targować. Niezmordowanie skupywał wtedy od ziemian zboże na pniu, dzierżawił od nich i od chłopów ziemię, choćby częściami, a nie pogardzał nawet połową zagonu. Tichon żył długo z kucharką-niemową („niemowa — to przynajmniej niczego nie rozgada”), miał z nią dziecko, które matka we śnie zadusiła na śmierć. Potem ożenił się z podeszłą w latach pokojową starej księżnej Szachowej. A ożeniwszy się i wziąwszy posag, „wykończył” potomka zbiedniałego rodu Durnowo, tęgiego, łagodnego, dobrotliwego panicza, łysego w dwudziestym piątym roku życia, ale mającego przepyszną kasztanowatą brodę — „postępowca”, jak dowcipkowali ziemianie, robiąc przytyk do jego postępującego paraliżu. A chłopi aż zakrzyknęli z dumy, kiedy Tichon objął mająteczek rodziny Durnowo — przecież prawie cała Durnowka składa się z Krasowów! Dziwowali się też, jak on to robi, żeby być jednocześnie wszędzie: i handluje, i kupuje, i prawie co dzień bywa w majątku, i okiem jastrzębia czyha na każdą piędź ziemi… Wykrzykiwali „Och! i „Ach!”, dodając przy tym: — A przecież z nami, czortami, nic nie można zrobić po dobremu! Ale co z niego za gospodarz! Nie ma sprawiedliwszego! A i sam Tichon Iljicz przyznawał im rację. W chwilach dobrego humoru pouczał: — Żyjemy, nie marnotrawimy. A złapiesz się, obłupimy. Ale sprawiedliwie! Jam, bracie, człowiek rosyjski! W złych chwilach rzucał, błyskając oczami: — Świnia! Nie ma sprawiedliwszego człowieka ode mnie! „Świnia, ale nie ja”, myślał chłop, odwracając wzrok od jego spojrzenia i pokornie mamrotał: — Ach Boże, czyż my nie wiemy? — Wiesz, a zapomniałeś! Ja nie potrzebuję niczego darmo, ale pamiętaj: swojego nie dam ani szczypty! Ot mam brata: zbrodniarz, pijanica, a i to pomógłbym, jakby przyszedł i pokłonił się. Jak Boga kocham, pomógłbym! Ale rozpuszczać, bracie… Nie, zapamiętaj sobie, nie będę! Jam, bracie, nie bałwan bez mózgu. A Nastasja Pietrowna, chodząca jak kaczka palcami do siebie i przewalająca się z nogi na nogę z powodu stałych ciąż, kończących się rodzeniem nieżywych dziewczynek, Nastasja Pietrowna, żółta, opuchnięta, z rzadkimi białawymi włosami, potwierdzała, stękając: — Och, prostakże z ciebie, prostak, jak się dobrze przypatrzeć! Czego ty się z nim, głupim, męczysz? Czy to kompania dla ciebie? Ty go rozumu uczysz, a dla niego i tego, co ma, za dużo. O, jak to nogi rozstawił, emir bucharski! Nastasja Pietrowna była „straszną amatorką” świń i ptactwa, więc Tichon Iljicz założył gospodarstwo: prosięta, indyczki, kury i gęsi, bo za stacją był rządowy staw. Ale najwięcej nabrał zamiłowania do gromadzenia zboża. Naokoło jego domu, stojącego jednym bokiem przy szosie, przez całą jesień nie ustawał ciągły jęczący skrzyp kół: tabory skręcały do niego ze wszystkich stron. A na podwórzu nocowali koniarze, kupcy, ptasznicy, handlarze obwarzanków, kosiarze i pątnice. Co chwila zgrzytał blok przy drzwiach — to do karczmy, gdzie sprzedawała Nastasja Pietrowna, to przy wejściu do sklepiku, ciemnego, mocno pachnącego mydłem, śledziami, machorką i naftą. Co chwila rozlegało się w karczmie: — U-u-u-ch! Ależ mocna twoja wódka, Pietrowno! Do głowy mi uderzyła, żeby przepadła! — Ale za to w ustach słodko, kochanku! — Ty do niej chyba tabaki dodajesz? — Ot, machnął ozorem! Bałwan! A w sklepiku bywało jeszcze tłumniej. — Iljicz! Odważ mnie chuncik szyneczki! — W szyneczkę ja się, bracie, tego roku, z łaski Boga, tak zaopatrzyłem, tak zaopatrzyłem!… — A po czemu? — Taniutko! — Gospodarzu! Macie dobry dziegieć? — Takiego dziegciu, kochanku, na weselu twojego dziadka nie było! — A po czemu? I zdawało się, że wśród Krasowów nie ma innych rozmów oprócz wypytywań niż „po czemu szyneczka, tarcice, krupy, dziegieć…”. ------------------------------------------------ Utrata nadziei dochowania się dzieci i likwidacja szynków były wielkimi zdarzeniami. Tichon Iljicz zestarzał się raptownie, gdy nie mogło już być wątpliwości, że nigdy nie będzie ojcem. Zrazu żartował: — A ja postawię jednak na swoim — mawiał do znajomych — bez dzieci to człowiek nie człowiek. Ot, tak, nieużytek jakiś… A potem zaczął go nawiedzać strach; bo jakże: jedna zadusiła przez sen, druga rodzi martwe! Ostatnia ciąża Nastasji Pietrowny była ciężkim okresem. Tichon Iljicz złościł się i trapił. Nastasja Pietrowna ukradkiem modliła się, ukradkiem płakała i żal było patrzeć na nią, kiedy cichutko w nocy przy świetle lampki pod obrazami złaziła z pościeli, myśląc, że mąż śpi, z trudem klękała, z szeptem przypadała czołem do podłogi, tęsknie wpatrywała się w ikony i z udręką, jak starcy, dźwigała się z kolan. Dawniej przed zaśnięciem wkładała pantofle, kaftanik, modliła się z roztargnieniem, a pomodliwszy się, lubiła obgadać i skrytykować znajomych. Teraz przed obrazami stała prosta baba w krótkiej bawełnianej spódnicy, w białych wełnianych pończochach, w koszuli niezakrywającej szyi, z nagimi, starczo-pulchnymi rękami. Od dzieciństwa, sam przed sobą nie mając odwagi przyznać się do tego, Tichon Iljicz nie lubił lampek przed ikonami, nie lubił ich cerkiewnego niepewnego migotania. Na całe życie pozostała mu w pamięci owa noc listopadowa, kiedy w maleńkiej kosobokiej chałupce w Czarnej Słobodzie także paliła się lampka (tak spokojnie, łagodnie i smutno), ledwo ledwo ruszały się cienie od łańcuszków, na których wisiała, w izbie było śmiertelnie cicho, a na ławce, pod świętymi, leżał jego ojciec bez ruchu i z zamkniętymi oczami; wydłużony nos miał wzniesiony wysoko, a duże fioletowo-woskowe ręce złożono mu na piersiach… Obok niego, za okienkiem, zawieszonym czerwonym gałganem, przechodzili rekruci z zadzierzysto-tęsknymi pieśniami, z wrzaskami, z harmoniami, wyjącymi bezładnie jedna przez drugą… Teraz lampka paliła się stale. I Tichon Iljicz czuł, że Nastasja Pietrowna prowadzi jakieś konszachty z nieznanymi mocami. Obok zajazdu karmili konie wędrowni handlarze z Włodzimierza –- i w domu zjawił się „nowy nadzwyczajny wróżbiarz i czarodziej, przepowiadający przyszłość na zadawane pytania z dodaniem najłatwiejszego sposobu wróżenia z kart, z fasoli i z kawy”. Nastasja Pietrowna wieczorami wkładała okulary, robiła z wosku kulki i rzucała je na kręgi wróżbiarza. A Tichon Iljicz przyglądał się temu z boku. Ale odpowiedzi były wszystkie ordynarne, złowieszcze albo bez sensu. — Czy mój mąż mnie kocha? — pytała Nastasja Pietrowna. A wróżbiarz na to: — Kocha jak psy dziada na wąskiej ulicy. — Ile będę miała dzieci? — Los przeznaczył ci śmierć, chwast trzeba wyrwać z pola. Wtedy Tichon Iljicz mówił: — Daj no, teraz ja rzucę… I pytał: — Czy mam podać do sądu pewną wiadomą mi osobę? Ale i jemu wychodziły same głupstwa: — Licz zęby w ustach. Po wróżbiarzu przyszedł Czugunok. Durnowski chłop Czugunok — niewysoki, tęgi, z niezwykle wysoką i mocną klatką piersiową, z żywymi brązowymi oczami w szerokiej smagłej twarzy — był porządny i gospodarny, ale miał dziwactwa: śpiewał pieśni tenorem i to najczęściej z babami i po babsku, był wielkim plotkarzem i żartownisiem, leczył zamawianiami i nalewkami, mógł dzień w dzień „na chybcika” pobiec do miasta — dorównywał w biegu trojce — i miał znajomości z czarownicami, których od wieków pełna jest Basowka, wioska o trzy wiorsty odległa od Durnowki. I właśnie tego Czugunoka Tichon Iljicz zastawał z Nastasją Pietrowną na jakichś tajemniczych rozmowach, przerywanych od razu, gdy się zjawiał. Zastawszy go, momentalnie przybierał wyraz twarzy człowieka, który nic nie zauważył; udawał też, że nic nie wie o buteleczkach z cudowną wodą, które Czugunok wciąż dostarczał Nastasji Pietrownie. W głębi duszy spodziewał się on również, że Czugunok pomoże. Ale i z Czugunoka mały był pożytek. Razu pewnego, zajrzawszy do pustej kuchni, Tichon Iljicz zobaczył żonę przy kołysce dziecka kucharki. Pstre kurczątko, piszcząc, chodziło po parapecie okna i stukało dziobem w szyby, chwytając muchy, a ona siedziała na legowisku sługi, bujała kolebkę i smutnym drżącym głosem śpiewała tradycyjną kołysankę: Gdzie dzieciątko moje leży? Gdzie leży pościółka jego? W wysokim leży pałacu, W malowanej kołyseczce. Nie wchodźcie do niego, Nie stukajcie do niego! Zasnęło dziecko, usnęło Zakryte ciemną zasłoną, Rozkwieconą oponą… Twarz Tichona Iljicza na ten widok tak się zmieniła, że Nastasja Pietrowna, spojrzawszy na niego, nie zmieszała się, nie straciła śmiałości, ale zapłakała i wycierając nos, cicho rzekła: — Zawieź ty mnie, na Chrystusa cię zaklinam, zawieź mnie do świętego… I Tichon Iljicz zawiózł ją do Zadonska, ale po drodze rozmyślał, że Bóg mimo to powinien go ukarać, bo z powodu ciągłych trosk i kłopotów bywa w cerkwi tylko na Wielkanoc — żyje jak Tatar. A poza tym do głowy ciągle mu przychodziły bluźniercze myśli: wciąż porównywał siebie do Świętych Rodziców, także niemających długo dzieci. Nie było to mądre, ale Tichon Iljicz od dawna już zauważył, że jest w nim ktoś jeszcze głupszy od niego. Przed odjazdem dostał list z góry Athos: „Miłujący Boga naszego, Tichonie Iljiczu! Pokój tobie i zbawienie, błogosławieństwo Pana i opieka stokrotnie pochwalonej Przenajświętszej Matki Bożej za pośrednictwem jej ziemskiego wcielenia, świętej góry Athos! Miałem szczęście słyszeć o twoich dobrych uczynkach i o tym, że z chęcią udzielasz zapomóg na budowanie i upiększanie świątyń Pańskich oraz dajesz na pustelnie dla mnichów. Chatka moja z powodu starości znalazła się w takim stanie…”. I Tichon Iljicz posłał na reperację owej chatki czerwony papierek. Od dawna skończyły się te czasy, gdy z naiwną pychą wierzył, że gadki o nim dochodzą wprost aż do samej góry Athos, dobrze wiedział, że jakoś nazbyt dużo takich chatek „znajdowało się w stanie…” A jednak posłał. Ale i to nie pomogło. Ciąża zakończyła się po prostu męką: przed urodzeniem ostatniego, znów nieżywego dziecka, Nastasja Pietrowna, usypiając, wzdrygała się, stękała, wybuchała wyciem i lamentem. Według jej słów owładała nią natychmiast po zaśnięciu jakaś dzika wesołość, połączona z nieopisanym strachem. Czasem widziała, że idzie ku niej polami Królowa Nieba, jaśniejąca złotymi szatami, a w powietrzu płynie harmonijny, wciąż rosnący śpiew; to wyskakiwał spod łóżka diablik, nieróżniący się od ciemności, a jednak dokładnie widzialny oczami duszy, i zaczynał tak ogłuszająco, tak zawadiacko, z takimi wariacjami grać do tańca na ustnej harmonijce, że serce aż się odrywało i leciało gdzieś w bezdeń, w przepaść… Lżej byłoby jej spać nie w takiej duszności, nie w pierzynach, ale na powietrzu pod daszkiem stodoły, lecz Nastasja Pietrowna bała się. — Psy podejdą… Wywęszą głowę… Wprowadzenie monopolu stało się solą na ranę. Gdy nadzieja dochowania się dzieci przepadła, Tichonowi Iljiczowi coraz częściej przychodziło do głowy: „Dla kogóż ta cała katorga? Niech ją diabli!”. Ze złości ręce zaczęły mu się trząść, brwi w górę unosić, a górna warga krzywić, zwłaszcza przy zdaniu, nieschodzącym mu z ust: „Zechciej zauważyć…”. Po dawnemu starał się odmładzać: nosił eleganckie buty z cielęcej skóry i zapinaną z boku haftowaną koszulę pod dwurzędową marynarką. Ale broda siwiała, rzedła i plątała się coraz bardziej… A lato, jakby umyślnie, było upalne i suche. Żyto zupełnie przepadło, więc uskarżanie się przed klientami stało się prawdziwą rozkoszą. — To już nasz koniec, koniec! — wyraźnie oddzielając każdą sylabę, z radością mówił Tichon Iljicz w swym handelku spirytualiami. — Bo jakże: ministrowi zachciało się handlować! — Och, patrzę ja na ciebie, patrzę! — stękała Nastasja Pietrowna. — Dogadasz ty się do czegoś złego! Dogadasz! Zapakują cię, dokąd kruk kości nie zanosi! — Nie przestraszysz mnie! — przerywał Tichon Iljicz, unosząc brwi. — Nie! Nie każdemu można gębę zamknąć! I znowu, jeszcze mocniej akcentując słowa, zwracał się do klienta: — A żyto także cieszy! Zechciej zauważyć, cieszy wszystkich! Zwłaszcza w nocy. Uwierzysz? Zwłaszcza w nocy! Nawet wtedy widać: wyjdzie człowiek na próg, popatrzy przy świetle księżyca na pole, a tu prześwieca jak łysina! Wyjdziesz, spojrzysz: błyszczy się! — A ty do sądu! — krzyknął razu pewnego obecny przy takiej rozmowie Tryfon z Durnowki, starzec znany z bezczelności, ze złości i z tego, że bezustannie przez całe życie wytaczał sprawy każdemu, kto mu się nawinął pod rękę i to z powodów najbłahszych. Chudy był i wysoki, z rozbieganymi zielonymi oczami, z rzadziutką siwą bródką, w długiej koszuli i dużych łapciach na cienkich nogach, poznaczonych zbyt ciasno owiniętymi onucami. Powiedział to tak niespodziewanie, że Tichon Iljicz trochę się zmieszał. — A z kimże ja się mam sądzić? — Z krzywdzicielami! — krzyknął Tryfon i uderzył kijem w ziemię. — Ze zbrodniarzami! Z rolnikami! Tichon Iljicz pokiwał głową. — Och, za mało ciebie bili, czorta rogatego! — rzekł wreszcie współczująco. — Łżesz! — wrzasnął Tryfon. — Bardzo bili! Wystarczyłoby na dziesięciu! Ale się nie poddam! Do cara dojdę! No, i według mojego zdania, ty także szukaj okazji… ------------------------------------------------ Na świętego Piotra Tichon Iljicz był przez cztery doby w mieście na jarmarku i zdenerwował się bardzo z powodu różnych myśli, upału i bezsennych nocy. Zwykle wybierał się na jarmark z wielką ochotą. O zmierzchu smarowali wozy i mościli je sianem; do jednego, w którym jechał karbowy, przywiązywano konie i krowy przeznaczone na sprzedaż; do drugiego, w którym jechał sam gospodarz ze starym robotnikiem, wkładali poduszki i sukienną kapotę. Wyjeżdżali późno i skrzypiąc kołami, wlekli się aż do świtu. Z początku prowadzili przyjazne rozmowy, palili, opowiadali jeden drugiemu stare a straszne historie o kupcach zabitych w drodze i na noclegach, a potem Tichon Iljicz kładł się spać. Tak przyjemnie było słyszeć przez sen głosy napotykanych ludzi, czuć, jak wóz kołysze się chwiejnie i jak gdyby ciągle jedzie pod górę; policzek zsuwa się po poduszce, czapka spada i świeżość nocy chłodzi głowę. Przyjemne też bywały przebudzenia o wschodzie słońca, różowym, rośnym porankiem, wśród matowo-zielonych zbóż, gdy w dali bielało miasto i świeciły się cerkwie. Przyjemnie było wtedy ziewnąć szeroko, przeżegnać się na dźwięk oddalonych dzwonów i wziąć cugle z rąk na wpół śpiącego starego, po dziecięcemu osłabłego pod wpływem porannego chłodu, a w świetle zorzy bladego jak kreda… Teraz Tichon Iljicz posłał wozy z karbowym, a sam pojechał linijką. Noc była ciepła, widna, różowa od księżyca Tichon Iljicz jechał szparko, ale mocno się zmęczył; światełka z jarmarku, z więzienia i ze szpitala, stojącego przy wjeździe do miasta, widać w stepie na odległość wiorst dziesięciu, a zdaje się, że nigdy się do tych dalekich sennych światełek nie dojedzie. W zajeździe na Szczepnym Placu było tak gorąco, tak gryzły pchły, tak często rozlegały się głosy przy bramie, tak gruchotały wozy, wjeżdżające na brukowane podwórze, tak wcześnie zapiały koguty, zagruchały gołębie i rozjaśniło się za otwartymi oknami, że Tichon Iljicz nie zmrużył oka. Równie mało spał i następnej nocy, którą spróbował przebyć na jarmarku w wozie: konie rżały, paliły się ognie w namiotach, naokoło chodzono i rozmawiano, a gdy zaczęło świtać, kiedy oczy po prostu same się zamykały, zadzwoniono w więzieniu i w szpitalu, a tuż nad głową krowa straszliwie zaryczała… „Katorga! — przychodziło mu niekiedy do głowy w czasie tych dni i nocy. — Męczę się, morduję, ginę w głupstwach bez sensu!” Jarmark, rozłożony na wygonie, a długi na wiorstę, był jak zawsze zgiełkliwy i bezładny. Stosami leżały kosy, miotły, konwie, łopaty, koła. Powietrze przepełniał nieustanny hałas, rżenie koni, świsty dziecięcych gwizdawek, marsze i polki, wygrywane na katarynkach przy karuzelach. Próżnujące rozgadane tłumy chłopów i bab nieprzerwanie włóczyły się od rana do wieczora po zagnojonych, pełnych kurzu przejściach pomiędzy straganami zawieszonymi wiktuałami, skąd buchał śmierdzący odór zatłuszczonych patelni. Jak zawsze pełno było handlarzy, strasznie zapalczywych we wszelkich sporach i transakcjach; niekończącymi się sznurami ciągnęli ślepcy i biedni, żebracy i kaleki o kulach i na wózkach; przez tłumy z wolna torowała sobie drogę trojka naczelnika policji powiatowej, brzęcząca dzwonkami, ze stangretem w pluszowym kaftanie bez rękawów i w czapeczce z pawimi piórami… Kupców miał Tichon Iljicz wielu, ale wszystko kończyło się na gadaninie. Podchodzili smagli Cyganie, Żydzi z południowego zachodu (o twarzach szarych, rudzi, zakurzeni, w płóciennych kitlach i w zdeptanych butach), przychodzili ogorzali szlachcice w kaftanach bez rękawów i w czapkach z daszkami, naczelnik ziemskiej policji z komisarzem i bogaty kupiec Safonow, starzec w kapocie, tęgi, ogolony, z cygarem. Przyszedł piękny huzar, książę Bachtin, z żoną w angielskim kostiumie, przyszedł zgrzybiały bohater sewastopolski, Chwostow, wysoki i kościsty, o rysach grubych, twarzy ciemnej i pomarszczonej, w długim mundurze, w obwisłych spodniach, w butach z szerokimi noskami i w dużej czapce z żółtym kantem, spod której zaczesane były na skronie farbowane włosy martwego, burego koloru… Wszyscy udawali znawców, rozmawiali o maści i rodzajach koni, opowiadali o swoich własnych. Drobna miejscowa szlachta łgała i chełpiła się. Bachtin nie zniżał się do rozmów z Tichonem Iljiczem, choć ten z szacunkiem wstawał i mówił: — Koniczek w sam raz dla waszej wysokości! Bachtin tylko odrzucał tułów wstecz, przyglądał się zwierzęciu, powściągliwie uśmiechał się pod wąsem (miał też bokobrody) i półsłówkami porozumiewał się z żoną, wysuwając nogę w rajtuzach wiśniowego koloru. A Chwostow, dowlókłszy się do konia, patrzącego na niego z ukosa rozognionym okiem, zatrzymywał się tak raptownie, że zdawać by się mogło, iż pada, podnosił kule i po raz dziesiąty pytał głuchym, nic niewyrażającym głosem: — Ile chcesz? I każdemu trzeba było odpowiadać. Z nudów Tichon Iljicz kupił książeczkę Oj, Szmul i Ryfka! Zbiór modnych scenek, dowcipów i historyjek z życia naszych Żydków. Siedząc na wozie, brał się do niej wiele razy, ale ledwo przeczytał: „Kużden z państwa wi, że my, Żydki, strasznie lubimy geszeft…”, a już ktoś wołał na niego. Tichon Iljicz podnosił oczy i odpowiadał z wysiłkiem, zaciskając szczęki. Opalił się bardzo, schudł i zbladł, czuł śmiertelny smutek, nudę i osłabienie całego ciała. Zepsuł sobie żołądek i to do tego stopnia, że dostał kurczów. Trzeba było pójść do szpitala. Ale w szpitalu przez dwie godziny czekał w kolejce, siedział w korytarzu pełnym hałasu, wdychając wstrętny zapach karbolu i czuł się tak, jakby nie był Tichonem Iljiczem, lecz interesantem w przedpokoju komisarza lub naczelnika. I kiedy doktor, podobny do diaka, czerwony, o jasnych oczach, w kusym, czarnym surducie pachnącym miedzią, przyłożył mu, sapiąc, zimne ucho do piersi, Tichon Iljicz oświadczył, że „Brzuch prawie już przestał…” i tylko nieśmiałość zmusiła do zażycia rycyny. A powróciwszy na jarmark, łyknął szklankę wódki z pieprzem i solą, po czym znów zaczął jeść sitkowy chleb, pić herbatę, surową wodę i kwaśny barszcz, nie mogąc jednak niczym zaspokoić pragnienia. Zapraszali go znajomi na „odświeżenie się piwkiem” — i Tichon szedł. Kulawy handlarz kwasem wrzeszczał: — Ot, kwasek, bije w nosek! Kopiejkę dasz, lemoniadkę masz! Tichon zatrzymywał sprzedawcę kwasu. — Lody, lody! — wołał tenorem spocony łysy lodziarz, brzuchaty starzec w czerwonej koszuli. I on — jak smarkacz! — jadł kościaną łyżeczką lody podobne do śniegu, od których okrutnie łupało w skroniach. Zakurzony, zaśmiecony i zagnojony wygon, zdeptany i zryty nogami, kołami i kopytami, opustoszał — jarmark się kończył. Ale Tichon Iljicz, jakby komuś na złość, dalej trzymał w spiekocie i kurzu niesprzedane konie, jak gdyby nie przygniatała go choroba, lecz obraz wielkiej nędzy i biedy, od wieków panującej w tym mieście i w całym powiecie. Panie Boże, co za kraj! Ziemia czarna na głębokość półtora arszyna — i to jaka! A pięć lat nie przechodzi bez głodu. Miasto na całą Rosję sławne ze swego handlu zbożem — a do syta jada w nim chleb może ze stu ludzi! A jarmark?! Nędzarzy, głuptaków, ślepców i kalek tak potwornych, że aż strach ogarnia i mdło się robi, zebrał się po prostu cały pułk! Do domu wracał Tichon Iljicz po wielkiej Starej Drodze w słoneczny, upalny ranek. Z początku jechał przez miasto i rynek, obok cerkwi, przez płytką rzeczkę, śmierdzącą kwasami, spływającymi z garbarni, a za rzeczką — w górę, przez Czarną Słobodę. Na rynku pracował tu kiedyś razem z bratem w sklepie Matorina, a teraz wszyscy mu się kłaniają. W Słobodzie przeżył swe dzieciństwo. Tutaj, na skłonie góry pośród wrosłych w ziemię lepianek z przegniłymi i sczerniałymi dachami, wśród nawozu, suszonego w słońcu na opał, popiołu, śmieci i gałganów jakąż wielką radością było uganianie się z krzykiem i gwizdaniem za żebrakiem, nauczycielem z powiatowej szkoły, dawno wyrzuconym z posady złym starcem-onanistą, który zarówno latem, jak zimą chodził w wojłokowych butach, w kalesonach i w krótkim palcie z wyleniałym bobrowym kołnierzem. Zwano go w całym mieście dziwacznym przezwiskiem „Psi pistolet”. Teraz nawet ślad nie pozostał po owej lepiance, w której urodził się i wyrósł Tichon Iljicz. Na jej miejscu stanął nowy drewniany domek z zardzewiałym szyldem nad wejściem: „Krawiec Sobolew. Ubrania dla duchownych”. Wszystko, co poza tym było w Słobodzie, pozostało takie same jak dawniej: świnie i kury w bocznych uliczkach, wysokie żerdzie przy wrotach, a na nich baranie rogi, duże białe twarze koronczarek, wyglądające małymi okienkami zza doniczek z kwiatami, bose chłopaki z jedną szelką przerzuconą przez ramię, puszczający papierowe latawce z ogonem z konopi, białowłose, ciche dziewczynki, bawiące się na przyzbach w ulubioną zabawę: pogrzeb lalek… A na górze, na polu, Tichon Iljicz przeżegnał się, mijając cmentarz, gdzie pośród starych drzew była kiedyś owa straszna mogiła bogacza i skąpca Zykowa, która zapadła się w tejże chwili, gdy ją usypano. Tichon Iljicz zastanowił się i skierował do bramy cmentarnej. Przy dużej tej białej bramie stale siadywał i potrząsał rączką dzwonka oraz woreczkiem zezowaty zakonnik w czarnym habicie i zrudziałych butach, bardzo silny, kudłaty pijak o okrutnym wyglądzie, wymyślający z niezwykłym mistrzostwem od „…matki…”. Teraz mnicha nie było, a na jego miejscu siedziała, robiąc pończochę, stara baba podobna do czarownicy z bajki: w okularach, z dziobem, o zapadłych ustach — jedna z wdów, mieszkających w przytułku przy cmentarzu. — Jak się masz, babko! — krzyknął dobrotliwie Tichon Iljicz, przywiązując konia do słupa przy bramie. — Możesz przypilnować konia? Stara wstała i skłoniwszy się nisko, wymamrotała: — Mogę, ojczulku. Tichon Iljicz zdjął czapkę, raz jeszcze przeżegnał się, zwróciwszy się w stronę obrazu Bożej Rodzicielki i przewracając oczami, dodał: — Dużo was tu teraz? — Ano… Dwanaście babek, ojczulku. — I cóż, często się kłócicie? — Często, ojczulku. Tichon Iljicz, nie spiesząc się, poszedł wśród drzew i krzyżów aleją, wiodącą do starej drewnianej cerkwi, niegdyś pomalowanej ochrą. Na jarmarku kazał sobie ostrzyc włosy i przyciąć oraz skrócić brodę, co go bardzo odmłodziło. Odmładzała go także szczupłość postaci i ogorzałość, na której tle bielała delikatna skóra świeżo wystrzyżonych trójkątów przy skroniach. Odmładzały też wspomnienia dzieciństwa i młodości… Odmładzała płócienna czapka… Tichon Iljicz w zamyśleniu i ze smutkiem rozglądał się dookoła… Jak krótkie i bezsensowne jest życie! A jaki spokój i cisza wokoło w tym słonecznym zaciszu za płotem starego kościelnego cmentarza! Gorący wiatr poruszał wierzchołki jasnych drzew, malujące się na tle bezobłocznego nieba, gdzieniegdzie uschłe z upału. Na kamieniach i pomnikach chwiały się ich przezroczyste, lekkie cienie. Gdy wiatr przycichał, słońce mocniej przypiekało kwiaty i trawy, w krzakach słodko śpiewały ptaki, a na rozpalonych ścieżkach różnobarwne motyle zamierały w miękkiej omdlałości. Na jednym z krzyżów Tichon Iljicz przeczytał: Jakże straszne daniny Śmierć zbiera wśród ludzi! Ale nic strasznego nie było dookoła. Tichon Iljicz szedł, stwierdzając jakby z przyjemnością, że cmentarz rośnie, że postawiono dużo nowych pięknych mauzoleów wśród staroświeckich pomników w kształcie trumien na nóżkach, wśród ciężkich żelaznych płyt i ogromnych, pospolitych a już butwiejących krzyżów, przepełniających cmentarz. „Zmarła w 1819 roku, 7 listopada o 5. z rana” — napisy takie przykro było czytać; jakże ciężki musiał być zgon o świcie słotnego jesiennego dnia w starym powiatowym mieście! Lecz obok jaśniał bielą pomiędzy drzewami marmurowy anioł z oczami utkwionymi w błękitne niebo, a pod nim na czarnym, lustrzanym granicie wyryto złotymi literami: „Błogosławieni, którzy w Panu umierają!”. Na żelaznym pomniku kolegialnego asesora, mieniącym się pod wpływem słot i czasu wszystkimi kolorami tęczy, można było odczytać wiersze: Carowi służył uczciwie, Bliźniego kochał poczciwie, W poważaniu był u ludzi… Wydało się to Tichonowi Iljiczowi jakieś kłamliwe. Ale *tutaj* wzruszało nawet kłamstwo. Albowiem — gdzież prawda?! Ot tam, w krzakach, leży szczęka ludzka, jakby zrobiona z brudnego wosku: to wszystko, co zostało z człowieka… Wszystko…? Gniją kwiaty, wstęgi, krzyże, trumny i kości w ziemi — wszystko jest śmiercią i rozkładem! Idąc dalej, Tichon Iljicz czytał: „I stanie się w dzień Sądu: powstały z prochu, zbudzi się do nieśmiertelności”. „Kochany nasz synu, pamięć o tobie nie zginie w sercach naszych nigdy!”… Coraz surowiej marszcząc brwi, zdejmował czapkę i robił znak krzyża. Blady był jeszcze i słaby po chorobie, wspominał dzieciństwo, młodość, Kuźmę… Poszedł w ów daleki kąt cmentarza, gdzie pochowani byli jego najbliżsi: ojciec, matka i siostra, która umarła, będąc jeszcze małą dziewczynką… Napisy mówiły wzruszająco i pojednawczo o spokoju i odpoczynku, o uczuciach dla ojców, matek, mężów i żon, o miłości, której jakby nie było i nie będzie na ziemi, o prawdziwym oddaniu i pokorze względem Boga, o gorącej wierze w przyszłe, o spotkaniu się w innym błogosławionym świecie, w który wierzy się jedynie tutaj wśród mogił, o tej równości, jaką daje tylko śmierć, o tych chwilach, gdy zmarłego nędzarza całuje się w usta ostatnim całowaniem, jak brata… Gdy porównują go do cesarzów i władców, wygłaszając nad nim wielkie i uroczyste słowa… A tam, w oddalonym kącie przy parkanie, w krzakach bzu, drzemiących w spiekocie, tam, gdzie niegdyś były mogiły, a teraz zostały tylko pagórki lub doły zarosłe trawą z białymi kwiatami, Tichon Iljicz ujrzał świeży grób dziecięcy i krzyż, a na krzyżu — dwuwiersz: Niechaj głośny listków szum Nie przerywa Kostka dum… I, przypomniawszy sobie własne dziecko, które niemowa-kucharka zadusiła przez sen, zamrugał oczami, powstrzymując napływające łzy… ------------------------------------------------ Po szosie, przechodzącej obok cmentarza i gubiącej się w polach rozkołysanych zbożem, nikt nigdy nie jeździł. Chodził nią tylko bosonogi włóczęga w różowej, spłowiałej koszuli i portkach z różnokolorowych łat. Wszyscy zwykle jeździli zakurzoną, polną drogą, ciągnącą się równolegle. Drogą tą pojechał również i Tichon Iljicz. Z przeciwnej strony przeleciała najpierw obdarta dorożka — powiatowi dorożkarze jeżdżą po kawalersku! — a w dorożce siedział jeden z urzędników bankowych, który wybrał się na polowanie: na kolanach miał strzelbę w pokrowcu, na nogach — wysokie buty od błota (chociaż błot w całym powiecie nigdy nie było), a przy nim leżał łaciaty wyżeł. Za dorożką, wśród kurzu, wgramoliwszy się na staroświecki welocyped o dwóch kołach, z których jedno było ogromne, a drugie, tylne — malutkie, przejechał, nurkując po wybojach, młody pocztowiec. Przestraszył konia, więc Tichon Iljicz gniewnie ścisnął zęby: takiego nicponia przydałoby się zapędzić do prawdziwej roboty! Południowe słońce dopiekało, wiał gorący wiatr, bezobłoczne niebo przybierało kolor ołowiu. Tichon Iljicz, rozmyślając nad krótkością i bezsensownością życia, coraz gniewniej odwracał się od chmury kurzu na drodze i z coraz większą troską patrzył z ukosa na nędzne, zbyt wcześnie schnące zboża. Miarowym krokiem, z wysokimi kijami w rękach szły tłumy pątnic, udręczonych zmęczeniem i upałem. Składały one Tichonowi Iljiczowi pokorne niskie pokłony, ale i one wydawały mu się nieszczere. — Pokornisie! — mruczał. — A na noclegach pewnie gryzą się ze sobą jak psy! Pijani chłopi, wracający z jarmarku, poganiali konie, wzbijając tumany kurzu — prawie po dziesięciu siedziało na każdej podwodzie — byli wśród nich rudzi i siwi, czarni i blondyni, ale wszyscy jednako ohydni, kudłaci i chudzi. Wyprzedzając ich łomoczące wozy, Tichon Iljicz kręcił głową. — Och, włóczykije! Bodaj was diabli! Jeden z nich, w koszuli porozrywanej na pasy, spał; leżał na plecach jak martwy i obijał się o wóz, odrzuciwszy w tył głowę i zadzierając w górę zakrwawioną brodę oraz nos nabrzmiały i oblepiony zakrzepłą krwią. Drugi biegł, doganiając porwaną przez wiatr czapkę, a gdy się potknął, Tichon Iljicz ze złą satysfakcją wyciął batem. Dalej spotkał wóz pełen sit, łopat i bab: siedząc plecami do koni, trzęsły się i podskakiwały; jedna z nich miała na głowie nową dziecięcą czapeczkę, włożoną daszkiem do tyłu; druga, z ustami pełnymi kołacza, śpiewała; trzecia machała rękami i ze śmiechem wrzeszczała za Tichonem Iljiczem: „Wujek, zgubiłeś kołek od osi!”. A Tichon Iljicz, wstrzymawszy konia, pozwolił się przegonić i wyciął batem tę babę również… Za szlabanem, gdzie szosa skręcała w bok, a łomoczące wozy pozostały w tyle, gdy otoczyła go cisza, przestrzeń oraz upał stepu, Tichon Iljicz znowu poczuł, że najważniejsze na świecie to jednak „interes”. Z wielką pogardą pomyślał o ziemianach, którzy na jarmarku zadawali szyku swymi nędznymi trojkami… Och, jakaż bieda wokoło! Chłopi zmarnowani do cna, ani źdźbła nie zostało w rozrzuconych po powiecie zbiedniałych zagrodach. Gospodarza by tu trzeba! Gospodarza! — Ale nie takiego, jak ty, bracie! — ironizował gniewnie. — Sam żebrak jesteś, postrzeleniec, niedorajda! Na połowie drogi była duża wieś Rownoje, zamieszkana przez jednodworców. Suchy podmuch wiał wzdłuż pustych ulic, po spalonych przez upał łozinach. Na progach, grzebiąc w popiele, trzepotały się kury. Z gruba ciosana i wymalowana na bury kolor cerkiew sterczała na nagim wygonie. Za nią, przecięty groblą z nawozu, błyszczał w słońcu płytki, gliniasty staw, woda gęsta i żółta, w której stado krów co chwila załatwiało swe potrzeby, a obok goły chłop mydlił sobie głowę. On także po pas wszedł w wodę, na piersiach jego błyszczał miedziany krzyżyk, szyja i twarz były na czarno opalone, a ciało aż raziło bladością i bielą. — Wyprzęgnij no konia — powiedział Tichon Iljicz, wjeżdżając do stawu, śmierdzącego bydłem. Chłop rzucił sinawy marmurkowy kawałek mydła na brzeg czarny od krowiego gnoju i z namydloną głową, zakrywając się wstydliwie, pośpieszył spełnić rozkaz. Koń chciwie przypadł do wody, lecz była ona tak ciepła i wstrętna, że zwierzę podniosło mordę i odwróciło łeb. Tichon Iljicz, pogwizdując nań, zamachał czapką: — Ależ wodę macie! Pijecie ją? — A u was jaka? Z cukrem? — wesoło i przyjaźnie odparł chłop. — Tysiąc lat ją pijemy! Ale co tam woda; ot, chleba brak! I trzeba było zmilczeć: przecież i w Durnowce woda nielepsza i chleba też nie ma… I nie będzie… Za Rownojem droga znów wiodła wśród żyta, ale jakiego! Skąpego, słabego, prawie bez kłosa i pełnego chabrów… A około Wysiełek, pod Durnowką, na koślawej wierzbie pełnej dziupli siedziała chmara gawronów z rozdziawionymi srebrnymi dziobami, tego dnia z Wysiełek pozostała jedynie nazwa i czarne szkielety izb wśród śmieci! Kopciły one mleczno-sinawym dymem i czuć było kwaśną spaleniznę… Myśl o pożarze jak błyskawica przeszyła Tichona Iljicza. „Nieszczęście!”, pomyślał, blednąc. Nic nie ubezpieczył był ze swego majątku, a w przeciągu jednej godziny może się stać wszystko… Od świętego Piotra, od owej pamiętnej wycieczki na jarmark, Tichon Iljicz zaczął popijać i to dość często, wprawdzie nie do utraty przytomności, ale do silnego podniecenia. Nie przeszkadzało to jednak wcale w interesach i według jego słów nie szkodziło też zdrowiu. „Wódka krew czyści”, mawiał. Wyglądał też jeszcze silniej niż dawniej. Życie swe i teraz nazywał katorgą, pętlą na szyi, złotą klatką. Ale coraz pewniej kroczył swoją drogą, nie zwracając uwagi na nic. W domu jego zapanowała codzienność i kilka lat przeszło tak jednostajnie, że wszystko się zlało w jeden jedyny dzień roboczy. A zdarzenia wielkie i nowe przyszły niespodzianie: wojna z Japonią i rewolucja. ------------------------------------------------ Pogłoski o wojnie zaczęły się naturalnie od przechwałek. „Kozak, bratku, prędko z nich zedrze żółtą skórę”. Lecz słabe te i na niczym nieoparte przechwałki trwały niedługo i wkrótce poszły inne gadki. — Z własną ziemią nie wiadomo, co robić! — surowym gospodarskim tonem mówił Tichon Iljicz, myśląc, zdaje się po raz pierwszy w życiu, nie tylko o durnowskiej, lecz o całej ruskiej ziemi. — To nie wojna, a po prostu zawracanie głowy! Zdarzało się i to drugie, odwieczne: stawano po stronie tych, którzy byli górą. I wieści o strasznych porażkach rosyjskiej armii wprowadzały w zachwyt. — Do-o-brze! Tak ich, tak ich, sukinsynów, tak! Zachwycały też i zwycięstwa rewolucji, zachwycały zabójstwa. — Jak dał temu ministrowi pod żebro! — mówił niekiedy Tichon Iljicz w zapale. — Jak mu dał! Nawet prochu z niego nie zostało! Lecz budziła się również trwoga. Gdy tylko zaczęto mówić o gruntach, budziła się złość posiadacza. „To wszystko robota żydowska! Wszystko to zrobiły Żydy i te kudłacze, studenty!”. Najwięcej ze wszystkiego rozdrażniało Tichona Iljicza, że syn diaka z Ulianowki, seminarzysta, pętający się bezczynnie przy ojcu, nazywa siebie socjaldemokratą. I nie można było nic zrozumieć: mówią i mówią: „Rewolucja, rewolucja”, a wokoło wszystko jak dawniej, takie codzienne: słońce świeci, na polu kwitnie zboże i podwody wloką się na stację. A ludzie z ich wymijającymi odpowiedziami lub uporczywym milczeniem są tacy niezrozumiali! — Chytry to naród, chytry! Aż strach, jaki chytry! — mawiał Tichon Iljicz i, zapominając o „Żydach”, dodawał: — Przypuśćmy, że to nie żadna sztuka. Zmienić rząd, ziemię podzielić; to nawet dziecko przy piersi zrozumie! I, naturalnie, wiadomo za kim jest naród! Ale, naturalnie, musi milczeć! I znaczy, trzeba uważać i tak robić, żeby milczał! Nie popuszczać mu cugli. A i jak popuścisz, trzymaj się, bracie: niech tylko poczuje powodzenie i luz pod ogonem, rozniesie na kawałki! Kiedy czytał lub słyszał, że będą zabierali ziemię tylko tym, którzy mają więcej niż pięćset dziesięcin, sam stawał się „wichrzycielem”. Zapuszczał się nawet w spory z mieszkańcami Durnowki. Stoi, bywało, obok jego sklepiku chłop, kupił na stacji wódki, w sklepie — certę i obwarzanków; zdjął czapkę, ale wciąż jeszcze odkłada rozkosz jedzenia na później, a tymczasem mówi: — Nie, ty o tym, Iljicz, nie gadaj. Po sprawiedliwej cenie to wziąć ziemię można by. Ale tak! Nie, tak, to jakoś nie wychodzi… Pachną sosnowe deski, zwalone przy stodołach naprzeciw drzwi. Przenikliwie czuć woń cert i sznurków, na które nawleczone są obwarzanki. Słychać, jak za drzwiami i za budynkami stacji dyszy i bucha parą gorąca lokomotywa towarowego pociągu. Tichon Iljicz stoi bez czapki przed sklepem, mruży oczy i uśmiechając się, mówi: — Głupstwa! A jeżeli on nie gospodarz, a włóczęga? — Kto? Właściciel? — Nie, tyłek! — No, to inna sprawa! Takiemu odebrać wszystko, takiemu bebechy wypruć także nie grzech! — A właśnie! Właśnie o to chodzi! Ale nadeszła też inna wieść: że będą zabierali i poniżej pięciuset dziesięcin! A wtedy duszą owładała natychmiast podejrzliwość, zdumienie i zaczepność. Wszystko, co robiono w domu, wydawało się wstrętne. Zdarzało się, że Jegorka, podręczny, wynosił ze sklepu worki po mące i zaczynał je wytrząsać. Głowa chłopca przypominała głowę głuptaka z miasta, „Motii-Kaczej-Główki”. Ciemię miał wypukłe, włosy twarde i gęste (i czemu głuptasy mają takie gęste włosy?), czoło — wklęsłe, twarz — krzywą i długą jak jajo, oczy wytrzeszczone, z białymi, cielęcymi rzęsami, o powiekach mocno naciągniętych: zdawałoby się, że nie wystarczyło skóry na te powieki i że jeżeli chłopak zamknie oczy, będzie musiał otworzyć usta, a jeżeli zechce usta zamknąć — oczy otworzą mu się szeroko. I Tichon Iljicz ze złością krzyczał: — Bałwan! Dureń! Czego wytrząsasz na mnie? Zdarzało się, że kucharka wynosiła kuferek, odwracała go dnem do góry i pięścią zaczynała coś z niego wybijać. Tichon Iljicz, zrozumiawszy o co chodzi, z wolna kiwał głową: — Ot, gospodynie, żeby was… Prusaki wybijasz? — Ich tu całe chmary! — radośnie odpowiadała kucharka. — Popatrzyłyśmy, a tu… Boże wielki! Tichon Iljicz, zgrzytnąwszy zębami, wychodził na szosę i długo spoglądał na falujące pola po stronie Durnowki. Izby jego, kuchnia, sklep i stodoła, w której niegdyś był handel spirytualiami, stanowiły jeden kompleks pod wspólnym żelaznym dachem. Z trzech stron przylegały doń strzechy obór i chlewów kryte słomą; w ten sposób tworzył się zaciszny kwadrat. Ganek i wszystkie okna wychodziły na południe. Ale spichrze ze zbożem, postawione na wprost okien po drugiej stronie drogi, zagradzały widok. Na prawo była stacja, na lewo — szosa, za nią — brzozowy lasek. I gdy Tichonowi Iljiczowi robiło się źle na duszy, wychodził na szosę. Wiła się ona krętą wstęgą od jednego pagórka do drugiego, schodziła na południe, to zniżając się wraz z polami, to wznosząc się ku horyzontowi aż do dalekiej budki, gdzie ją przecinała południowo-wschodnia droga żelazna. I jeżeli się zdarzało, że do Ulianowki jechał któryś z chłopów durnowskich (naturalnie, któryś z bardziej przedsiębiorczych i mądrzejszych, na przykład Jakow, którego wszyscy nazywają Jakowem Mikiticzem za to, że skąpy, że przez dwa lata chowa każdą kadź zboża i że posiada trzy dobre konie) — Tichon Iljicz zatrzymywał go. — Żebyś se przynajmniej czapkę kupił — wołał drwiąco. Jakow w czapce, w perkalowej koszuli, w krótkich parcianych spodniach, bosy, siedział na brzegu wozu. Przyciągnąwszy sznurkowe lejce, zatrzymywał wypasioną kobyłę: — Jak się macie, Tichonie Iljiczu! — mówił powściągliwie. — Jak się masz! Mówię, że mógłbyś już ofiarować tę twoją czapkę na gniazdo dla wron! Jakow, z chytrym uśmiechem wpatrując się w ziemię, kiwał głową. — To… Jak powiedzieć? Dobrze by było. Ale jeżeli, na ten przykład, kapitał nie pozwala? — Nie gadaj! Już my was, bidne sieroty, do-o-obrze znamy! Dziewczynę wydał, chłopca ożenił, pieniądze ma!… Czegóż ty jeszcze chcesz od Pana Boga? Pochlebiało to Jakowowi, ale czyniło go jeszcze ostrożniejszym. — O Boże! — wzdychał i mruczał drżącym, jakby chichoczącym głosem: — Pieniądze… A jeżeli ja ich, na ten przykład, nigdy nie miałem? A chłopak… Cóż chłopak? Z chłopaka niewielka pociecha… Po prostu… Trzeba przyznać… Żadna pociecha! Teraz z młodych pociechy nie ma! Jakow, jak wielu chłopów, łatwo się gorączkował, a zwłaszcza wtedy, kiedy chodziło o jego rodzinę lub gospodarstwo. Skryty był także, ale nerwowość często brała górę nad skrytością, jakkolwiek objawiała się tylko w urywkowym sposobie mowy i w drżącym głosie. A Tichon Iljicz, aby go do reszty rozdrażnić, pytał współczująco: — Żadnej pociechy? Patrzcie, patrzcie!… I to z powodu baby? Jakow, spoglądając wokoło, skrobał się paznokciami po piersi: — Z powodu baby! Żeby ją padaczka… — Zazdrosny? — Zazdrosny… Że niby ja ją… — Hm! — współczująco odzywał się Tichon Iljicz, chociaż doskonale wiedział, że nie ma tu dymu bez ognia. A oczy Jakowa zaczynały się już rozbiegać: — Naużalała się tam przed mężem, naużalała! Ale co tam… Naużalała! Otruć chciała! Kiedyś, na ten przykład… Na przeziębienie dobrze zapalić papierosika, żeby zelżało na piersiach… No i zauważyła… Wsunęła pod poduszkę papierosik… Jakbym nie popatrzał, przepadło! — A cóż to za papierosik? — Natłukła kości z umarlaków i wsypała zamiast tytoniu… — No, to chłopak dureń! Nauczyłbym ją, przeklętą babę, po naszemu! — Akurat..! Toż on, na ten przykład, jeszcze na mnie wsiadł! A skręca się jak gadzina! Ja go za łeb, a łeb ostrzyżony! Ja go za kark, a tu szkoda koszuli! Tichon Iljicz kiwał głową, chwilkę milczał i na koniec zdecydował się. — A jak tam u was? Czekacie na bunt? Ale wówczas powróciła skrytość Jakowa. Uśmiechnął się i machnął ręką. — Eeeee! — bąknął pośpiesznie. — Jaki tam, u diabła, bunt? U nas naród spokojny… Bardzo spokojny naród… I przyciągnął lejce, że niby koń się płoszy. — A w niedzielę? O czym radziliście? — ze złością rzucił nagle Tichon Iljicz. — Radzili? A cholera ich wie! Pokrzyczeli, na ten przykład… — Wiem ja, o czym krzyczeli, wiem! — No to co? Ja nie ukrywam… Gadali na ten przykład, że wyszedł, niby, rozkaz… Niby, że kazali… Za nic nie pracować po dawnej cenie… Przykro było myśleć, że kiedy sprawy są ważne, ręce z powodu jakiejś tam Durnowki opadają. A przecież w całej tej Durnowce jest w ogóle wszystkiego trzydzieści zagród. I leży w takiej diabelskiej dziurze: szeroki jar, z jednej strony chaty, z drugiej — dworek. A dworek ten i chaty patrzą na siebie z dnia na dzień, czekając jakiegoś „rozkazu”… Ech, puścić by tak kilku kozaków z nahajkami! A „rozkaz” jednak „wyszedł”. Którejś niedzieli rozeszła się wieść, że w Durnowce wiec opracowuje plan napadu na dwór. Ze złymi a radosnymi błyskami w oczach, z poczuciem niezwykłej siły i śmiałości, z gotowością „złapania samego czorta za rogi” Tichon Iljicz krzyknął: „Zaprząc konia do linijki!” i po dziesięciu minutach pędził już szosą do Durnowki. Po deszczowym dniu słońce zachodziło w szaro-czerwonych chmurach, pnie brzóz w lasku wydawały się pąsowe; trudno było przejechać polną drogą, ostro odcinającą się czarno-fioletowym błotem od świeżej zieleni. Z końskiego zadu i z suwającej się po nim uprzęży spadała różowa piana. Lecz mniejsza o konia! Mocno uderzając go lejcami, Tichon Iljicz skręcił w bok od kolei i pojechał na prawo, a zobaczywszy Durnowkę, na chwilę zwątpił w prawdziwość pogłosek o buncie. Cisza panowała wokoło, skowronki śpiewały swe wieczorne pieśni, pachniało zwyczajnie wilgotną ziemią i słodyczą polnych kwiatów. Lecz nagle spojrzenie Tichona Iljicza padło na okólnik przy dworze, gęsto usiany żółtymi jaskrami: na okólniku pasły się chłopskie konie! Aha — zaczęło się! Szarpnąwszy lejcami, Tichon Iljicz przeleciał obok okólnika, obok stodoły tonącej w łopuchach i pokrzywach, obok niskopiennego wiśniowego sadu pełnego wróbli, obok stajni i czeladnej, i wpadł na podwórze… A potem działo się coś niesamowitego: o zmierzchu, dusząc się złością, doznaną obrazą i strachem, Tichon Iljicz siedział w polu na linijce. Serce mu waliło, ręce się trzęsły, twarz paliła, a słuch był wyostrzony jak u zwierzęcia. Siedział, słuchał krzyków, dobiegających z Durnowki, i przypominał sobie, jak tłum, który wydał mu się olbrzymi, ujrzawszy go, runął przez jar do dworu, napełnił podwórze zgiełkiem i wymysłami, stłoczył się przed gankiem i przycisnął Tichona do drzwi. Tichon Iljicz miał w rękach tylko bat i machał nim, to odstępując, to rozpaczliwie rzucając się w tłum. Lecz jeszcze zamaszyściej i jeszcze mocniej machał kijem napierający rymarz — zły, suchy, z zapadłym brzuchem, ostronosy, w butach i w liliowej perkalowej koszuli. To on w imieniu całego tłumu (dziwne wrażenie robili wśród ciżby Mikołajek, szary, najbiedniejszy nędzarz w całej Durnowce, Czugunok i nawet Jakow!) ryczał, że wyszedł rozkaz „skończyć ten interes”, skończyć w jeden dzień i o tej samej godzinie w całej guberni: przepędzić ze wszystkich dworów obcych parobków i zastąpić ich na robocie tutejszymi — po rublu dziennie! — a panów wygnać na cztery wiatry, dokąd ich oczy poniosą. Tichon Iljicz wrzeszczał na to jeszcze przeraźliwiej, starając się zagłuszyć rymarza: — A-a-a! To tak! Nauczyłeś się, włóczykiju, od syna diaka? Wyniuchałeś!? A rymarz chwytał w lot jego słowa. — Sam żeś włóczykij! — darł się aż do ochrypnięcia, z twarzą nabiegłą krwią. — Ty siwy durniu! To ja i bez syna diaka nie żyłem?! To i bez niego nie wiem, ile masz gruntu? Ty hyclu! Dwieście?! A ja, psiakrew, ja to wszystkiego mam taki kawałek, jak ten twój ganek! A dlaczego?! Kto ty jesteś? Kto ty jesteś, pytam ja ciebie?! Z jakich to panów?! — No, pamiętaj, Mit'ka, pamiętaj! — krzyknął na koniec Tichon Iljicz bezradnie i czując, że mu się w głowie kręci, rzucił się przez tłum do linijki. — Popamiętasz to sobie! Ale nikt nie przestraszył się groźby i zgodny śmiech, ryk i gwizdanie poleciały za nim w ślad… A potem Tichon Iljicz krążył wokoło dworu i drżąc, słuchał. Wyjechał na drogę, na skrzyżowanie i stanął twarzą do zorzy, do stacji, gotowy w każdej chwili popędzić konia. Cicho było bardzo, ciepło, wilgotno i ciemno. Ziemia, podnosząc się ku horyzontowi, gdzie jeszcze żarzył się czerwonawy słaby blask, czerniała jak przepaść. — Stój, ścierwo — przez zęby szeptał Tichon Iljicz do poruszającego się konia — s-stój! Z oddali słychać było krzyki i pieśni. A nad wszystkie głosy wybijał się ryk Czerwonego Wańki, który już dwa razy był w donieckich kopalniach… Potem nad dworem wystrzelił ciemny, ognisty słup! Chłopi otrząsnęli w sadzie wszystkie zawiązki owoców i podpalili szałas, a spośród płomieni zaczął strzelać pistolet, zapomniany tam przez uciekającego sadownika-mieszczanina… Dowiedziano się później, że naprawdę stał się cud: w tym samym dniu zbuntowali się chłopi prawie w całym powiecie. Hotele w mieście długo przepełnione były ziemianami, szukającymi ochrony u władz. W następstwie Tichon Iljicz ze wstydem przypominał sobie, że i on szukał jej również, a wstydził się dlatego, że mieszkańcy Durnowki pokrzyczeli, narobili rwetesu i zamilkli. Rymarz zaczął wkrótce, jakby nigdy nic, zjawiać się w sklepie w Worgole i z szacunkiem zdejmował czapkę na progu, niby nie dostrzegając, że twarz Tichona Iljicza ciemnieje na jego widok. Jednak wciąż jeszcze kursowały pogłoski, że durnowcy chcą zabić Tichona Iljicza. Zbyt późno wracając więc do domu z Durnowki, bał się, macał rewolwer, nieprzyjemnie ciążący w kieszeni spodni, i dawał sobie słowo, że pewnej pięknej nocy spali całą Durnowkę albo zatruje wodę w jej stawach… Ale wreszcie i te pogłoski ucichły. Jednak Tichon Iljicz zaczął na serio myśleć, że trzeba raz już skończyć z tą przeklętą wsią. „Bliższa ciału koszula…”. Zresztą chłopi stali się tacy wyzywający w zachowaniu, okazywali jakieś tajemnicze uświadomienie… — Gdzieś ty to wszystko wyczytał? W gazetach? — zapytał kiedyś Tichon Iljicz jąkałę Kobylaja, sławnego z tego, że go „przyłapano” pewnego razu wśród koni. — W g-g-g-azetach? — zdziwił się Kobylaj. — A k-k-k-tóżby nam g-g-gazety dawał? Rzeczywiście: nikt im przecież ich nie dawał. Ale durnowcy wiedzieli jednak „sami z siebie wszyściuteńko” i głupio byłoby powierzać teraz któremuś z nich nadzór albo jakieś interesy we dworze… Zresztą karbowym był Rod'ka. W roku tym, najbardziej burzliwym ze wszystkich lat ostatnich, Tichon Iljicz skończył pięćdziesiątkę. Ale marzenie o ojcostwie nie opuściło go dotąd i ono właśnie zetknęło go z Rod'ką. ------------------------------------------------ Rod'ka, wysoki, ponury chłop z Ulianowki, dwa lata temu zamieszkał w zagrodzie brata Jakowa, Fiedota; ożenił się, pochował Fiedota, zmarłego z przepicia na weselu, i poszedł do wojska. A jego młoda żona, kobietka zgrabna, z bardzo białą i delikatną cerą, ze ślicznym rumieńcem i z wiecznie opuszczonymi rzęsami, zaczęła pracować we dworze na dniówki. Właśnie te jej spuszczone rzęsy strasznie podniecały Tichona Iljicza. Durnowskie baby noszą na głowie „rogi”: zaraz po ślubie warkocze układają na ciemieniu i przykrywają je chustką, z czego robi się coś dzikiego, podobnego do krowich rogów; noszą też staroświeckie ciemnoliliowe kaftany z galonami, białe fartuchy w rodzaju sarafana i łapcie. Ale Młoda — przydomek ten już jej pozostał — ładna była nawet w tym stroju. I pewnego wieczora, gdy samotnie zgarniała kłosy w ciemnej stodole, Tichon Iljicz, obejrzawszy się, zbliżył się do niej szybko i pośpiesznie rzekł: — W bucikach będziesz chodziła, w jedwabnych chustkach… Nie będę żałował choćby ćwiartki! Ale Młoda milczała jak zabita. — Słyszysz czy nie? — krzyknął szeptem Tichon Iljicz. Lecz Młoda jakby skamieniała, pochyliwszy głowę i zagarnąwszy grabiami kłosy. I Tichon Iljicz nic nie wskórał. Wtem niespodziewanie zjawił się przed terminem Rod'ka bez jednego oka. Było to wkrótce po buncie w Durnowce i Tichon Iljicz natychmiast zgodził Rod'kę razem z żoną do dworu, tłumacząc się tym, że „teraz bez żołnierza ani rusz!” Na świętego Ilję Rod'ka pojechał do miasta, a Młoda myła podłogi w domu. Omijając kałuże, Tichon Iljicz wszedł do pokoju, spojrzał na schyloną Młodą, na jej białe łydki zbryzgane brudną wodą, na całą jej rozrosłą i tęższą teraz postać… I nagle przekręcił klucz w drzwiach, a potem, wyjątkowo silny i spragniony, ruszył ku Młodej. Kobieta szybko się wyprostowała, podniosła ku niemu rozczerwienioną, wzburzoną twarz i trzymając w rękach mokrą ścierkę, krzyknęła jakoś dziwnie: — Jak ci dam!… Czuć było gorące pomyje, pot, rozgrzane ciało… Tichon Iljicz porwał Młodą za rękę, wyrwał jej ścierkę, schwycił kobietę za stan i przycisnąwszy ją do siebie tak, że kości zatrzeszczały, zaniósł ją do sąsiedniego pokoju, gdzie stało łóżko. I Młoda, odrzuciwszy w tył głowę i szeroko otworzywszy oczy, już się nie wyrywała ani sprzeciwiała… Męką było potem patrzenie na żonę i na Rod'kę, męką — świadomość, że Młoda sypia z mężem i że ten bije ją okrutnie, bije co dzień i co noc. A wkrótce zjawił się też strach. Nieznane są drogi, jakimi zazdrosny człowiek dochodzi do prawdy! I Rod'ka do niej doszedł, a wówczas stał się straszny: chudy, jednooki, z długimi rękami, silny jak małpa, z malutką, krótko ostrzyżoną głową, którą zawsze trzymał schyloną, patrząc spode łba głęboko osadzonym, błyszczącym okiem… W wojsku nauczył się ukraińskich wyrazów i akcentów, a jeżeli Młoda ośmielała się odpowiadać na jego krótkie, szorstkie słowa, brał spokojnie rzemienny bicz, zbliżał się do niej ze złym uśmieszkiem i przez zęby zapytywał: — Co pani mówią? Po czym tak mocno ją uderzał, że kobiecie aż się ciemno w oczach robiło. Pewnego razu, ujrzawszy taką rozprawę, sam Tichon Iljicz nie wytrzymał i krzyknął: — Co robisz, łotrze jeden! Ale Rod'ka spokojnie usiadł na ławce i tylko na niego spojrzał: — Co pan mówią? I Tichon Iljicz śpiesznie zatrzasnął drzwi… Zaczęły przebłyskiwać dzikie myśli; może by otruć żonę: na przykład, zaczadzić, a z Rod'ką zrobić tak, żeby go gdzieś przygniotła ziemia albo dach… Ale przeszedł jeden miesiąc, drugi, i nadzieja, która upajała jego myśli, okrutnie go zawiodła: Młoda nie zaszła w ciążę! Wszyscy w Durnowce byli dotąd pewni, że winien temu Rod'ka. Tichon Iljicz także tak myślał i żywił nadzieję. Ale jakoś w połowie września, gdy Rod'ka był na stacji, Tichon Iljicz niespodzianie zjawił się na folwarku i aż krzyknął, spojrzawszy na wykrzywioną przestrachem ładną twarz Młodej. — Co, znowuś gotowa? — ryknął, wbiegając na ganek. Młodej aż wargi zbladły, nos stał się woskowo żółty, a oczy rozszerzyły się i poczerniały: tak, znów się okazało, że nie jest brzemienna. Wyczekując śmiertelnego ciosu w głowę, odchyliła ją w tył, ale Tichon Iljicz powstrzymał się i tylko jęknął z bólu i wściekłości. Po chwili wyjechał z powrotem do domu i od tej pory Rod'ka nie miał już powodu do zazdrości. A chłop, wyczuwszy to, zaczął się bać Tichona. Ten zaś miał tylko jedno jedyne pragnienie: jak najprędzej przepędzić go na cztery wiatry. Ale kto mógłby go zastąpić? Z durnowskimi chłopami Tichon Iljicz miał się jeszcze na baczności. Naczelnika policji ziemskiej i komisarza prosił do siebie i wprawdzie ich upijał, ale cóż miał z tego za pożytek? Komisarz Orłow, przyjechawszy do niego, nic innego nie robił, tylko pił „za zdrowie szanownej Anastasji Pietrowny!”, zajadał przekąski, epatował swą wolnomyślnością, krytykował z wielką nonszalancją „priemier-ministra” i nie dawał gospodarzowi możności wypowiedzenia dwóch słów o swoich sprawach. Kiedy, bywało, zanocował, sypiał do dziesiątej, a wstawszy, ubierał się w kapotę gospodarza i siedział, wysuwając spod niej brudne nogi z długimi jak u psa pazurami… ------------------------------------------------ Przypadek wybawił z kłopotu Tichona Iljicza. Pogodził się całkiem niespodzianie z bratem i namówił go do zarządzania Durnowką. Od znajomego w mieście dowiedział się był, że Kuźma przestał pić, że przez długi czas pracował jako urzędnik w majątku u ziemianina Kasatkina i, co najdziwniejsze, stał się „autorem”. Tak jest: podobno wydrukowali całą książkę jego wierszy, a na okładce zaznaczono: „nakładem autora”. — Ta-a-a-a-ak! — przeciągnął Tichon Iljicz, dowiedziawszy się o tym. — No, no, to ci majster z tego Kuźmy! A można zapytać… Jak to oni wydrukowali: utwory Kuźmy Krasowa? — Wszystko, jak potrzeba — odrzekł znajomy, przekonany zresztą (jak wielu w mieście), że Kuźma swe wiersze „ściąga” z książek i pism. Wówczas Tichon Iljicz, nie wstając z miejsca, od razu tutaj przy stole w restauracji Dajewa napisał do brata suchą i krótką kartkę, że czas już, aby obydwaj, on i brat, dwaj starcy, pogodzili się i przyznali do wzajemnych win. Pogodzenie się nastąpiło również w restauracji, a było szybkie i milczące. Nazajutrz odbyła się rozmowa o interesach. Było to rankiem w restauracji jeszcze pustej. Słońce świeciło w zakurzone okna, oświetlało stoliki, przykryte wilgotnawymi, czerwonymi obrusami, padało na ciemną podłogę, pachnącą stajnią, a dopiero co umytą opiłkami, na usługujących chłopców w białych koszulach i spodniach. W klatce, jak nakręcony, wyśpiewywał kanarek. Obok w cerkwi Michała Archanioła dzwoniono na nabożeństwo i poważny głęboki dźwięk dzwonów, wstrząsając szybami, drżał i huczał nad głową. Tichon Iljicz z twarzą zdenerwowaną i skupioną usiadł przy stole, obstalował z początku dwie herbaty, ale nie wytrzymał i wziął do ręki spis potraw, nowość, która bawiła wszystkich gości Dajewa. W spisie „stało wydrukowane”: „Karafeczka wódki z przekąską — 25 kop. Z przyzwoitą przekąską — 40 kop.”. Tichon Iljicz kazał sobie podać karafkę za 40 kop., chciwie wypił dwa kieliszki i właśnie chciał nalać trzeci, gdy usłyszał nad uchem z dawna znajomy głos: — No, więc jak się masz? Kuźma ubierał się podobnie jak brat. Niższy był od niego, bardziej kościsty i suchy, a w ramionach nieco szerszy. Twarz miał dużą, chudą, o z lekka wystających kościach policzkowych, twarz sprytnego starego sklepikarza, wywodzącego się z chłopów, brwi — szare, nastroszone, i niewielkie, zielonkawe oczy. Rozpoczął przemowę zawile: — W pierwszych moich słowach powiem ja ci, Tichonie Iljiczu — zabrał głos, gdy brat nalał mu herbaty — powiem ci, kto ja jestem, żebyś wiedział… — Uśmiechnął się. — Żebyś wiedział, z kim się zadajesz… Miał zwyczaj rąbać sylaby, podnosić brwi w górę, a w czasie rozmowy odpinać i zapinać pierwszy guzik marynarki. Więc zapiąwszy go, ciągnął dalej: — Ja, widzisz, jestem anarchistą… Tichon Iljicz uniósł brwi. — Nie bój się. Polityką się nie zajmuję. A myśleć nikomu nie można zabronić. No, i dla ciebie żadnej szkody w tym nie ma… Gospodarować mogę porządnie, ale otwarcie mówię: drzeć skóry z ludzi nie będę. — Nie takie teraz zresztą czasy — westchnął Tichon Iljicz. — No, czasy te same zostały. Jeszcze, niby, można skórę drzeć. Ale nie! Nie powinno się… Będę gospodarował, a w wolnych chwilach będę się kształcił… Czytał, znaczy się… — Och, pamiętaj: zaczytasz się, w kieszeni nie doliczysz się! — powiedział, kręcąc głową i gryząc wargi, Tichon Iljicz. — A zresztą, to nie dla nas zajęcie. — No, ja tak nie myślę, — odrzekł Kuźma. — Ja, bracie, jakby ci to powiedzieć? Dziwny rosyjski typ jestem! — Przecież i ja sam, zauważ, rosyjski jestem człowiek — wtrącił Tichon Iljicz. — Ale inny. Nie mówię, żem lepszy od ciebie, ale inny. Ty, ja widzę, dumny jesteś z tego, żeś Rosjanin, a ja, bracie, wcale nie jestem słowianofilem! Nie chcę dużo gadać, powiem tylko jedno: nie chwalcie wy się, na litość Boską, że jesteście Rosjanami! Przecież dziki z nas naród i ślamazarny! Ani to Bogu świeczka, ani czortu ogarek… Ale o tym to jeszcze później pogadamy. Tichon Iljicz spochmurniał i zabębnił palcami po stole. — Może to i racja — powiedział, nalewając powolutku kieliszek. — Dziki naród. Zwariowany. — No, więc właśnie! Ja, można powiedzieć, dosyć się natłukłem po świecie, no i co? Po prostu nigdzie nie widziałem nudniejszych i bardziej leniwych ludzi. A jeżeli kto nawet leniem nie jest — Kuźma popatrzał z ukosa na brata — to w takim też niewiele jest sensu. Zgarnia, wije gniazdo, a co z tego za sens? — Jak to: co za sens? — spytał Tichon Iljicz. — No tak, bo i gniazdo trzeba wić z sensem. Że, niby, jak uwiję, to i żyć sobie będę po ludzku. Ot: tym tutaj i tym! — I Kuźma uderzył się palcem w pierś i w czoło. Tichon Iljicz nalał sobie drugą szklankę herbaty. Kuźma, włożywszy srebrne binokle, ciągnął ze spodeczka gorącą bursztynową wodę, Tichon zaś, bacznie popatrzywszy na niego błyszczącymi oczami i zastanawiając się nad czymś, rzekł: — To wszystko, bracie, nie dla nas. „Na wsi, bracie, na wsi żyj, stale chłopski barszczyk żryj, dziury w łapciach szyj a szyj…”. — Łapcie! — zgryźliwie odezwał się Kuźma. — Drugi tysiączek lat już my te łapcie taszczymy, bodaj je wszyscy diabli! Drugi tysiączek lat żyjemy z rozdziawioną gębą! Po diabła to wszystko! A kto winien? Ja na to tak odpowiem: wstyd zwalać ciągle winę na sąsiada! Że, niby, Tatarzy nas gnietli! Myśmy, podobno, naród młody! A przecież chyba i tam, w tej Europie, także gnietli różni… Mongoły rozmaite… Chyba i Niemcy nie starsi od nas… No, ale to inna sprawa! — Racja! — powiedział Tichon Iljicz. — Lepiej pogadajmy o interesach. Kuźma postawił pustą szklankę do góry dnem na spodeczku, zapalił i rzekł: — Do cerkwi nie chodzę… — Znaczy się, mołokanin jesteś — spytał Tichon Iljicz i pomyślał: „Przepadłem! Trzeba będzie, widać, skończyć z Durnowką!”. — Coś w tym rodzaju — uśmiechnął się Kuźma. — A ty do cerkwi chodzisz? Żeby nie strach i bieda, całkiem zapomniałbyś! — No, nie ja pierwszy, nie ja ostatni — odrzekł Tichon Iljicz, nachmurzywszy się znowu. — Grzeszni żeśmy ludzie! Ale powiedziano przecież: „Wszystko będzie wybaczone za jedno westchnienie”. Kuźma pokiwał głową. — Mówisz z przyzwyczajenia! — powiedział surowo. — Ale pomyśl tylko: jakże to tak może być? Przez całe życie żyj jak świnia, a potem westchnij i wszystko jak ręką odjął!… Jest w tym jaki sens czy nie? Rozmowa stawała się ciężka. „I to racja!”, pomyślał Tichon Iljicz, patrząc na stół błyszczącymi oczami, ale, jak zwykle, chciało mu się wykręcić od rozmyślań i rozpraw o Bogu i życiu, dlatego powiedział, aby tylko coś powiedzieć: — Rada by dusza do raju, ale grzechy nie puszczają! — O, o, o! — podchwycił Kuźma, stukając paznokciem po stole. — To jest właśnie to nasze najulubieńsze, nasza cecha zatracona: gadanie swoją drogą, a uczynki swoją! To właśnie rosyjska śpiewka, bracie: źle jest żyć po świńsku, a jednak żyję tak i będę żył po świńsku! Typ z ciebie, bracie, typek! No, a teraz gadaj o interesie… Dzwon zamilkł i kanarek ucichł. Szynk zapełniał się ludźmi, rozmowy przy stolikach stawały się coraz głośniejsze. Służący otworzył okno. Wpadł przez nie hałas z rynku. Gdzieś w sklepiku zadziwiająco wyraźnie i dźwięcznie zakrzyczała przepiórka. I Kuźma przysłuchiwał jej się przez cały czas rozmowy o interesach, a niekiedy półgłosem pomrukiwał: „Widzicie ją!”. A gdy się dogadali, uderzył dłonią w stół i energicznie rzekł: — Więc, znaczy: nie ma o czym mówić! I sięgnąwszy ręką do bocznej kieszeni marynarki, wyjął cały stos papierów i papierków, wyszukał wśród nich książeczkę w szarej marmurkowej okładce i położył ją przed bratem. — Masz — powiedział. — Ustępuję twojej prośbie, a własnej słabości. Książczyna marna, wiersze nieobmyślane, dawne… Ale co zrobić, no, weź i schowaj. I Tichona Iljicza już mocno czerwonego od wódki znowu wzruszyła świadomość, że jego brat jest autorem, że na tej szarej marmurkowej okładce wydrukowano: Poezje K. I. Krasowa. Obracał książkę w rękach i nieśmiało rzekł: — Przeczytałbyś coś… Hm? Zrób to dla mnie, przeczytaj ze dwa-trzy wierszyki! I spuściwszy głowę, denerwując się trochę, trzymając z daleka od siebie książkę i surowo patrząc w nią przez szkła, Kuźma zaczął czytać to, co zwykle czytają samouki: naśladownictwa Kolcowa, Nikitina, żale na los i biedę, uskarżania się przed płynącą chmurą-niepogodą… Pewnie i sam czuł, że wszystko to jest stare i nieszczere. Ale za cudzą nieszczerą formą kryła się prawda, to, co człowiek sam kiedyś silnie i żywo przeżywał; na chudych wystających kościach policzkowych ukazały mu się różowe plamy, a głos chwilami drżał. Błyszczały też oczy Tichonowi Iljiczowi. Ważne było nie to, czy wiersze są dobre czy niedobre, ale to, że ułożył je rodzony brat, biedak, zwyczajny człowiek, od którego czuć było machorkę i stare buty… — A u nas, Kuźmo Iljiczu — rzekł, kiedy Kuźma zamilkł i, zdjąwszy binokle, spuścił głowę — u nas wciąż ta sama piosenka… — I nieprzyjemnie, z goryczą wykrzywił wargę. — U nas tylko: „Po czemu szczecina?”. ------------------------------------------------ Jednak, wprowadziwszy brata do Durnowki, zaczął się tą „piosenką” zajmować jeszcze więcej niż przedtem. Zanim oddał Kuźmie rządy we dworze, przyczepił się do Rod'ki z powodu nowych rzemieni pogryzionych przez psy i wymówił mu miejsce. Rod'ka w odpowiedzi uśmiechnął się zuchwale i poszedł do izby pakować swój dobytek. Młoda przyjęła wymówienie także jakoś spokojnie — rozszedłszy się z Tichonem Iljiczem, powróciła do swego stałego milczenia i nie patrzyła mu w oczy. Ale po półgodzinie, już zapakowany, Rod'ka przyszedł z nią razem prosić o przebaczenie. Młoda stała na progu blada, z oczami zapuchniętymi od płaczu i milczała; Rod'ka schylał głowę, miął w rękach czapkę i starał się także płakać, ale wykrzywiał się tylko wstrętnie, a Tichon Iljicz siedział za stołem, marszczył brwi i kręcąc głową, stukał liczydłami. Wszyscy troje nie mogli na siebie wzajem podnieść oczu, zwłaszcza Młoda, czująca się bardziej winną od innych. I prośby były daremne: Tichon Iljicz zlitował się tylko o tyle, że nie odliczył za rzemienie. Teraz stał się energiczny. Odczepiwszy się od Rod'ki i przekazując interesy bratu, czuł się rześki i zadowolony. „Na bracie, zdaje się, polegać nie będzie można: to człowiek pusty, no, ale tymczasem jakoś ujdzie!”. I powróciwszy do Worgołu, przez cały październik pracował bez wytchnienia. Nastasja Pietrowna ciągle kwękała: puchły jej i żółkły nogi, ręce, twarz. Tichon Iljicz myślał już niekiedy o jej śmierci, coraz pobłażliwiej patrząc na tę słabość i na bezużyteczność żony w sklepie i w domu. I jakby w zgodzie z jego nastrojem przez cały październik była prześliczna pogoda. Ale nagle zmieniła się, przyszła burza i ulewy, a w Durnowce zdarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego. Rod'ka pracował przez październik na linii kolejowej, a Młoda bez roboty siedziała w domu, słuchała wymówek matki i z rzadka zarabiała piętnaście czy dwadzieścia kopiejek w ogrodzie dworskim. A zachowywała się teraz dziwacznie: w domu milczała i płakała, a w ogrodzie była hałaśliwie wesoła, śmiała się, śpiewała pieśni z Dońką Kozą, dziewką głupią i ładną, podobną do Egipcjanki. Koza żyła z ogrodnikiem z miasta, dzierżawiącym sad, a Młoda, nie wiadomo dlaczego zaprzyjaźniwszy się z nią, wyzywająco spoglądała na jego brata, bezczelnego chłopaka, i spoglądając tak, dawała do zrozumienia w piosenkach, że schnie z tęsknoty za kimś. Nie wiadomo, czy co pomiędzy nimi było, ale skończyło się wszystko wielką biedą. Odjeżdżając na Matkę Boską Kazańską do miasta, ogrodnicy urządzili w swym szałasie „wieczorek”; zaprosili Młodą i Kozę, przez całą noc grali na dwóch harmonijkach, śpiewali pieśni, częstowali przyjaciółki piernikami, poili je herbatą i wódką, a o świcie, kiedy zaprzęgli już konie do wozu, rzucili się nagle ze śmiechem na pijaną Młodą, powalili ją na ziemię, skrępowali jej ręce, podnieśli spódnice i zaczęli je u góry zawiązywać sznurem. Koza rzuciła się do ucieczki, zapadła ze strachu w mokre chwasty i łopiany, a kiedy z nich wyjrzała (wóz z miejskimi ogrodnikami szparko wytoczył się już z sadu), zobaczyła, że Młoda, goła do pasa, wisi na drzewie. Dzień wstawał smutny i mglisty, po sadzie szemrał drobny deszczyk, Koza płakała rzewnie i trzęsąc się całym ciałem, odwiązywała Młodą… Przysięgała na ojca i matkę, że raczej ją, Kozę, piorun zabije, niż dowiedzą się na wsi o zdarzeniu w ogrodzie… Ale zaledwie tydzień minął, a już zaczęły kursować po Durnowce pogłoski o hańbie Młodej. Sprawdzenie ich było, oczywiście, niemożliwością: „Widzieć — nikt przecież nie widział, no, a cóż dla Kozy znaczy zełgać!”. Zresztą i Młoda, która przez ten tydzień zestarzała się o lat pięć, odpowiadała na nie tak ordynarnymi wyzwiskami, że nawet matka bała się jej w takich chwilach. Jednak gadanie, wywołane pogłoskami, nie ustawało i wszyscy z wielką niecierpliwością oczekiwali powrotu Rod'ki i jego rozprawy z żoną. Denerwując się (znów wytrącony z równowagi!), czekał tej rozprawy i Tichon Iljicz, który od swoich robotników dowiedział się o historii w ogrodzie; przecież mogło się to skończyć zabójstwem! Ale skończyło się tak, że nie wiadomo, co zrobiłoby większe wrażenie na Durnowce — zabójstwo czy takie zakończenie. W noc na świętego Michała Rod'ka, przyszedłszy do domu, aby „przebrać koszulę”, nie ruszył palcem Młodej i umarł na „kolki”. W Worgole dowiedziano się o tym późnym wieczorem, ale Tichon Iljicz natychmiast kazał zaprząc konia i pomimo ciemności i deszczu pognał do brata. Zgorączkowany, wypiwszy przy herbacie butelkę nalewki, z rozbieganymi oczami wyznał w namiętnych słowach: — Mój grzech, bracie, mój grzech! Kuźma, wysłuchawszy go, długo milczał, długo chodził po pokoju, przebierając palcami, wyłamując je i trzaskając stawami, aż wreszcie rzekł: — No, i pomyśl: czy jest ktoś bardziej okrutny od naszego narodu? W mieście za złodziejaszkiem, który złapie ze straganu placek za grosz, pędzi cały rynek, a kiedy go złapią, natkają mu mydła w gębę. Do pożaru, do bójki biegnie całe miasto, a jak żałują, że wszystko skończyło się tak prędko! Nie kręć głową, nie kręć, żałują! A jak się cieszą, kiedy kto żonę prawie na śmierć zatłucze, chłopaka spierze na kwaśne jabłko albo pastwi się nad nim? To wywołuje u nas największą wesołość. — Niby… O czym ty gadasz? — zapytał Tichon Iljicz. — O święcie! — sarkastycznie i gniewnie odezwał się Kuźma i ciągnął dalej: — Ot tutaj, w Durnowce, pęta się głupia Tekla. A dzieciaki ostatnie groszaki przynoszą, sadzają dziewuchę na wygonie i dalej ją łupić prztyczkami po ostrzyżonej głowie: dziesięć prztyczków za grosz! I wszystko to ze złośliwości! Tak, ze złośliwości. A jakiej głupiej! Niech to wszyscy diabli! No, i to samo z twoją Młodą… — Zauważ — gwałtownie przerwał Tichon Iljicz — drani i głupców dość jest wszędzie. — Tak. A ty sam nie sprowadzałeś sobie tego… Jak mu tam? — Motię-Kaczą-Główkę, myślisz? — spytał Tichon Iljicz. — O właśnie, właśnie… Nie sprowadzałeś go do siebie, żeby się z niego wyśmiewać? I Tichon Iljicz uśmiechnął się. Sprowadzał. Razu pewnego przysłano mu go nawet koleją w beczce po cukrze. Do miasta — tuż, władza — sami znajomi, no, i przysłali! A na beczce napisali: „Ostrożnie! Patentowany osioł!”. — I dla zabawy uczą takich głupców samogwałtu! — gorzko ciągnął Kuźma. — Nieszczęśliwym dziewczętom smarują wrota dziegciem! Żebraków szczują psami! Dla figlów strącają kamieniami gołębie z dachów! Ale te same gołębie jeść to, widzicie, grzech wielki! Sam Duch Święty przecież przyjmuje postać gołębia! ------------------------------------------------ Samowar dawno już wystygł, świeczka stopiła się, w pokoju mętnie siniał dym, miednica pełna była śmierdzących rozmokłych ogarków. Wentylator, blaszana rura w górnej części okna, stał otworem i od czasu do czasu coś w nim zaczynało piszczeć, tłuc się i tęsknie jęczeć. „Jak w zarządzie gminy”, pomyślał Tichon Iljicz. Ale nadymione było tak, że nie pomogłoby nawet dziesięć wentylatorów. Po dachu bębnił deszcz, a Kuźma chodził jak wahadło tam i z powrotem i mówił: — Ta-a-k, nie ma co mówić, dobrzy my jesteśmy! Niesłychanie dobrzy! Kiedy człowiek czyta historię, włosy mu dęba stają! Brat na brata, swat na swata, syn na ojca, wiarołomstwo i morderstwo, morderstwo i wiarołomstwo… A byliny! To także wielka przyjemność: „rozpruł mu pierś białą…”, „wypuścił trzewia na ziemię”… Nawet Ilja, i ten swojej własnej rodzonej córce „stanął na lewej nodze i wykręcił prawą”… A pieśni? Wciąż jedno i to samo: macocha „zła i chciwa”, teść „okrutny i kłótliwy”, „siedzi na przymurku niczym pies na sznurku”, a teściowa znowu „okrutna”, „siedzi na piecu i fuka niczym na łańcuchu suka”, szwagierki zawsze „suki i plociuchy”, szwagrowie „źli kpiarze”, mąż „albo dureń, albo pijak”, „teść-ojczulek” radzi mu „żonę mocniej bić, choćby skóra miała gnić”, a synowa temuż ojczulkowi „podłogę myła, do barszczu dolała; z progu zeskrobała, pierogi wypiekała'”, do małżonka zaś tak przemawiała: „Wstawaj, uprzykrzony, obudź się, masz tu pomyje, umyj się; masz tu onuce, wytrzyj się; masz tu kawałek sznura, powieś się…”. A przypowiastki nasze, Tichonie Iljiczu! Czy można wymyślić coś bardziej niechlujnego i ordynarnego? A przysłowia! „Za jednego obitego dwóch nieobitych dają…”. „Głupota gorsza od złodziejstwa…”. — Znaczy się, według ciebie lepiej żyć jak ostatni głupiec? — zapytał szyderczo Tichon Iljicz. A Kuźma radośnie podchwycił jego słowa: — O, właśnie, właśnie! Na całym świecie nie ma ludzi bardziej gołych niż my, ale za to nie ma też i bardziej zajadłych na tę goliznę. Czym by tu najboleśniej dociąć? Biedą! I mówi się: „Ty czorcie, żreć nie masz co!…”. O, masz przykład: Denis… No, ten… Syn Szarego… Szewc… W tych dniach mówi do mnie… — Czekaj — przerwał Tichon Iljicz — a jak się ma Szary? — Denis mówi, że z głodu zdycha. — To ścierwo chłop! — z przekonaniem rzekł Tichon Iljicz. — Ty mi o nim piosenek nie śpiewaj. — Ja też nie śpiewam — z gniewem odparł Kuźma. — A należałoby. Przecież on także jest Krasow… Ale to już co innego… Posłuchaj lepiej o Denisie. Ot, powiada mi: „Zdarzało się, że podczas głodu, my, podmajstrzy, idziemy sobie pod cmentarz w Czarnej Słobodzie, bo tam tych dziwek masa! A głodne, ścierwa, wygłodzone! Dać takiej pół «chunta» chleba za całą robotę, a ona od razu pod tobą wszystko zeżre… Toż to było śmiechu!…”. Zauważ — ostro krzyknął Kuźma, przerywając opowieść — „Toż to było *śmiechu*!…”. — Ale zaczekajże, na miłość boską! — znowu wtrącił Tichon Iljicz — dajże mi powiedzieć choć jedno słowo o interesie! Kuźma zamilkł. — No, mów — powiedział. — Tylko o czymże tu mówić? Co masz robić? Nic nie robić! Dać im pieniędzy, to wszystko! Pomyśl tylko, nie mają czym palić, nie mają co jeść, na pochówek też nie mają! Znaczy się, najświętszy obowiązek: dać pieniędzy! No, i jeszcze coś niecoś tam dodać: kartofli, jeden czy dwa wózki słomy… A Młodą zgodzić do mnie. Na kucharkę… I Tichonowi Iljiczowi od razu jak gdyby kamień spadł z serca. Pośpiesznie wydobył portmonetkę, wyjął z niej dziesięciorublowy papierek i z radością zgodził się też na wszystko pozostałe… Lecz nagle z wyrazem cierpienia śpiesznie zapytał: — A czy ona go aby nie otruła? W odpowiedzi Kuźma tylko wzruszył ramionami. Otruła czy nie otruła, ale strach brał na samą myśl o tym. Tichon Iljicz pojechał do domu o świcie, w chłodny mglisty ranek, kiedy w powietrzu unosił się jeszcze zapach mokrych gumien i dymu, kiedy w ukrytej we mgle wiosce sennie piały koguty, psy drzemały obok ganku, a stara żółtawa indyczka spała jeszcze, wgramoliwszy się na półnagi sęk jabłoni, rosnącej obok domu i ubarwionej martwymi jesiennymi liśćmi. W polu, zza gęstej mgły, gnanej wiatrem, nie można było nic dojrzeć na odległość dwóch kroków. Tichonowi Iljiczowi nie chciało się spać, ale czuł się wymęczony i, jak zwykle, ostro poganiał konia — dużą, gniadą szkapę z podwiązanym ogonem, która dzięki zwilgotniałej sierści wydawała się chudsza, wytworniejsza i ciemniejsza. Tichon Iljicz odwrócił się od wiatru i podniósł z prawej strony zimny i wilgotny kołnierz kurtki, srebrzącej się drobnymi paciorkami deszczu. Poprzez zwisające u rzęs zimne kropelki patrzył, jak klejka, czarna ziemia coraz gęściej oblepia obracające się koło; patrzył na tryskającą przed nim nieprzerwanie fontannę podrzucanych pecyn błota, które oblepiły już jego buty i kolana; z ukosa patrzył na pracujące udo konia, jego stulone we mgle uszy… A gdy wreszcie wpadł przed dom z twarzą pstrokatą od pokrywającego ją błota, pierwszym, co mu się nawinęło przed oczy, był uwiązany u słupa koń Jakowa. Zasupławszy pośpiesznie lejce, Tichon Iljicz zeskoczył z bryczki, podbiegł do otwartych drzwi sklepiku — i zatrzymał się przerażony. — Ga-moniu! — mówiła za ladą Nastasja Pietrowna, naśladując najwidoczniej jego, Tichona Iljicza, lecz złamanym pieszczotliwym głosem, pochylając się coraz niżej nad szufladą z pieniędzmi i grzebiąc pomiędzy miedziakami, ale nie mogąc w ciemności znaleźć odpowiedniej monety, aby wydać resztę. — Gamoniu! A gdzież ty dziś taniej dostaniesz? I nie znalazłszy drobnych, wyprostowała się, popatrzyła na stojącego przed nią Jakowa, bosego, ale w czapce i kapocie, spojrzała na jego lekko uniesioną twarz oraz krzywą, nieokreślonej barwy brodę i dodała: — A czy ona go aby nie otruła? Ale Jakow pośpiesznie wymamrotał: — Nie nasza rzecz, Pietrowno… Cholera ją tam wi… My musimy stać osobno… Na stronie, na ten przykład… I Tichonowi Iljiczowi cały dzień drżały ręce na wspomnienie tego mamrotania. Wszyscy myślą, że otruła! Na szczęście tajemnica pozostała tajemnicą: Rod'ka przystąpił przed śmiercią do komunii, Młoda tak szczerze zawodziła nad trumną, że stawała się wprost nieprzyzwoita — bo przecież zawodzenie nie powinno być objawem uczucia, lecz tylko wypełnieniem obrządku! — i Tichon Iljicz powoli uspokoił się. Ale jeszcze przez długi czas chodził groźny jak chmura. Kłopotów było po uszy, jak zwykle, a pomocników — brak. Od Nastasji Pietrowny nie należało oczekiwać pomocy. Tichon Iljicz zatrudniał parobków tak zwanych „sezonowych” — tylko do jesieni, do Wniebowzięcia, a obecnie już się wszyscy rozeszli. Pozostali tylko „całoroczni”: kucharka, staruszek-stróż, przezywany „Żmychem” i wyrostek lat siedemnastu, Oska, leniwy i zły, „koń Pana Jezusa”. A samo bydło ile wymagało zachodu! Owce zarzynano i solono, ale dwadzieścia sztuk zostawiono jednak przez zimę. W chlewie siedziało sześć czarnych wieprzów, stale jakby posępnych i z czegoś niezadowolonych. W oborze stały trzy krowy, byczek i czerwona jałówka. Na podwórzu — jedenaście koni, a u żłobu — siwy ogier, zły, ciężki, z dużą grzywą i szeroką piersią, cham, ale wart ze czterysta rubli (ojciec miał świadectwo pochodzenia i kosztował półtora tysiąca). A wszystko to wymagało dozoru, ciągłego dozoru. W wolnych zaś chwilach człowieka żarła nuda i tęsknota…. Nastasja Pietrowna już samym swoim widokiem drażniła Tichona Iljicza, który ciągle ją namawiał, aby pojechała do miasta odwiedzić znajomych. I wreszcie baba zebrała się i wyjechała. Ale gdy odjechała, w domu zrobiło się jakby jeszcze nudniej. Odprowadziwszy ją, Tichon Iljicz powlókł się bez celu w pole. Szosą przechodził ze strzelbą na ramieniu naczelnik oddziału pocztowego z Ulianowki, Sacharow, znany ze swej namiętności do sprowadzania bezpłatnych katalogów broni, nasion i instrumentów muzycznych oraz z okrucieństwa wobec chłopów. Mówiono o nim: „List mu podajesz, a ręce i nogi dygoczą!”. Tichon Iljicz wyszedł mu naprzeciw. Wzniósłszy brwi, popatrzył na pocztowca i pomyślał: „Głupi stary. Ot, włóczy się to po błocie…”. Ale zawołał przyjaźnie: — Na polowanie, Antonie Markiczu? Pocztowiec przystanął. Tichon Iljicz podszedł i przywitał się. — Na polowanie czy jak? — ironicznie zapytał. — Ech, jakie tam polowanie! — chmurnie odrzekł pocztowiec; olbrzymi był, krępy, z gęstymi, siwymi włosami sterczącymi z uszu i z nozdrzy, z szerokimi łukami brwi i głęboko wpadniętymi oczami: prawdziwy goryl. — Tak sobie, przechadzam się ze względu na hemoroidy — powiedział, ze szczególną starannością wymawiając ostatnie słowo. — A zechciej zauważyć — z niespodziewanym uniesieniem odezwał się Tichon Iljicz, wyciągając rękę z rozstawionymi palcami — zechciej zauważyć: opustoszały zupełnie nasze rodzinne strony! Nic nie zostało, ani ptaków, ani zwierzyny! — Lasy wszędzie wyrąbano! — odrzekł pocztowiec. — Jeszcze jak! Jak wyrąbano! Na jeża wystrzygli! — podchwycił Tichon i nieoczekiwanie dodał: — Linieje! Wszystko linieje! Właściwie sam nie wiedział, dlaczego wyrwało mu się to słowo, ale czuł, że wypowiedział je nie na próżno. „Wszystko linieje”, myślał, „ot, jak bydło po długiej i ciężkiej zimie!”. I, pożegnawszy się z pocztowcem, długo stał na szosie, z niezadowoleniem rozglądając się wokoło. Znowu siąpił deszcz i wiał nieprzyjemny, mokry wiatr. Nad falistymi polami, nad oziminami, zoraną rolą, ścierniskami i brunatnymi zagajnikami zapadał zmierzch. Ponure niebo coraz niżej nawisało nad ziemią. Zalane deszczem drogi błyszczały jak ołowiane. Na stacji czekano na pocztowy pociąg z Moskwy, przychodzący codziennie z półtoragodzinnym opóźnieniem. Ponieważ budynki zagradzały stację, w zajeździe Tichona Iljicza dowiadywano się o przybyciu i odjeździe pociągu tylko z brzęczenia dzwonków, z gwizdków, z huku i z zapachu węgla kamiennego i samowarów. Teraz również pachniało samowarem i zapach ten wywoływał ssącą tęsknotę za przytulnością, za ciepłym, czystym pokojem, za rodziną lub też za wyjazdem dokądkolwiek bądź… Lecz uczucie to zmieniło się nagle w zdziwienie: z nagiego ulianowskiego lasu wyszedł, zmierzając w kierunku szosy, człowiek w meloniku i — przy takiej pogodzie! — tylko w marynarce. Przyjrzawszy się dokładniej, Tichon Iljicz poznał w nim Żychariewa, pijaka, syna bogatego ziemianina. Serce nieprzyjemnie ścisnęło się w piersi Tichona Iljicza. „Ech, wszystko mi już jedno” — pomyślał z udręczeniem. — „Lepiej już z nim pogadać, a nawet dać mu w ostateczności pół rubla… Nie warto drażnić włóczęgi, złego człowieka…”. Jednakże tym razem Życharew zbliżał się dość dumnie; wzdrygając się z zimna, szedł z podniesioną głową, w łobuzerskim meloniku, poruszając zaciśniętymi szczękami, żującymi ustnik dawno wypalonego i wygasłego papierosa. Twarz miał posiniałą z zimna i opuchniętą z pijaństwa; oczy były zaczerwienione, wąsy — nastroszone. Raźnie brnął po błocie w rozdeptanych żółtych bucikach, sterczących spod krótkich, wygniecionych na kolanach spodni, w szczelnie zapiętej marynarczynie z podniesionym kołnierzem i z rękami wsuniętymi w kieszenie. — Oho! — rzucił przez zęby, gryząc ogarek. — Kogo widzę? Sam Tichon Fomicz ogląda swoje włości! I zaśmiał się ochryple. — Dzień dobry, Lwie Lwowiczu — poważnie odezwał się Tichon Iljicz. — Czeka pan na pociąg? — Tak, czekam i doczekać się nie mogę! — wzruszył ramionami Życharew. — Czekałem, czekałem i z nudów polazłem do leśnika. Pogadaliśmy sobie, zapaliliśmy… A czekać trzeba będzie pewnie jeszcze całą wieczność! No, spotkamy się na stacji! Pan przecież lubi, zdaje się, golnąć sobie co nieco? — Bóg łaskaw — odpowiedział Tichon Iljicz, nie zmieniając tonu. — Wypić, dlaczego nie wypić? Ale wszystko ma swój czas. — Gadaj zdrów! — ochryple odrzekł Życharew. Lekko przeskoczył kałużę i spacerowym krokiem poszedł w kierunku stacji. Wyglądał nędznie i Tichon Iljicz z obrzydzeniem patrzył na jego spodenki, wiszące jak worek spod krótkiej marynarczyny. ------------------------------------------------ W nocy znowu lał deszcz, a ciemno było, że choć oko wykol. Tichon Iljicz źle spał i boleśnie zgrzytał zębami przez sen. Miał dreszcze — pewnie przeziąbł, stojąc wieczorem na szosie — kapota, którą się okrył, zsuwała się na podłogę, a wówczas śnił mu się sen, który go od dzieciństwa prześladował, kiedy mu ziębły plecy: zmierzch, jakieś wąskie zaułki, biegnący tłum, straż ogniowa, pędząca na ciężkich wozach, zaprzężonych w pociągowe kare konie… Przebudził się, zapalił zapałkę, popatrzył na tykający zegarek — wskazywał trzecią — podniósł czujkę i zasypiając, przypomniał sobie Życharewa. A przez sen zaczęła go wtedy dręczyć nieodstępna myśl: okradną sklep, wyprowadzą konie… Chwilami wydawało się Tichonowi Iljiczowi, że znajduje się w zajeździe w Dankowie, że nocny deszcz szumi po daszku nad bramą, a dzwonek nad nią dźwięczy, szarpany co chwila: to przyjechali złodzieje… W nieprzebitych ciemnościach wyprowadzili jego ogiera, a jeżeli dowiedzą się, że on, Tichon Iljicz, jest tutaj, zabiją go z pewnością… Chwilami powracało poczucie rzeczywistości. Ale i rzeczywistość była zatrważająca. Stary stróż chodził pod oknami z kołatką, lecz wydawało się ciągle, że jest gdzieś daleko, daleko… To znów majaczyło się, że owczarek szarpie kogoś, że wybiega z głośnym ujadaniem w pole i nagle znowu zjawia się pod oknami, nie odchodzi i budzi uporczywym szczekaniem… Wówczas Tichon Iljicz miał chęć wyjść, popatrzeć, co się tam dzieje, czy wszystko w porządku. Lecz zaledwie postanawiał wstać, deszcz, pędzony przez wiatr z ciemnych bezkresnych pól, zaczynał natychmiast silniej i gęściej stukotać z ukosa po ciemnych okienkach i sen wydawał się wówczas droższy niż ojciec lub matka rodzona… Wreszcie stuknęły drzwi, dał się odczuć powiew wilgotnego chłodu i stróż Żmych wciągnął z szelestem do przedpokoju wiązkę słomy. Tichon Iljicz otworzył oczy — była szósta, świt wstawał mętny, wodnisty, okienka były zapocone. — Przepal no, przepal w piecu, bracie — powiedział Tichon Iljicz głosem ochrypłym ze snu. — A potem pójdziemy, bydełko nakarmimy i ruszaj sobie spać. Stary, wychudzony przez noc i posiniały z zimna, wilgoci i zmęczenia, popatrzył na niego wpadniętymi, martwymi oczami. W mokrej czapce, w mokrym krótkim kożuszku, w rozdeptanych łapciach, nasiąkłych wodą i błotem, burknął coś głucho, z trudem klęknął przed piecem, napchał go zimną pachnącą słomą i zapalił siarniczkę. — Cóż to, krowa ci język odgryzła? — ochryple krzyknął Tichon Iljicz, złażąc z pościeli i podnosząc z podłogi kapotę. — Czego mruczysz pod nosem? — Przez całą noc człowiek łazi, a teraz „bydełko karmić” — wymamrotał stary jakby do siebie, nie podnosząc głowy. Tichon Iljicz spojrzał na niego z ukosa. — Widziałem, jakeś „łaził”! Czuł się rozbity, a jednak włożył kaftan i opanowując drżenie żołądka, wyszedł na zadeptany przez psy ganek, na lodowatą świeżość bladego, słotnego poranka. Wszędzie stały ołowiane kałuże, wszystkie ściany pociemniały od deszczu… „Ot, robotnicy!”, pomyślał gniewnie. Mżyło z lekka. „Ale na pewno zacznie lać w południe”, pomyślał z niezadowoleniem Tichon Iljicz. Zdziwiony, spojrzał na kudłatego Bujana, który rzucił się ku niemu spod stodoły; łapy miał obłocone, ale był żwawy, oczy mu błyszczały, jęzor był świeży i czerwony jak ogień, a od gorącego zdrowego oddechu wiał zapach psa… I to po całej nocy biegania i ujadania! Wziąwszy Bujana za obrożę, Tichon Iljicz, człapiąc po błocie, obszedł i sprawdził wszystkie zamki. Po czym uwiązał go na łańcuchu pod stodołą, wrócił do sieni i zajrzał do obszernej kuchni, do izby. Czuć w niej było wstrętne ciepło; kucharka spała na gołej ławie pod obrazami świętych, zakrywszy twarz fartuchem, wystawiwszy zadek i podgiąwszy pod siebie nogi w starych, wielkich wojłokowych butach o podeszwach grubo oblepionych ziemią z podłogi. Oska leżał na narach twarzą w dół, w półkożuszku, w łapciach, wetknąwszy głowę w brudną, ciężką poduszkę. „Ot, pokumał się czort z dzieciakiem!”, pomyślał Tichon Iljicz z obrzydzeniem. „Widzisz ją: tłukła się całą noc, a rankiem na barłóg”. I obejrzawszy czarne ściany, maleńkie okienka, ceber z pomyjami i ogromny rozłożysty piec, krzyknął głośno i surowo: — Hej tam, panowie szlachta, nie pora byłaby wstawać? Kucharka, drapiąc się i ziewając, rozpaliła ogień, zaczęła gotować wieprzom kartofle i nastawiła samowar, a Oska, bez czapki, na wpół drzemiąc i potykając się, nosił paszę dla koni i krów. Tichon Iljicz sam otworzył skrzypiące drzwi zagrody i wszedł pierwszy w jej ciepłą i niechlujną przytulność, poprzykrywaną daszkami i podzieloną przegródkami i ściankami. Gnój sięgał powyżej kostek. Nawóz, mocz i woda z deszczu zlały się w gęstą brązową ciecz. Konie, już ciemniejące zimową aksamitną sierścią, chodziły pod daszkiem przed stajnią. Owce zbiły się w kącie w brudnoszarą, falującą masę. Stary, bury wałach samotnie drzemał nad pustym, obmazanym żłobem. Nieprzyjazne, słotne niebo nad kwadratem podwórza mżyło deszczem. Wałach stał obojętnie; wieprze uporczywie i jakby boleśnie stękały. „Och, nuda!”, pomyślał Tichon Iljicz i jednocześnie groźnie warknął na starego, taszczącego więź słomy: — Czego zwalasz w błoto, stara wywłoko! Starzec rzucił wiązkę na ziemię, spojrzał na gospodarza i nagle rzekł spokojnie: — Sam wywłoka! Tichon Iljicz śpiesznie obejrzał się, czy wyszedł już parobek, a przekonawszy się, że wyszedł, szybko z pozornym spokojem zbliżył się do starego i tak mu dał w zęby, że tamtemu aż głowę odrzuciło; schwycił go za kołnierz i ze wszystkich sił cisnął nim w stronę bramy. — Precz! — wrzasnął zadyszany i blady jak kreda. — Żeby mi tu śladu po tobie nie zostało, draniu jeden! Stary, wyleciawszy za wrota, po pięciu minutach szedł już z workiem na plecach i z kijem w ręku szosą do Ulianowki, do domu. A Tichon Iljicz trzęsącymi się rękami napoił ogiera, sam mu nasypał świeżego owsa (wczorajszy cały był zmiętoszony i zaśliniony) i szerokimi krokami, grzęznąc w gnojówce i nawozie, poszedł do izby. — No, gotowe? — krzyknął, uchyliwszy drzwi. — Zdążysz jeszcze, zdążysz! — odszczeknęła kucharka. Izbę przepełniała ciepła, mdła para, waląca z kartofli w kotle. Kucharka z parobkiem zajadle tłukła je na miazgę, przesypując mąką, i stuk tłuczków zagłuszył odpowiedź, której Tichon Iljicz nie dosłyszał. Trzasnąwszy drzwiami, poszedł na herbatę. ------------------------------------------------ W maleńkim przedpokoju odsunął nogą brudną i ciężką derkę, leżącą na progu i skierował się w kąt, gdzie nad stołkiem z cynową miednicą przybity był miedziany rezerwuar, a na półce leżał kawałeczek obmokłego i zgniecionego kokosowego mydła. Hałasując przy umywalni, zezował, ruszał brwiami, rozdymał nozdrza, nie mógł opanować rozbiegającego się wzroku i mówił do siebie, wymawiając zgłoski ze szczególną wyrazistością. — Hm! No, co? Świetni robotnicy?! Żadnego porządku nie ma dziś u nich! Powiesz słówko, a on ci na to zaraz dziesięć! Powiesz mu dziesięć, a on tobie od razu sto! Ale nie! To się wam tylko zdaje… Teraz nie lato, dosyć was łazi dookoła! Do zimy idzie, bracie; jak ci się żreć zachce, przyjdziesz, sukinsynie, przy-y-yjdziesz, pokło-o-o-onisz się! Ręcznik, służący zarówno gospodarzom jak lokatorom, wisiał od świętego Michała obok umywalni. Brudny był tak ohydnie, że Tichon Iljicz, spojrzawszy nań, aż zęby zacisnął. — Och! — powiedział, zamykając oczy i trzęsąc głową. — Och, Matko Boża, Królowo Nieba! I cisnąwszy ręcznik na ziemię, otarł się haftowanym brzegiem koszuli, wypuszczonym spod kamizelki. Z przedpokoju było dwoje drzwi. Jedne, na lewo, prowadziły do pokoju dla przyjezdnych: długiej, półciemnej izby, z oknami na zabudowania gospodarskie; stały w niej dwie duże kanapy twarde jak kamień, obite czarną ceratą, pełne żywych i rozduszonych, zaschłych pluskiew. Pomiędzy oknami wisiał portret jakiegoś generała z zawadiackimi, puszystymi bakenbardami; portret ten otaczały niewielkie podobizny bohaterów z rosyjsko-tureckiej wojny, a w dole był napis: „Długo będą dzieci nasze i bracia Słowianie pamiętali te sławne czyny, jak ojciec nasz, śmiały wojak, rozbił Sulejmana-Paszę, zwyciężył niewiernych wrogów i przeszedł ze swymi żołnierzami przez takie góry, gdzie tylko mgły latają i króle-orły pierzaste”. Drugie drzwi prowadziły do pokoju gospodarzy. Tutaj na prawo przy drzwiach świeciły się szkła kredensu, a na lewo bielał piec z przypieckiem; piec kiedyś pękł i pęknięcie to na białym tle całości zasmarowano gliną, z czego utworzył się rysunek jakby chudego, koślawego człowieka, który już dawno obrzydł Tichonowi Iljiczowi. Za piecem wznosiła się góra poduszek na podwójnym łóżku, a nad nim przybito dywan włóczkowy w kolorze mętnozielonym i ceglastym z wizerunkiem wąsatego tygrysa, któremu uszy sterczały jakoś po kociemu. Naprzeciwko drzwi pod ścianą była komoda przykryta szydełkową serwetą, na niej — ślubna szkatułka Nastasji Pietrowny, a w szkatułce leżały umowy z robotnikami, słoiczki z dawno zepsutymi lekarstwami, zapałki… — Do sklepu! — krzyknęła kucharka przez na wpół otwarte drzwi. — Zdążę! Jeszcze zdążę do tego szczęścia! — gniewnie odpowiedział Tichon Iljicz i pośpiesznie wyszedł. Powietrze zasnuła wodnista mgła; znów zdawać by się mogło, że to zmierzch. Mżył deszcz, ale wiatr zmienił kierunek — dął z północy i trochę się ochłodziło. Odjeżdżający ze stacji pociąg towarowy zagwizdał jakoś weselej i donośniej niż w ciągu wszystkich tych ostatnich dni. — Jak się masz, Iljicz — rzekł chłop o zajęczej wardze, chwiejąc mokrą mandżurską czapą i zatrzymując przed gankiem zmokłego dereszowatego konia. — Jak się masz — rzucił Iljicz, spojrzawszy zezem na mocny biały ząb, błyszczący zza rozdwojonej wargi chłopa. — Czego chcesz? — Pośpiesznie odważył mu soli i nafty i szybko wrócił do izby. — Przeżegnać się nie dadzą, ścierwa! — mruczał, idąc. Samowar, stojący na stole przy ścianie między oknami, syczał i bulgotał; wiszące nad nim lusterko pokryte było nalotem białej pary. Spotniały też okna i oleodruk przybity pod lustrem: olbrzym w żółtym kaftanie i w czerwonych safianowych butach, z rosyjską chorągwią w rękach, zza której widać było wieże i kopuły moskiewskiego Kremla. Obraz ten otaczały fotografie w ramkach z muszelek. Na honorowym miejscu wisiał portret cerkiewnego dostojnika w szacie z mory, o rzadkiej bródce, z pulchnymi policzkami i maleńkimi, przenikliwymi oczkami. Spojrzawszy na niego, Tichon Iljicz z przejęciem zrobił znak krzyża, patrząc na ikonę w rogu pokoju, po czym zdjął z samowara zakopcony czajnik, nalał szklankę herbaty, mocno pachnącej rozparzoną miotłą, i usiadł. „Przeżegnać się nie dadzą”, myślał, krzywiąc się żałośnie. „Zadręczyli, całkiem zadręczyli. Bodajby ich pokręciło!”. Zdawało mu się, że musi sobie coś przypomnieć, zastanowić się nad czymś lub po prostu położyć się i porządnie wyspać. Tak pragnął ciepła, spokoju, jasności i pewności w myślach! Tichon Iljicz wstał, zbliżył się do kredensu, w którym zabrzęczały naczynia i szkło, wziął z półki butelkę jarzębiaku i pękatą czarkę z napisem: „Nawet słudze bożemu dobrze czyni…”. — A może nie trzeba…? — powiedział głośno. Ale nie mógł się zdobyć na postanowienie. Przez głowę przebiegło mu mimo woli: „Urzemy — pijąc, umrzemy — nie pijąc”. Nalał więc wódki, wypił, raz jeszcze napełnił kieliszek, wypił i zagryzając grubym obwarzankiem, usiadł znów przy stole. Czując w żołądku przyjemne ciepło, pił chciwie ze spodka gorącą herbatę poprzez kawałek cukru trzymany języku. Lepiej mu się zrobiło fizycznie, ale dusza dalej żyła swym własnym pochmurnym i smutnym życiem. Myśli szły za myślami, ale mało było w nich sensu. Popijając herbatę, Tichon Iljicz podejrzliwie i z roztargnieniem spojrzał z ukosa na ścianę, gdzie wisiał chłop w żółtym kaftanie, popatrzył na fotografie w ramkach z muszelek i nawet na dostojnika w morowych szatach. „Skąd nam, świniom, do religii!”, pomyślał i jakby usprawiedliwiając się przed kimś, dodał ordynarnie: „Na wsi, bracie, na wsi żyj, co dzień chłopski barszczyk żryj!”. Spoglądając na obrazek duchownego, czuł, że wszystko jest wątpliwe… Zdaje się, że nawet zwykła cześć dla tego duchownego wątpliwa jest i nieprzemyślana… Bo jeżeli tak dobrze rozważyć… I w tejże chwili śpiesznie przeniósł wzrok na moskiewski Kreml. — Wstyd powiedzieć! — mruczał do siebie. — Jak żyję, nie byłem w Moskwie! Rzeczywiście, nie był. A dlaczego? To wieprze nie pozwalały, to handel nie puszczał, to zajazd, to szynk, to Durnowka… A znów teraz nie daje ogier, wieprzaki… Ale co tam — Moskwa! Przecież w ciągu dziesięciu lat wybierał się do brzozowego lasku tuż za szosą! A i to daremnie! Wciąż miał nadzieję, że znajdzie wolny wieczór, weźmie ze sobą dywanik i samowar, żeby posiedzieć na trawie, w chłodku, w zieleni… I nie udało mu się… Dni przepływają niby woda między palcami i ani się obejrzał, jak nadeszła pięćdziesiątka, a teraz lada chwila przyjdzie koniec wszystkiego… Czyż to tak dawno temu biegał bez portek? Po prostu wczoraj! Z muszelkowych ramek nieruchomo spoglądały twarze. Oto scena, której chyba nigdy nie było i być nie mogło: na ziemi, na tle dekoracji przedstawiającej łan gęstego żyta, leży on sam i młody kupiec Rostowcew; obydwaj trzymają w rękach szklanki napełnione do połowy ciemnym piwem. Jakaż to mocna przyjaźń zawiązała się wówczas między Rostowcewem a Tichonem Iljiczem! Jak on pamięta ten pochmurny dzień w ostatki, kiedy się fotografowali! Ale w jakim to było roku? Gdzie znikł ów Rostowcew? Może umarł w Woroneżu — i teraz nie ma nawet pewności, czy w ogóle żył taki na świecie… A na tamtej fotografii stoją nieruchomo wyprostowani w szeregu trzej mieszczanie, gładko uczesani na przedział pośrodku głowy, w haftowanych koszulach i w długich surdutach: Buczniew, Wystawkin i Bogomołow. Ten środkowy, Wystawkin, trzyma przed sobą chleb i sól na drewnianym talerzu, przykrytym ręcznikiem z wyszytymi kogutami, a Buczniew i Bogomołow niosą po ikonie. Fotografowali się w wietrzny dzień pełen kurzu, gdy poświęcano elewator, gdy przyjechał arcybiskup i gubernator i gdy Tichon Iljicz tak był dumny z tego, że znalazł się w gronie osób przyjmujących władze. Ale co zostało w pamięci z owego dnia? Tylko to, że przy elewatorze, przy nowych i jeszcze zardzewiałych szynach czekali z pięć godzin na przybycie gubernatora… Że biały kurz leciał drogą jak chmura, że zakurzone były i wagony, i mieszkańcy wsi… Że gubernator, podobny do czystego wysokiego trupa, ubrany w białe spodnie ze złotymi lampasami, w mundurze haftowanym złotem i w trójkątnym kapeluszu, szedł w stronę deputacji niezwykle powolnym krokiem… Że zrobiło się straszno, kiedy, przyjmując chleb i sól, przemówił… Że wszystkich zastanowiły jego niesłychanie chude i białe ręce, cieniutka i błyszcząca na nich, jakby zdjęta ze żmii, skóra, i równie błyszczące, wyczyszczone pierścienie na suchych, cienkich palcach z przezroczystymi, długimi paznokciami… Ów gubernator już nie żyje, nie żyje też Wystawkin… A za kilka lat tak samo będą mówili o Tichonie Iljiczu: „Nieboszczyk Tichon Iljicz…”. W izbie zrobiło się milej i cieplej od rozgrzanego pieca, lusterko pojaśniało, ale za oknami nie było nic widać i szyby bielały matową parą, na dworzu robiło się chłodniej. Coraz donośniej słychać było ustawiczny pomruk głodnych wieprzy i nagle stękanie to przeszło w zgodny i potężny ryk — widocznie zwierzęta posłyszały głosy kucharki i Oski, dźwigających ciężki ceber z żarciem. Nie kończąc myśli o śmierci, Tichon Iljicz cisnął niedopałek papierosa do miednicy, narzucił na siebie kaftan i pośpieszył do chlewu. Stąpając głębokimi, szerokimi krokami przez chlupiący gnój, własnoręcznie otworzył zagrodę i długo nie spuszczał chciwych a tęsknych oczu z wieprzów, które rzuciły się do koryta, dokąd wywalono im żarcie buchające parą. Myśl o śmierci ustępowała innej: nieboszczyk nieboszczykiem, ale Tichon Iljjicz mógłby dziś służyć jako przykład. Kim był? Sierotą, żebrakiem! Będąc dzieckiem, nie żarł czasami przez dwa dni nawet kawałka chleba. A teraz? — Biografię twojego życia trzeba by napisać — powiedział kiedyś drwiąco Kuźma. A drwić, prawdę mówiąc, nie ma z czego. Miał, widać, głowę na karku, jeżeli z żebraka, z chłopaka ledwo umiejącego pisać nie stał się Tiszką, ale Tichonem IIjiczem. Nagle kucharka, również wpatrzona w wieprzaki, cisnące się i włażące przednimi nóżkami do koryta, ocknęła się i powiedziała: — Och, Boże! Żeby to się u nas jakie nieszczęście nie stało! Sen taki miałam, że przygnali niby do nas bydełko na podwórze… Owce… Krowy… Świnie. A wszystko czarne, wszystko czarne! Znów coś zassało pod sercem. Tak, bo choćby to bydło: już tylko ono wystarcza, aby się powiesić. Ledwie miną trzy godziny, a znów bierz klucze, znów roznoś wszędzie żarcie! W ogólnej zagrodzie stoją trzy dojne krowy, w oddzielnych — czerwona jałówka i byk Bismark; trzeba im teraz dać siana. Konie i owce powinny jeść w południe, ale co dać ogierowi, tego już sam czort nie wymyśli! Taki rozpieszczony! Wysunął mordę przez kratę w górze drzwi i wącha, i grymasi; uniósł górną wargę, obnażył różowe dziąsła i białe zęby, wykrzywił nozdrza… Tichon Iljicz w porywie niezrozumiałej dla siebie samego wściekłości syknął na niego nagle: — Cacka się, przeklęty! Żeby cię piorun!… Nogi miał zupełnie przemoczone, znowu przemarzł (padał śnieg z deszczem) i dlatego jeszcze raz napił się jarzębiaku; potem najadł się kartofli z olejem słonecznikowym i z solonymi ogórkami, barszczu na grzybach i pszennej kaszy… Twarz mu się zaczerwieniła i głowa ociężała. „Osiemdziesiąt sześć kaczki” przeczytał na ramie okna, gdzie Nastasja Pietrowna zapisywała ołówkiem swoje gospodarskie sprawy, i uśmiechnął się blado. Kuźma dobrze mówi, że swojego własnego języka nie znamy! „Osiemdziesiąt sześć kaczki” — po jakiemu to, pytam? I przypomniał sobie raptem ze złym zadowoleniem, jak Nastasja Pietrowna wystawiła kiedyś doniczki z kwiatami pod deszcz na ganek, a z podwórza wpadł nagle wieprz Fomka i zaczął obgryzać fikus. Robotnicy do niego — a on szarpnął kwiatem, wyrwał go z korzeniem i tyle go widzieli!… Boże wielki, jakiego Nastasja Pietrowna narobiła gwałtu! — Pikus zeżarł! Pikus zeżarł! — Masz teraz twój „pikus”! — powiedział Tichon Iljicz, rozdymając nozdrza. Od wypitej wódki, od jedzenia i bezładnych myśli zaciążyła mu głowa. Nie rozbierając się, tylko ściągnąwszy jedną nogą o drugą zabłocone buty, położył się na łóżku. Ale nie dawała mu spokoju myśl, że lada chwila trzeba będzie wstać, koniom, krowom i owcom dać na wieczór owsianej słomy… Ogierowi także… Albo nie, dla niego lepiej przemieszać ją z sianem, polać i dobrze posolić… Tylko, że na pewno zaśpi, jeżeli się położy. Tichon wyciągnął rękę po budzik i nastawił go na odpowiednią godzinę. Budzik ożył i zaczął tykać, a w izbie, wraz z jego równym miarowym stukaniem, zrobiło się jakby spokojniej i weselej. Myśli jakoś się splątały… Lecz zaledwie się splątały, rozbrzmiał raptownie donośny śpiew cerkiewny. Tichon Iljicz z przestrachem otworzył oczy; z początku zrozumiał tylko tyle, że wyją przeciągle dwaj chłopi, a z przedpokoju ciągnie zimno i zapach mokrych butów. Potem zerwał się, usiadł i zobaczywszy, co to za ludzie, poczuł nagle, że serce się w nim zatłukło: jeden był ślepy, wielki, dziobaty, z maleńkim nosem, długą górną wargą i dużą, okrągłą czaszką, a drugi — to sam Makar Iwanowicz! Kiedyś był on po prostu Makarką i tak nazywali go wszyscy: „Makarka Pielgrzym”. Pewnego dnia wstąpił do szynku Tichona Iljicza; w łapciach i w zatłuszczonym habicie szedł właśnie gdzieś szosą i wstąpił. W rękach miał wysoki kij pomalowaną minią, z krzyżem u góry, a z ostrzem u dołu, na plecach dźwigał tornister i żołnierską manierkę. Włosy miał długie, żółte, twarz szeroką, koloru szarego wapna, nozdrza — jak dwa otwory strzelby, nos — złamany, podobny do siodła, a oczy, jak to często bywa przy takich nosach — jasne i mocno błyszczące. Bezwstydny był, sprytny, chciwie palił jednego papierosa za drugim, dym wypuszczał przez nozdrza, mówił ordynarnie i oderwanymi słowami, a jego ton nie pozwalał na żadne sprzeciwy. Właśnie z powodu tego tonu bardzo się spodobał Tichonowi Iljiczowi — zaraz widać, że to „cwany sukinsyn”. I Tichon Iljicz zatrzymał go przy sobie jako wyrękę; zdjął z niego łachmany włóczęgi i chłopa zatrzymał. Ale okazało się, że Makarka był takim złodziejem, że trzeba go było okrutnie zbić i wypędzić. A po roku zasłynął w całym powiecie przepowiedniami i to tak złowieszczymi, że ludzie zaczęli się bać odwiedzin jego jak ognia. Przyjdzie, bywało, do kogokolwiek pod okno, przeciągle zaśpiewa Wieczny odpoczynek albo poda trochę kadzidła czy garść piasku — i już dom ten nie uchroni się od śmierci! Teraz Makarka w swoim poprzednim odzieniu i z kijem w rękach stał na progu i śpiewał. Ślepiec podchwytywał melodię, a jego jakby mleczne źrenice uciekały gdzieś aż pod czoło. Po nieproporcjonalności, którą widać było w rysach, Tichon Iljicz od razu określił go jako zbiegłego katorżnika, zwierza strasznego i bezlitosnego. Ale jeszcze straszniejsze było to, co ci włóczędzy śpiewali. Ślepiec, posępnie ruszając podniesionymi brwiami, śmiało wyciągał obrzydliwym nosowym tenorem; Makarka huczał potężnym basem, a oczy miał błyszczące i nieruchome. Wychodziło z tego coś wrzaskliwego, ordynarnie harmonijnego, starocerkiewnego, władczego a groźnego: — Rozpłacze się matka-ziemia, rozszlocha się! — cienko wyciągał ślepiec. — Rozpłacze się, roz-szlo-cha! — z przekonaniem i ostro wtórował mu Makarka. — Przed Zbawicielem, przed obrazem… — wył ślepy. — Może grzeszniki się upokorzą… — groził Makarka, rozdymając bezczelne nozdrza. I łącząc swój bas z tenorem niewidomego, wybijał dokładnie: — Nie unikną sądu Bożego! Nie unikną ognia wiecznego! I nagle umilkł jednocześnie ze ślepcem, odchrząknął, a potem swym zwykłym bezczelnym głosem rozkazał: — Pozwól, panie kupiec, ogrzać się. Nie doczekawszy się odpowiedzi, przestąpił próg, zbliżył się do łóżka i wsunął Tichonowi Iljiczowi do ręki jakiś obrazek. Był to zwyczajny wycinek z ilustrowanego pisma, ale Tichon Iljicz, spojrzawszy nań, uczuł nagle chłód w dołku. Pod obrazkiem, przedstawiającym zgięte przez burzę drzewa i biały zygzak przebiegający po chmurach, a pod nim padającego człowieka, był napis: „Żan-Pol Richter zabity przez piorun”. Tichon Iljicz stropił się, ale w tejże chwili znów się opanował. „Ach, niegodziwiec!”, pomyślał i z wolna podarł obrazek na drobne kawałeczki. Potem zlazł z pościeli i wciągając buty, rzekł: — Ty sobie strasz kogo innego, głupszego ode mnie. Ja, bratku, dobrze cię znam. Bierz, co masz dostać, i z Bogiem! Wszedłszy na chwilę do sklepu, wyniósł Makarce, czekającemu razem z niewidomym przy ganku, dwa funty obwarzanków i dwa śledzie, a potem rzekł jeszcze surowiej: — Z Bogiem! — A tytoniku? — bezczelnie zapytał Makarka. — Tytoniku i sam nie mam bez liku. Makarka się uśmiechnął. — Tak! — powiedział. — Znaczy tytonik masz, papierek dasz, zapalimy. — Wynoś się! Całuj psa w nos! — gniewnie odrzekł Tichon Iljicz. — Mnie, bracie, nie przegadasz! — I pomilczawszy, dodał: — Powiesiłbym ciebie za te twoje sprawki, Makarka! Makarka spojrzał na niewidomego, stojącego prosto i nieruchomo z wysoko podniesionymi brwiami, i zapytał: — A ty jak myślisz, człowieku boży? Powiesić czy rozstrzelać? — Rozstrzelać lepiej — odparł ślepiec poważnie. — Przynajmniej od razu na tamten świat! ------------------------------------------------ Ciemniało już. Zwały nieprzeniknionych chmur siniały, chłodły i wiało od nich zimą. Błoto gęstniało. Pozbywszy się Makarki, Tichon Iljicz potupał na ganku zziębłymi nogami i wrócił do izby, gdzie, nie rozbierając się, siadł na krześle przy oknie, zapalił papierosa i znów się zamyślił. Przypomniało mu się lato, bunt, Młoda, brat, żona… Przypomniało mu się, że do tej pory nie zapłacił jeszcze według kwitków za okres pracy letniej. Miał zwyczaj odkładania płatności. Dziewki i parobcy, którzy chodzili do niego na dniówki, nieraz całymi dniami stali jesienią u progu, skarżyli się na skrajną nędzę, burzyli się, niekiedy wymyślali. Ale Tichon Iljicz był niezłomny. Krzyczał, wzywał Boga na świadka, że „w całym domu znajdą się najwyżej dwa grosze — możecie poszukać”, wywracał na lewą stronę portmonetkę, kieszenie, pluł z udaną wściekłością, jakby zaskoczony tą niewiarą i „brakiem sumienia” proszących. Zwyczaj ten wydał mu się dzisiaj niedobry. Ale i dla żony był dotąd zawsze bezlitosny i surowy, przy tym zimny i tak jej obcy, że niekiedy aż zapominał o jej istnieniu. Nagle i to go uderzyło: Boże mój, przecież on nawet pojęcia nie ma, kim jest jego żona! Gdyby, na przykład, umarła, dwóch słów nie umiałby powiedzieć, po co ona żyła, co myślała, co czuła przez wszystkie te długie lata, które z nim przeżyła, przez te lata, które się stopiły w jeden rok i przemknęły w bezustannych troskach i kłopotach… A do czego wszystkie te troski prowadziły? Tichon Iljicz rzucił papierosa i zapalił świeżego… Uch, jakże mądra ta bestia, ten Makarka! A jeżeli taki mądry, to czy nie może przepowiedzieć, co i kiedy każdego czeka? Jego, Tichona, czeka na pewno coś bardzo złego. Przecież nie jest już młodziutki! Ilu jego rówieśników poszło już na tamten świat! A przed śmiercią i przed starością nie ma ratunku. Nie pomogłyby na to i dzieci. Dzieci swoich także nie znałby, też byłby im obcy, jak obcy jest wszystkim bliskim — i żywym i umarłym. Ludzi na świecie jak gwiazd na niebie, ale życie jest tak krótkie, ludzie tak szybko rosną, mężnieją i umierają, tak mało znają się wzajemnie, tak prędko zapominają o tym, co przeżyli, że namyśliwszy się nad tym dobrze, można zwariować! Na przykład on, Tichon, powiedział o sobie: — Moje życie trzeba by opisać… A co tu opisywać? Nie ma nic. Albo nic nie ma, albo nie warto. Przecież on sam prawie nic nie pamięta z tego swojego życia. Na przykład, zupełnie zapomniał czasy dzieciństwa; tak, majaczy niekiedy jakiś dzień letni, jakiś wypadek… Jakiś rówieśnik… Czyjegoś kota kiedyś osmalił — wybili go za to. Ktoś mu podarował sznureczek z gwizdawką i ucieszył go tym bezgranicznie. Pijany ojciec zawołał go kiedyś pieszczotliwym i smutnym głosem: „Chodź do mnie, Tisza, chodź, rodzony!”. I niespodzianie jak złapał za włosy!… Gdyby żył teraz handlarz Ilja Mironow, Tichon Iljicz utrzymywałby starego z łaski, ale aniby go znał, ani może nawet dostrzegał. Przecież tak samo było z matką; gdyby go kto zapytał: „Pamiętasz matkę?”, odpowiedziałby: „Pamiętam jakąś zgarbioną staruszkę… Suszyła nawóz… Paliła w piecu… Ukradkiem piła wódkę… Gderała…”. Więcej nic. Prawie przez dziesięć lat służył u Matorina, a całe te dziesięć lat zlały się w jeden czy dwa dni. Pamięta kwietniowy deszczyk, kropiący plamami na arkusze żelaznej blachy, z dźwięczącym łoskotem wrzucanej na wóz przed sąsiednim sklepem… Szare, mroźne południe… Przy sklepiku sąsiada, handlującego mąką, krupami i tandetą, gołębie opadają hałaśliwą chmarą na śnieg, gruchają, trzepocą skrzydłami… A Tichon, bawiąc się przed drzwiami, podcina wolim ogonem brzęczącego bąka. Matorin był wtedy młody i silny, o cerze sinawo-czerwonej; miał czysto ogolony podbródek i rude baczki do połowy przycięte. Teraz zbiedniał. W swej wyrudziałej na słońcu kapocie i w głębokiej czapie starczym krokiem sunie od sklepu do sklepu, od znajomego do znajomego; gra w szachy, przesiaduje w szynku Dajewa, troszkę pije, a kiedy jest podchmielony — dogaduje sobie: — My, ludzie mali: wypiliśmy, zakąsili, zapłacili… I dalej do domu! — A spotkawszy Tichona Iljicza, nie poznaje go i uśmiecha się żałośnie. — Czy to ty, Tisza? Sam Tichon Iljicz nie poznał tej jesieni przy pierwszym spotkaniu rodzonego brata: „Czyżby to Kuźma, z którym przez tyle lat wałęsaliśmy się po polach, po wsiach i polnych drogach?”. — Zestarzałeś się, bracie! — A tak… Trochę. — Coś za wcześnie! — No to ja, bracie, rosyjski człowiek. U nas prędko to idzie. I, mój Boże, jak się od czasu ich wspólnego handlowania wszystko zmieniło! Jak całkowicie niepodobny jest dzisiejszy Tichon Iljicz do czarnego jak żuk, zawadiackiego i wesołego pół-Cygana, kupczyka Tiszki! Zapalając trzeciego papierosa, Tichon Iljicz z zastanowieniem i pytająco popatrzył w okno. — Czyżby tak było i w innych krajach? Nie, to niemożliwe. Bywali znajomi za granicą, choćby ten kupiec Rukawisznikow, opowiadali… Ale i bez tego można samemu wykombinować. Weźmy, na przykład, takich rosyjskich Niemców w mieście albo Żydów: wszyscy mają jakieś zainteresowania, wszyscy się czymś zajmują, znają się wzajemnie, są sobie przyjaciółmi (i to nie tylko po pijanemu!), pomagają sobie. Kiedy się rozjeżdżają, pisują do siebie przez całe życie, rodzina rodzinie przekazuje portrety ojców, matek, znajomych; dzieci swoje uczą, kochają, chodzą z nimi na spacer, rozmawiają, jak z równymi — dziecko będzie miało przynajmniej wspomnienia! A u nas jeden drugiemu — wróg, zazdrości, plotkuje; ludzie bywają u siebie wzajemnie raz do roku, siedzą po swoich kątach, a kiedy kto niespodzianie przyjedzie, rzucają się jak oparzeni do sprzątania pokojów… Ale to jeszcze nie wszystko! Łyżki konfitur żałują gościowi, a ten bez specjalnego zaproszenia nie wypije szklanki herbaty ponad zwykłą ilość! Tfu, Kirgizy kosookie! Antychrysty żółtowłose! Za oknami przejechała czyjaś trojka, Tichon Iljicz przyjrzał się jej uważnie. Konie nędzne, ale widać, że rącze. Bryczka — w porządku. Czyja by to być mogła? W okolicy nikt nie ma takiej trojki. W pobliżu ziemianie — taka golizna, że bez chleba siedzą po trzy dni, sprzedali ostatnie sukienki z ikon, nie mają za co wstawić rozbitej szyby ani poprawić dachu, okna zatykają poduszkami, a w czasie deszczu rozstawiają balie i wiadra, bo przez sufity woda się leje jak przez sita… Potem przeszedł szewc Deniska. Dokąd? Z czym? Zdaje się, że z kuferkiem? Och, cóż to, Boże odpuść, za dureń! Tichon Iljicz machinalnie narzucił kapotę na kaftan bez rękawów, wsunął nogi w kalosze i wyszedł na ganek. Odetchnąwszy głęboko świeżym powietrzem przedzimowego, sinawego zmierzchu, zatrzymał się znowu i usiadł na ławce… Ot, to na przykład, też dobra rodzinka: Szary z synkiem! Tichon Iljicz w myślach przeszedł drogę, którą po błocie z kuferkiem przebrnął Deniska. Zobaczył Durnowkę, swój dworek, jar, chaty, zmierzch, światło u brata, światełka po zagrodach… Kuźma siedzi pewno i czyta. Młoda stoi w ciemnym i zimnym przedpokoju przy ledwo ciepłym piecu, grzeje ręce i plecy, czeka, kiedy powiedzą „jeść” i zacisnąwszy wyschłe, przywiędłe wargi, rozmyśla… O czym? Może o Rod'ce? Łgarstwo, że go jakoby otruła, zwyczajne łgarstwo! A jeżeli otruła…? Boże święty, jeżeli otruła, to co teraz czuje? Jakiż ciężki grobowy kamień leży na jej skrytej i dziwnej duszy! A jakże stało się to, na co się wreszcie zdecydowała, nieprzytomna z nienawiści do Rod'ki za jego okrutne bicie? A może to z powodu sponiewieranych uczuć dla niego, dla Tichona Iljicza…? Może z hańby i ze strachu, że Rod'ka dowie się o tej hańbie? Och, jakże on ją bił! Ale i Tichon Iljicz także dobry człowiek! Ukarze go Pan Bóg, ukarze… W myślach popatrzył z ganku swego durnowskiego domu na Durnowkę (także się buntuje!), na czarne chaty na skłonie góry za jarem, na stodoły i łoziny za opłotkami… Za polami, w lewo, na horyzoncie stoi budka dróżnika. O zmroku przejeżdża obok niej pociąg — łańcuch ognistych oczu. A potem zapalają się światła w chatach. Staje się ciemniej, przytulniej — a za każdym razem budzi się nieprzyjemne uczucie, gdy człowiek spojrzy na chałupy Młodej i Szarego, stojące prawie pośrodku Durnowki, oddalone od siebie trzema zagrodami: ani w tej, ani w tamtej nie ma światła. I tak prawie przez całą zimę! Dzieciaki Szarego ślepną jak krety, a szaleją z radości i zdziwienia, gdy im się uda w jakiś szczęśliwy wieczór zapalić choć trochę światła w izbie… — Nie, to grzech! — stanowczo powiedział Tichon Iljicz i wstał. — To po prostu bezbożnie! Trzeba choć trochę pomóc dobrej sprawie — dodał, idąc w stronę stacji. Chwytał przymrozek. Mocniej niż wczoraj czuć było od strony stacji jakby samowarem. Światła przy wrotach paliły się czyściej za ziębnącymi drzewami, prawie już gołymi i z rzadka ubarwionymi liśćmi. Dzwoneczki u trojki dźwięczniej pobrzękiwały. Trojka — niczego sobie! Ale za to szkapiny chłopów-dorożkarzy, ich maleńkie bryczki na krzywych, na wpół rozsypanych kołach, oblepionych błotem!… Aż żal ogarnia! Za ogródkiem przed domem głucho trzaskały i piszczały drzwi stacyjne. Tichon Iljicz, minąwszy ogródek, wszedł na wysoki, kamienny ganek; szumiał na nim miedziany samowar o pojemności dwóch wiader, którego kratki czerwieniały jak ogniste zęby. I tutaj zaraz spotkał się z tym, kogo szukał — z Deniską. Chłop stał na ganku zamyślony, z opuszczoną głową, trzymając w prawej ręce tani szary kufereczek, obficie usiany blaszanymi okuciami i przewiązany sznurkiem. Ubrany był w stary i widocznie bardzo ciężki kaftan bez rękawów z obwisłymi ramionami i z bardzo niskim stanem, w nową czapkę i zdeptane buty. Wzrost miał jakiś pokraczny, gdyż nogi były w porównaniu z tułowiem za krótkie. „Ja mam tylko korpus”, śmiejąc się, mawiał niekiedy do siebie. Teraz, przy niskim stanie i zbitych butach, nogi wydawały się jeszcze krótsze. — Denis! — zawołał na niego Tichon Iljicz. — Co ty tu robisz, łajdaku? Denis, niedziwiący się nigdy niczemu, z wyrazem smutnej ironii podniósł na niego swe ciemne i tęskne oczy, ocienione dużymi rzęsami, po czym zdjął czapkę. Włosy miał mysiego koloru i nadmiernie gęste, twarz ziemistą i jakby nasmarowaną tłuszczem, ale oczy — ładne. — Dzień dobry, Tichonie Iljiczu — odpowiedział śpiewnym, miejskim tenorkiem i jak zawsze trochę nieśmiało. — Jadę… Do tej… Jakże jej… Do Tuły. — A po co, jeżeli wolno zapytać? — Może… Jakieś miejsce się znajdzie… Tichon Iljicz przyjrzał mu się dokładniej; w rękach trzymał kuferek, z kieszeni kaftana sterczały mu jakieś zielone i czerwone książeczki zwinięte w trąbkę. Kaftan miał, widać, cudzy… — Na eleganta z Tuły nie wyglądasz! Deniska także spojrzał po sobie. — Że niby kaftan? — spytał skromnie. — No cóż? Jak zarobię w Tule pieniądze, kupię sobie węgierkę! Latem jakoś to było, sprzedawało się gazety. Tichon Iljicz kiwnął głową w stronę kuferka. — A to co takiego? Denis spuścił oczy. — Kuferek kupiłem. — To w węgierce bez kuferka nie można? — kpiąco rzekł Tichon Iljicz. — A co masz w kieszeni? — Takie tam, głupstwa różne… — Pokaż no. Deniska postawił kuferek na ganku i wyciągnął z kieszeni książeczki. Tichon Iljicz wziął je i uważnie przejrzał. Zbiór piosenek Marusia, Rozpustnica-żona, Niewinne dziewczę w sidłach gwałtu, Wierszowane powinszowania dla rodziców, wychowawców i dobrodziejów, Rola… W tym miejscu Tichon Iljicz zaciął się, ale Denis, który mu się bacznie przyglądał, żywo i skromnie podpowiedział: — Rola proletariatu w Rosji. Tichon Iljicz pokiwał głową. — Ot, nowość! Żreć nie masz co, a kupujesz kuferki i książeczki. Widocznie nie darmo nazywają cię rewolucjonistą. Mówią, że ciągle na cara wymyślasz? Oj, uważaj, bratku! — Przecież nie kupiłem za to majątku — ze smutnym uśmiechem odpowiedział Deniska. — To książki dobre. A cesarza nie ruszałem! Gadają na mnie, co chcą, jak na nieboszczyka. Nawet o tym nie myślałem! Czyż to ja lunatyk jakiś jestem? Blok u drzwi zaskrzypiał i ukazał się stacyjny dozorca, siwy emerytowany żołnierz, którego męczyła świszcząca i dusząca astma, oraz bufetowy, grubas o zapuchniętych oczkach i tłustych włosach. — Usuńcie się, panowie kupcy, pozwólcie zabrać samowar… Denis usunął się i znowu schwycił za kuferek. — Gdzieś go ściągnąłeś pewnie? — zapytał Tichon Iljicz, wskazując kuferek i myśląc o sprawie, dla której poszedł na dworzec. Denis milczał, pochyliwszy głowę. — I pewnie pusty? Denis roześmiał się. — Pusty… — Wygnali cię z miejsca? — Sam poszedłem. Tichon Iljicz westchnął. — Wykapany ojciec! — powiedział. — Tamten też zawsze tak; wyrzucą go na zbity łeb, a on: „Sam poszedłem”. — Żeby mi tak oko wypłynęło, nie łżę! — No, dobrze, dobrze… Byłeś w domu? — Byłem dwa tygodnie. — A ojciec znowu bez roboty? — Teraz bez roboty. — Teraz! — przedrzeźniał go Tichon Iljicz. — Ech, kto się psem urodził, z wilkami nie będzie chodził! „A tyś może lepszy?”, pomyślał Denis, uśmiechając się i nie podnosząc głowy. — Znaczy się, Szary siedzi sobie i kurzy papieroska? — Pusta głowa! — z przekonaniem powiedział Deniska. Tichon Iljicz postukał go po głowie kostkami palców. — Żebyś choć głupoty swojej nie pokazywał! Któż tak mówi o ojcu? — Co z tego, że stary; czy przez to lepszy? — odpowiedział spokojnie Denis. — Jeśliś ojciec, to jeść dawaj. A dużo on mnie karmił? Ale Tichon Iljicz nie dosłuchał do końca. Wybierał właśnie odpowiednią chwilę, aby zacząć rozmowę o interesie. Nie słuchając więc, przerwał: — No i okazało się, żeś bałwan… A Jakow sprzedał kobyłę? Denis roześmiał się niespodziewanie głośnym i ordynarnym śmiechem. Odpowiedział jednakże dawnym śpiewnym tenorem: — Jakow Mikiticz? Co znowu! Robi się coraz bogatszy i coraz bardziej chciwy. Toż to było wczoraj śmiechu! — Z jakiejże okazji? — No, bo jakże! Zdechło mu źrebię i cóż on wymyślił? Zrobił interes nawet z nóg i z kopyt. Zabrakło mu kołków w chruścianym płocie, to wziął i wplótł te właśnie nogi… — Ależ to nie chłop, a minister! — powiedział Tichon Iljicz. — To nie para do was, golców. Cóż ty? Z wilczym biletem wybierasz się do Tuły? — A mnie na co bilet? — odpowiedział Denis. — Wejdę do wagonu i z boską pomocą wprost pod ławkę. Aby tylko dostać się do Węzłowskiej — Do jakiej „Węzłowskiej”? Do stacji węzłowej pewnie? — No, niech tam „węzłowej”, wszystko jedno. Dojadę, a tam dalej niedaleko i na piechtę. — A gdzież będziesz książeczki czytał? Pod ławką niewiele przeczytasz. Deniska zamyślił się. — No! — rzekł wreszcie. — Przecież nie cały czas będę pod ławką. Można wleźć do wygódki i czytać choćby do świtu. Tichon Iljicz zmarszczył brwi. — A ja ci powiem — zaczął — ot co: czas, żebyś rzucił te wszystkie głupstwa. Nie jesteś już przecież dzieciakiem, durniu jeden. Ruszaj no z powrotem do Durnowki, trzeba się zabrać do roboty. Przecież aż się niedobrze robi, jak człowiek na was popatrzy. U mnie karaluchy lepiej żyją. Cóż zrobić… Pomogę z początku. Dam, powiedzmy, na towar, czy tam na jaki instrument… Sam się utrzymasz i ojcu choć trochę pomożesz… „Do czego to on zmierza?”, pomyślał Deniska. A Tichon Iljicz zdecydował się i dokończył: — A i pora byłaby ożenić się. „Taaaak!” pomyślał Deniska i nie śpiesząc się, zaczął skręcać papierosa. — No cóż — odezwał się spokojnie i trochę jakby smutno, nie podnosząc rzęs. — Wykręcać się nie będę. Żenić się można. Lepsze to, jak chodzić do prostytutek. — No, no, właśnie! — gorączkując się, podchwycił Tichon Iljicz. — Tylko, bracie, zauważ, żenić się trzeba z rozumem, żeby dzieci wyprodukować z jakimś kapitałem. Deniska wybuchnął śmiechem. — Czego ryczysz? — Bo jakże to? Produkować? Niby kury czy świnie? — Dzieci chcą tak samo jeść! — A z kim mam się żenić? — zapytał ze smutnym uśmiechem Deniska. — Z kim? A z kim chcesz! — Znaczy… Z Młodą czy jak? Tichon Iljicz zaczerwienił się mocno. — Dureń! A cóż… Młoda? Niedobra? Baba cicha, robotna… Deniska milczał, dłubiąc paznokciem koło blaszanych okuć przy kuferku. I nagle udał głupiego. — Młodych bab dużo — rzekł przeciągle. — Nie wiem, o której pan mówią. O tej, z którą pan żyli? Ale Tichon Iljicz już się opanował. — Żyłem czy nie, to sprawa nie na twój rozum, świnio — odrzekł tak szybko i stanowczo, że Deniska pokornie wymamrotał: — To dla mnie tylko honor… Ja tylko tak… Bo się zgadało… — No, więc znaczy: nie gadaj niepotrzebnie. Ludzi z was zrobię… Rozumiesz? Posag dam… Rozumiesz? Deniska znowu się zastanowił. — Ot, pojadę do Tuły… — zaczął. — Trafiło się ślepej kurze ziarno! Na co ci ta Tuła? — W domu za duży już był głód… Tichon Iljicz otworzył kapotę i wsunął rękę do kieszeni w kaftanie: chciał zrazu dać Denisce dwadzieścia kopiejek, ale się pohamował. „Nie ma sensu pieniądze wyrzucać, a jeszcze ten mądrala pomyśli, że może go podkupuję”, pomyślał. I udał, że czegoś szuka. — Ech, zapomniałem papierosów. Daj no skręcić. Deniska podał mu kapciuch. Nad gankiem zapalono już latarnię i w jej mdławym świetle Tichon Iljicz przeczytał wyhaftowane na nim grubo białą włóczką: „Kogo koham temu daje koham serdecznie daruje na wiecznie”. — Niczego sobie! — rzekł, przeczytawszy. Deniska wstydliwie spuścił oczy. — Więc znaczy, masz już dziewuchę? — Mało to ich łazi, suk, dookoła! — odparł Deniska niefrasobliwie. — A względem ożenku, ja się nie wykręcam. Wrócę na karnawał i niech Bóg błogosławi… Zza ogródka przy domu z trzaskiem i hukiem podjechał do ganku wóz cały zabryzgany błotem; na przodzie siedział chłop, a ulianowski diak Goworow leżał pośrodku na słomie. — Odjechał? — krzyknął diak ze strachem, wyciągając ze słomy nogę w nowym kaloszu. Każdy włos na jego intensywnie rudej, kudłatej głowie skręcał się oddzielnie, czapka zsunęła się do tyłu, twarz zaczerwieniła się od wiatru i ze zdenerwowania. — Pociąg? — zapytał Tichon Iljicz. — Nie. Jeszcze nie przyjechał. Dzień dobry, ojcze diakonie. — Aha! No, chwała Bogu! — szybko i radośnie powiedział diak i pomimo to, wyskoczywszy z wozu, jak strzała popędził do drzwi. Tichon Iljicz pokiwał głową. „Ech”, pomyślał, „nie w porę przyniosło tu tego grzywiastego! Interes może się nie udać!”. Jednak, ujmując klamkę drzwi, rzekł tonem pewnym i zdecydowanym: — No, znaczy się, tak. Znaczy się, po poście. Na stacji pachniało mokrymi półkożuszkami, samowarem, machorką, naftą. Nadymione było do tego stopnia, że w gardle ściskało, a lampy ledwo się paliły wśród dymu, w półmroku, w wilgoci i zimnie. Drzwi piszczały i trzaskały, chłopi z batami w rękach tłoczyli się i hałasowali — byli to dorożkarze z Ulianowki, czekający na pasażera nieraz przez cały tydzień. Wśród nich, z wysoko uniesionymi brwiami chodził Żyd, handlarz zbożem; na głowie miał melonik, ubrany był w palto z kapturem, a na ramieniu trzymał parasol. Obok kasy chłopi dźwigali do wagi jakieś pańskie walizy i kosze obszyte ceratą. Krzyczał na nich telegrafista, pełniący obowiązki pomocnika naczelnika stacji, młody, krótkonogi chłopak o dużej głowie, z wełnistym, żółtym czubem, po kozacku nastroszonym spod czapki nad lewą skronią; na brudnej podłodze siedział pointer nakrapiany jak żaba, z oczami po ludzku smutnymi i drżał wstrząsany mocnym dreszczem. Przepchawszy się przez chłopów, Tichon Iljicz przeszedł do drzwi pierwszej klasy, obok których wisiała na ścianie drewniana rama z listami, gazetami i depeszami, leżącymi tak nieraz przez cały rok. Listów dla niego nie było, a znalazły się tylko trzy numery „Orłowskich Wiadomości”. I Tichon Iljicz ruszył do bufetu, żeby pogadać z bufetową. Ale tam na stołku siedział w okrągłej szarej czapce ze znaczkiem pijany stróż z gorzelni księcia Łobanowa. I Tichon Iljicz cofnął się pośpiesznie. Stróża tego znał dobrze, a gdyby mu się nawinął na oczy — przez dobę nie mógłby się od niego odczepić… Na ganku wciąż jeszcze stał Deniska. — Bo to ja chciałem prosić, Tichonie Iljiczu… — rzekł jeszcze skromniej niż zazwyczaj. — Czego jeszcze? — z gniewem spytał Tichon Iljicz. — Pieniędzy? Nie dam! — Nie! Jakich pieniędzy! Chciałem prosić… Żeby pan mój list przeczytał. — List? Do kogo? — Do pana. Chciałem oddać, ale nie miałem śmiałości. — A o czym…? — Tak… Życie swoje opisałem… Tichon Iljicz wziął z rąk Deniski świstek, wsunął go do kieszeni i szybko poszedł do domu po uginającym się zamarzłym błocie. Nastrój miał teraz zadzierzysty. Chciało mu się pracować i z zadowoleniem pomyślał, że robotę ma: trzeba dać jedzenie bydłu. Ot, szkoda, że się uniósł i wyrzucił Żmycha — nie będzie mógł tej nocy spać. Na Osce polegać nie można. Może już nawet śpi? A jeżeli nie śpi, to siedzi z kucharką i wymyśla na gospodarza… Minąwszy oświecone okna izby, Tichon Iljicz przekradł się do sieni, potknął się w ciemnościach o zimną pachnącą słomę i przylgnął uchem do drzwi. Rozległ się za nimi śmiech, a potem Oska powiedział: — A raz to znowu taka była historia. Żył we wsi chłop bidny, taki bidny, że bidniejszego nie było. Jednego dnia pojechał se ten chłop w pole orać. A tu za nim pies łaciaty. Chłop orze, a pies niucha po polu i cięgiem cosik rozkopuje. Kopie, kopie i nagle jak zawyje! Co za jakieś złe?! Chłop do niego, popatrzył do dołu, a tam garnek żelazny… — Garnek? — spytała kucharka. — Posłuchaj dalej. Garnek, jak garnek, ale w garnku złoto! Strach, ile złota… No, i chłop wzbogacił się… „Ech, głupie gadanie!”, pomyślał Tichon Iljicz i zaczął przysłuchiwać się chciwie, co będzie dalej z owym chłopem. — Wzbogacił się, pobudował jak jaki kupiec… — Może tak jak nasz długonogi — wtrąciła kucharka. Tichon Iljicz uśmiechnął się; od dawna wiedział, że go nazywają długonogim… Nie ma człowieka bez przezwiska! A Oska ciągnął: — Ale! Jeszcze był od niego bogatszy… Tak… A tu pies wziął i zdechł. Co robić? Nie ma rady, szkoda psa, ale trzeba go z honorem pochować. Rozległ się wybuch śmiechu. Roześmiał się opowiadający i jeszcze ktoś, kaszlący po starczemu. — Chyba to Żmych? — ożywił się Tichon Iljicz. — No, chwała Bogu. A powiedziałem durniowi: „Wró-ó-ócisz!”. — Poszedł chłop do popa — ciągnął Oska — poszedł, znaczy, do popa: tak i tak, ojczulku, pies zdechł, trzeba go pochować… Kucharka znowu nie wytrzymała i wesoło krzyknęła: — Ach, śmierci na ciebie nie ma! — Dajże dopowiedzieć! — zawołał Oska i znów przeszedł na ton opowiadania, udając na przemian raz popa, raz tamtego: — Tak i tak, ojczulku, trzeba psa pochować. Jak nie zatupie pop nogami: „Jak chować? Gdzie chować? Na cmentarzu?! Ależ ja ciebie do kryminału!… Zgnijesz w więzieniu! Ja ciebie w kajdany!”. „Ojczulku, to przecież nie zwykły pies; jak zdychał, zostawił dla ciebie pięćset rubli!”. Jak nie skoczy pop z miejsca: „Durniu! A czy ja na ciebie krzyczę za to, że chcesz go chować? Ja za to, że nie wiesz, gdzie! Jego trzeba na cmentarzu przy cerkwi pochować!”. Tichon Iljicz głośno kaszlnął i otworzył drzwi. Przy stole, obok kopcącej lampeczki, której rozbite szkło zaklejone było z boku poczerniałym papierem, siedziała kucharka, zwiesiwszy głowę i zakrywszy całą twarz mokrymi włosami. Czesała je drewnianym grzebieniem i co chwila poprzez mokre kosmyki oglądała go pod światło. Oska z papierosem w zębach śmiał się i rozparty na krześle machał nogami obutymi w łapcie. Przy piecu w półmroku czerwieniał ogienek czyjejś fajki. Kiedy Tichon Iljicz szarpnął drzwi i stanął na progu, śmiech urwał się natychmiast, a palący fajkę nieśmiało wstał z miejsca, wyjął ją z ust i wsunął do kieszeni… Tak, to był Żmych! Tichon Iljicz, jakby nic się rankiem nie zdarzyło, zawołał rześko i przyjaźnie: — Jazda! Bydło nakarmić! Rzucając ogromne cienie, poszli z latarnią po zagrodzie, oświecając przed sobą zaskorupiały gnój, rozsypaną słomę, żłoby i słupy, budząc kury na grzędach pod daszkami. Kury zlatywały, spadały i wyciągając szyje, zasypiając w biegu, uciekały na wszystkie strony. Wielkie fioletowe oczy koni, zwracających głowy w stronę światła, połyskiwały i wyglądały dziwnie a pięknie. Od oddechów szła para, jakby wszyscy palili. A kiedy Tichon Iljicz opuszczał chwilami latarnię i spoglądał w górę, widział z radością nad kwadratem podwórza kolorowe gwiazdy, błyszczące na głębokim, czystym szafirze nieba. Słychać było, jak sucho szeleścił wiatr po dachach, szczelinami wkradała się mroźna świeżość północnego podmuchu… Chwała ci, Boże: na koniec zima! Skończywszy swą pracę, Tichon Iljicz kazał nastawić samowar; poszedł z latarnią do zimnego sklepu, przepełnionego zapachami, wybrał sobie dobrego marynowanego śledzia (nic nie szkodzi, że słony: przed wieczerzą sól smakuje!) i zjadł go przy herbacie, po czym wypił kilka kieliszków słodko-gorzkiego, żółtawo-czerwonego jarzębiaku. Nalał po brzegi szklankę herbaty i przysunął sobie czarne, stare liczydła. Ale rozmyślił się, odnalazł list Deniski i zaczął wczytywać się w jego bazgroły. „Denia dostał 40 rubli pieniędzy, a potem zebrał rzeczy…” „Czterdzieści!”, pomyślał Tichon Iljicz. „Ach, golec!” „Poszedł Denia do stacji Tuła a tu go jak raz obrabowali i zabrali Wszystko dokopiejki nie ma gdzie iść i Wzienago żałość…”. Trudno i nudno było odcyfrować te bzdury, ale wieczór długi, a robić nie ma co… Samowar bulgotał niefrasobliwie, lampa paliła się równym, spokojnym światłem — a w ciszy tej i w spokoju krył się smutek wieczoru. Pod oknami przechodziła miarowo kołatka i dźwięcznie wygrywała w mroźnym powietrzu skoczną melodię… „a potem stensknił się a jakjech ać do domu jak ojciec bardzo zły”. „Oh, co za dureń, Boże zmiłuj się!”, pomyślał Tichon Iljicz. „Szary ma być groźny!”. „Póndę ja do lasu ciemnego wybiore jaknaj winkszom Sosnę wezne sznurek odgłowy cukru i pzeniosesie na ni na wieczne życie fnowych zpodniach albezbutuf…” — Cóż to znowu? Chyba „bez butów”? — rzekł Tichon Iljicz, odsuwając papierek od zmęczonych oczu. — Co prawda, to prawda!… „A potem jakzawieje mocny wiater nagoni sine obłoki i zebrałasie hmura ipolał durzy gięsty deszcz i wyszło słońce zzaLasu sznurek gnije gnije asz oberwał sie i denis spad na ziemie mrufki ponim zaczynajom chodzić pracować a tam pełza jesz i szmija i rak zielony…” Tichon Iljicz wrzucił list do miednicy, łyknął herbaty i oparł łokcie na stole, wpatrując się w lampę… Dziwny z nas naród! Jakaś dziwaczna dusza! Raz człowiek jest jak pies, to znów tęskni, użala się, pieści się i płacze sam nad sobą… Ot mniej więcej jak Deniska albo jak i on sam, Tichon Iljicz… Szyby spotniały, kołatka wyraźnie i żwawo wystukiwała coś składnego… Ech, gdyby były dzieci! Gdyby była choć jaka dobra, kochana kobieta zamiast tej pulchnej staruchy, której same już opowiadania obrzydły mu diabelnie! Wiecznie opowiada o księżniczce, o jakiejś nabożnej mniszce Polikarpii, którą nazywają w mieście Półkarpią! Ale cóż, za późno już na wszystko, za późno… Rozpiąwszy haftowany kołnierz koszuli, Tichon Iljicz z gorzkim uśmiechem pomacał szyję i bruzdy na szyi za uszami… Owe bruzdy to pierwsza oznaka starości! Głowa robi się podobna do końskiej! A i reszta także do niczego. Tichon Iljicz schylił głowę i wsunął palce pomiędzy włosy brody… Ot, i broda: siwa, sucha, splątana. Tak, tak, Tichonie Iljiczu, koniec już, koniec! I dalej pił, coraz bardziej stawał się pijany, coraz mocniej zaciskał szczęki i mrużąc oczy, wpatrywał się w płonący równym światłem knot lampy… Pomyśleć tylko, że do rodzonego brata pojechać nie można, bo wieprzki nie puszczają, dranie jedne! A nawet gdyby puściły — także niewielka byłaby z tego radość! Kuźma prawiłby mu kazanie, Młoda stałaby przed nim z zaciśniętymi wargami, z opuszczonymi rzęsami… Przecież już od samych tych opuszczonych rzęs ma się chęć uciekać! Serce omdlewało, zamierało, głowa tonęła w słodkiej mgle… Gdzież to on słyszał tę piosenkę: Nadszedł już smutny wieczór, Co zrobię, pełna tęsknoty? Oto kochanek mój miły Niesie mi słodkie pieszczoty! Ach, tak, przypomina sobie, to w Lebiedianiu, w zajeździe… Dziewczyny-koronczarki siedzą sobie podczas zimowych wieczorów i śpiewają… Siedzą sobie, plotą koronki i nie podnosząc oczu, śpiewają dźwięcznymi, głębokimi głosami: Całuje i ściska, I żegna się ze mną… Głowę osnuwała mgła. Chwilami wydawało się Tichonowi Iljiczowi, że wszystko ma jeszcze przed sobą: i radość, i swobodę, i niefrasobliwość; ale zaraz budziła się w sercu bolesna, beznadziejna tęsknota. Mówił sobie: „Aby tylko pieniądze w kieszeni — wszystko można mieć!”. I znów patrzył ze złością w lampę, i mając na myśli brata, mówił: — Nauczyciel! Kaznodzieja! Filareta miłosierna… Diabeł bez portek! Tichon Iljicz wypił do reszty jarzębiak, a nakurzył tak, że w pokoju aż pociemniało… Stąpając niepewnymi krokami po chybotliwej podłodze, wyszedł w marynarce do ciemnej sieni. Poczuł rześki chłód powietrza, zapach słomy, odór psa i zobaczył dwa zielonawe światełka migające na progu. — Bujan! — zawołał i z całych sił kopnął psa butem w łeb. Potem przysłuchiwał się dźwiękom kołatki, przytupując do taktu, wyszczał się na stopniach ganku i dogadywał sobie w myślach: Idź wprost na mnie! Patrz wprost na mnie! Po czym, ruszając w stronę szosy, krzyknął: — Dmuchaj wiewiórce pod ogon, będzie więcej puszysty! Nad ziemią miękko czerniejącą w świetle gwiazd panowała martwa cisza. Migotały gwiazdy ułożone w różnokolorowe wzory. Szosa lekko bielała, ginąc w mroku. W oddali, jak spod ziemi, głucho brzmiał wciąż wzrastający hałas i nagle cała okolica zatrzęsła się od huku: daleko, przecinając szosę, przeleciał ekspres, świecąc łańcuchem białych okien, rozjarzonych elektrycznością, i niby latająca wiedźma, rzucając na wiatr przeświecające pąsem warkocze dymu. — Przejeżdża obok Durnowki! — powiedział Tichon Iljicz, czkając. — Obok Szarego! Ach, bandyty przeklęte! Zaspana kucharka weszła do izby mdło oświetlonej dogasającą lampą a przesiąkniętej tytoniem i wniosła zatłuszczony żelazny garnczek z barszczem, ująwszy go w szmaty aż czarne od tłuszczu i sadzy. — Wynoś się w tej chwili! — krzyknął Tichon Iljicz, popatrzywszy na nią z ukosa. Kucharka zawróciła, pchnęła nogą drzwi i znikła. Wówczas Tichon Iljicz wziął kalendarz Gatcuka, zanurzył zardzewiałe pióro w rdzawym atramencie i zaciskając zęby, patrząc sennie ołowianymi oczami, zaczął bez końca pisać wzdłuż i w poprzek na kalendarzu: „Gatcuk, Gatcuk, Gatcuk…”. II Kuźma prawie przez całe życie marzył o pisaniu i nauce. Ale co tam wiersze! Wierszami zabawiał się w dzieciństwie! Pragnął opowiedzieć, jak się marnował, bez żadnej litości przedstawiać nędzę i ten straszny w swej codzienności byt, który go kaleczył i robił z niego bezpłodne drzewo figowe. Myśląc o nim, oskarżał się i uniewinniał zarazem. Tak jest, był ubogim drobnym mieszczaninem, który prawie do piętnastego roku swego życia ledwo sylabizował. Ale historia jego jest historią wszystkich rosyjskich samouków. Urodził się w kraju mającym przeszło sto milionów analfabetów. Wyrósł w Czarnej Słobodzie, gdzie jeszcze dotąd ludzie na śmierć się tłuką w bójkach na pięści. W dzieciństwie widział brud i pijaństwo, lenistwo i nudę… Pozostało mu z tego czasu tylko jedno poetyczne wrażenie: ciemny gaj przy cmentarzu i wygon na górze za Słobodą, a za nim — przestrzeń, rozpalona płaszczyzna stepu i w oddali — biała chata pod topolą. Ale wpajano mu wzgardę nawet do tej chaty: mieszkali tam ukraińscy chłopi, którzy, jak wiadomo, są przecież tak głupi, że na pytanie: „Chochły, gdzie wasze kotły?” odpowiadają: „Chodźcie patrzeć z nami, leżą pod furami!”. Liter i cyfr nauczył i jego, i Tichona ich sąsiad Biełkin, łaciarz kaloszy. Ale zrobił to też tylko dlatego, że roboty nigdy nie miał (skądże kalosze w Słobodzie!); a zresztą zawsze przyjemniej jest wyrywać komuś włosy, niż siedzieć ciągle rozchełstanym na przyzbie i ze schyloną a wystawioną na słońce kudłatą głową pluć w kurz między bosymi nogami. W sklepie Matorina bracia wkrótce nauczyli się czytać i pisać. Kuźma zaczął pochłaniać książki, które mu darował wolnomyślny dziwak z rynku, stary harmonista Bałaszkin. Ale czy można czytać w sklepie? Matorin często krzyczał: „Ja ci uszy oberwę za te twoje nauki, ty diabelskie nasienie!”. Stara historia! A Kuźma chciałby również opisać zwyczaje z rynku. Wchłonął on tam w siebie wiele ohydy. Nauczono ich obydwóch z bratem wyśmiewania nędzy matki oraz tego jej nieszczęścia, że porzucona przez podrastających synów zaczęła popijać. Tam też, na rynku, zrobili kiedyś taką sztuczkę: przed drzwiami sklepu przechodził co dzień z czytelni syn krawca Witebskiego, Żyd lat szesnastu o sinawej twarzy, strasznie chudy, z olbrzymimi uszami i w okularach — a idąc, czytał z przejęciem, przysuwając książkę do samych oczu; chłopcy nasypali mu na chodnik żwiru i Żyd, „ten mądrala”, przewrócił się tak pysznie, że do krwi rozbił sobie kolana, łokcie i zęby… Tam też zaczął Kuźma pisać. Zaczął od opowiadania, jak pewien kupiec jechał nocą Muromskim lasem podczas strasznej burzy i trafił na nocleg do zbójów, którzy go zarżnęli. Kuźma barwnie opisał jego przedśmiertne błagania, myśli i tęsknotę za grzesznym życiem, „które tak przedwcześnie zostało przerwane…”. Lecz na rynku bez litości oblano go zimną wodą. — Ależ dziwak z ciebie, Boże odpuść! — wyraził wesoło i bezczelnie ogólną opinię Tichon. — „Przedwcześnie”! Dawno powinien był już zdechnąć, czort brzuchaty! No, i skądżeś ty wiedział, co on myślał? Przecież go zarżnęli? A potem Kuźma napisał na wzór Kolcowa pieśń starego witezia, przekazującego synowi swego wiernego konia. „Nosił mnie w mojej młodości!”, wołał witeź w pieśni. Ale Tichon i na to także tylko głową pokiwał. — Tak! — powiedział. — To ile lat podług ciebie miał ten koń?! Ach, Kuźmo, Kuźmo! Żebyś choć ułożył coś z sensem; no, na ten przykład, o wojnie… I Kuźma, dostosowując się do rynkowego smaku, zaczął z roznamiętnieniem pisać o tym, o czym gadano wówczas na całym targu: o rosyjsko-tureckiej wojnie: Turek straszny, Turek dziki, Na wojenkę chęci miał; Ruszył wszystkie swoje szyki I zagarnąć Rosję chciał. i jak te wojska Zdobywały już armatę? Najwspanialsze z naszych dział! Z bólem zdawał sobie potem sprawę, ile tępoty i nieuctwa było w takich wierszydłach i ile wart ten prostacki styl i ta rosyjska pogarda względem obcych. Z bólem przypominał też sobie i inne rzeczy… Na przykład Zadonsk. Pewnego razu ogarnęło go namiętne pragnienie pokuty i strach, że matka, która umarła właściwie z głodu, poskarżyła się gorzko w niebie na swe żałosne życie… Kuźma poszedł wtedy piechotą na pielgrzymkę do świętego. Ale u świętego czytał tylko ze złośliwym zadowoleniem zebranym pielgrzymom pewną „kartkę”, zastanawiającą go specjalnie: jak pewnemu wiejskiemu pisarzowi przyszła do głowy myśl, żeby nie uznawać władz i cerkwi, a Bóg tak się za to rozgniewał, że „arystokratę zwalił na śmiertelne łoże”, a choroba jego była taka: „żarł więcej od świni, a wołał, że mu wciąż mało i wysechł do niepoznania…”. Cała młodość Kuźmy przeszła na takich historiach! Myślał i wierzył w jedno, a mówił i robił co innego. Marząc o pisaniu i sumując życie, Kuźma z żalem kiwał głową: „Ot, rosyjska cecha! Siało się groch do połowy z chwastem!”. Zdawać by się mogło, że w młodości był wesoły, dobry, czuły, pojętny i chciwy nauki. Ale czy tak było rzeczywiście? Naturalnie: co on, to nie Tichon… Ale dlaczego tak samo on, jak i brat przyswoili sobie tak wcześnie ordynarność otoczenia? Dlaczego, choć był dobry i czuły, tak bezlitośnie zapomniał o matce? Dlaczego nastrój rynku opanował na tak długo jego serce, tak wrażliwe na wpływ książki? Dlaczego, dlaczego stał się bezpłodnym drzewem figowym? Tichon zabierał do wspólnej skarbonki prawie cały zarobek brata, gdyż postanowili rozpocząć własny interes. Kuźma oddawał pieniądze z dobrotliwym, serdecznym zaufaniem, jakiego Tichon nie posiadał nigdy. Ale matka, matka! Kuźma jęczał, wspominając, jak ta nędzarka błogosławiła go, oddając srebrny obrazek, jedyny swój skarb, chowany w głębi kuferka na pamiątkę lepszych dni. Jęczał… Dobrze, ale pieniądze jednakże szły do Tichona… Porzuciwszy sklep i sprzedawszy to, co zostało po matce, zaczęli handlować. Pojechali w stronę Woroneża, pomiędzy ukraińskich chłopów. Często bywali także w rodzinnym miasteczku i Kuźma nadal przyjaźnił się z Bałaszkinem; książki, które mu stary darował lub wskazywał, czytał chciwie, nie tak jak Tichon. Tichon także lubił poczytać, gdy nie miał nic do roboty, chociaż potrafił i przez rok nie brać książki do ręki. Ale jeżeli już wziął, to czytał prędko, do ostatniego wiersza, a skończywszy, natychmiast zatracał wszelki kontakt z książką. Kiedyś pochłonął w ciągu jednej nocy cały tom Człowieka współczesnego. Wielu rzeczy nie zrozumiał, to, co zrozumiał, określił jako bardzo zajmujące — i na zawsze zapomniał o przeczytanym. Kuźma też wielu rzeczy nie rozumiał — nawet z Bielinskiego, Gogola i Puszkina. Ale zrozumienie jego rosło po prostu w oczach; zdumiewająco potrafił sedno rzeczy uchwycić i w sercu utrwalić. Dlaczego zatem, jeśli mógł zrozumieć słowa Dobrolubowa, dlaczego na rynku klął i mówił „chwakt” zamiast „fakt”? Dlaczego, rozprawiając z Bałaszkinem o Schillerze, jednocześnie namiętnie marzył o tym, jak uprosi o pożyczenie harmonii? Zachwycając się Dymem, twierdził jednak, że „kto jest rozumny, choćby nieuczony, to i bez nauki ma jasno w głowie”. Gdy odwiedził mogiłę Kolcowa, na grobowej płycie napisał z uwielbieniem, choć nieortograficznie: „Podtem pomnikiem pogrzebano ciało mieszczanina aleksieja wasiljewicza Kalcowa woroneskiego autora i poeta nagrodzonego łaskom monarszom oświeconego bez nauki przez samą przyrodę… ”. Wpływ na niego miał tylko Bałaszkin, toteż pozostawił głęboki ślad w duszy Kuźmy. Bałaszkin był to ogromny, chudy starzec, o dużej, golonej twarzy z wykrzywionymi ustami, który ani zimą, ani latem nie zdejmował pozieleniałej kapoty i ciepłej czapki. Niemal do strachu potrafił doprowadzić swoimi złośliwymi opowieściami, głębokim, starczym basem, kłującą, srebrzystą szczeciną, pokrywającą szare policzki i górną wargę, oraz zielonym lewym okiem, wybałuszonym i zezującym w tę samą stronę, w którą się wykrzywiały i usta. Razu pewnego aż ryknął, wysłuchawszy przemowy Kuźmy o „wykształceniu bez nauki”, błysnął owym okiem i cisnął papierosem, który dopiero co nad pudełkiem po kilkach nabił machorką. — Ty ośla głowo! Co pleciesz? Pomyślałeś kiedy o tym, co oznacza to wasze „wykształcenie bez nauki”? Śmierć Żadowskiej to właśnie jest jego symbol diabelski. — Cóż to znowu za śmierć Żadowskiej? — zapytał Kuźma. A Bałaszkin z wściekłością krzyknął: — Zapomniałeś? To była poetka, bogaczka, pani, a utonęła w ustępie! Zapomniałeś? — I schwyciwszy z powrotem papierosa, zaczął głucho ryczeć: — Boże miłościwy! Zabili Puszkina, zabili Lermontowa… Utopili Pisarewa… Powiesili Rylejewa… Poleżajewa zabrali w sołdaty… Szewczenkę na dziesięć lat do więzienia wpakowali… Dostojewskiego ciągnęli na rozstrzelanie… Gogol zwariował… A Kolcow, Nikitin, Rieszetnikow, Pomiałowski, Lewitow? O, Boże, czyż jest jeszcze gdzie na świecie taki kraj, taki naród przeklęty! Trwożnie szarpiąc guziki długopołego surduta, odpinając go i zapinając, chmurząc się i uśmiechając, zmieszany Kuźma odpowiedział: — Czy jest taki naród? Największy naród, a nie „taki naród”, jeżeli wolno zauważyć! — Nie masz prawa nagród rozdawać! — znów krzyknął Bałaszkin. — A właśnie, że mam! Przecież ci pisarze to są dzieci właśnie tego narodu! — Ech, ty antychryście jeden! Żorż Sand nie była gorsza przecież od naszej Żadowskiej, a nie utonęła! — Uznany typ narodu to Płaton Karatajew! — Czemu nie Jeroszka, czemu nie Łukaszka? Ja, bracie, jak zacznę grzebać w literaturze, to Bóg wie, co znajdę! Dlaczego Karatajew, a nie Razuwajew i Kołupajew? Dlaczegóż nie chłop-krwiopijca, nie pop-lichwiarz, nie diak sprzedajny, nie jakaś tam Sałtyczicha, nie Karamazow z Obłomowem, nie Chlestakow z Nozdriewem albo, żeby daleko nie szukać, nie twój brat-podlec, Tiszka Krasow? — Płaton Karatajew… — Wszy zeżarły tego twojego Karatajewa! Nie widzę w nim ideału! — A rosyjscy męczennicy, święci, błogosławieni, prostaczkowie, żebrzący w imię Chrystusa, a raskolniki? — Co-o? A Koloseum, krzyżowe pochody, wojny święte, sekty niezliczone? A ten… Jakże mu… Luter? Nie, bracie, nie gadaj. Mnie tak łatwo w kozi róg nie zapędzisz! — To cóż według pana robić? — krzyknął Kuźma. — Zawiązać sobie oczy i uciekać aż na koniec świata? Lecz Bałaszkin teraz nagle zgasł. Zamknął oczy i jego olbrzymia szara twarz przybrała wyraz głębokiej, smutnej starości… Długo nad czymś rozmyślał, pochyliwszy głowę i wymamrotał w końcu: — Co robić? Nie wiem… Jedno tylko wiem: przepadliśmy. Ostatnie, co pozostało, „Zapiski Ojczyste”. I to złapali! A tobie, durniu, potrzeba jednak tylko jednego: uczyć się… Tak, trzeba było uczyć się. Ale gdzie, kiedy…? Handlował w ciągu całych pięciu lat i to w czasie najlepszego okresu życia! Już sam przyjazd do miasta wydawał się szczęściem! Wypoczynek, znajomi, zapach piekarni i żelaznych dachów, bruk na targowej ulicy, herbata, bułki i perski marsz w jadłodajni „Kars”… Podłogi w sklepikach polane wodą z czajników, ogólnie znane wołanie przepiórki, wywieszonej w klatce przed drzwiami Rudakowa, i zapach ryb na targu, kopru, romanowskiej machorki… Dobry a straszny uśmiech Bałaszkina na widok zbliżającego się Kuźmy, a potem rzucanie gromów i przekleństw na słowianofilów, rozmowy o Bielinskim i obrzydliwe wymysły, bezsensowne i namiętne zarzucanie się wzajemne imionami i cytatami… A w końcu — beznadziejne wnioski. „Teraz to już naprawdę koniec — całą parą walimy z powrotem do Azji!”, huczał stary i nagle zniżając głos, oglądał się: „Słyszałeś? Sałtykow umiera. Ostatni! Mówią, że otruli…”. A z rana znowu wóz, step, upał albo błoto i męczące wysilone czytanie wśród podskoków biegnących kół… Długie wpatrywanie się w stepową dal, słodko-tęskny rytm wierszy w sercu przerywany myślami o zyskach lub sprzeczką z Tichonem… Podniecający zapach drogi, kurzu i dziegciu… Woń miętowych pierników i duszący odór kocich skór, brudnej owczej wełny, butów nasmarowanych tranem…. Rzeczywiście, lata te były wyczerpujące: zmęczenie, niezdejmowanie koszuli przez dwa tygodnie, ćpanie jedzenia na sucho, utykanie na zbitych do krwi stopach, noclegi w obcych izbach i sieniach… ------------------------------------------------ Kuźma przeżegnał się szeroko, gdy na koniec wydostał się z tej kabały. Ale miał już pod trzydziestkę, zszarzał, spoważniał i stał się bardziej trzeźwy; zarzucił wiersze, przestał czytać, przyzwyczaił się do szynków, do wypitki… Przez krótki czas służył u hurtownika pod Jelcem, pojechał w jego interesach do Moskwy, po czym rozszedł się z nim. Dawno już miał w Woroneżu romans, stosunek z cudzą żoną — tam go więc pociągnęło. I przez dziesięć lat kręcił się po Woroneżu przy handlu zbożem, pośrednicząc i pisując w gazetach artykuliki o interesach zbożowych, szukając ulgi, a raczej zatruwając duszę pismami Tołstoja oraz satyrami Szczedrina. I ciągle dręczył się upartą myślą, że sam marnieje i marnuje życie. — Oto — mówił, wspominając te lata — co znaczy „oświata bez nauki”! W dziewięćdziesiątym którymś roku umarł na przepuklinę Bałaszkin, a Kuźma widział go po raz ostatni niedługo przed jego śmiercią. Cóż to było za spotkanie! — Pisać trzeba — posępnie i gniewnie skarżył się jeden. — Człowiek więdnie jak łopuch w polu… — Tak, tak — huczał drugi, sennie zezując swym już zmartwiałym okiem, z trudem poruszając szczęką i nie trafiając machorką do papierosa. — Powiedziano: „Ucz się o każdej godzinie, myśl w każdej chwili… Patrz wokoło na wszystkie nasze biedy i ubóstwo!…”. — Potem nieśmiało uśmiechnął się i wsunął rękę za pazuchę. — O — zamruczał, grzebiąc w paczce zatartych papierków i wycinków z gazet — O, tu, bracie, masz całą furę dobrego… Wielki był wtedy głód, niech go diabli! A ja tylko o wszystkich czytałem i zapisywałem… Jak umrę, cały ten diabelski materiał przyda się tobie. Szkorbut i tyfus, tyfus i szkorbut… W jednym powiecie wszystkie dzieciaki pomarły, w drugim zjedzono wszystkie psy… Bóg mi świadkiem, nie kłamię! Czekaj, ja ci tu zaraz znajdę… — Ale grzebał, grzebał i niczego nie znalazł, zaczął szukać okularów, z niepokojem szperać po kieszeniach, zaglądać pod stojak, aż zmęczył się i machnął ręką; a machnąwszy, zasępił się i pokiwał głową. — Ale nie, nie, tego nie waż się póki co ruszać. Ty jesteś jeszcze nieuk bezrozumny. A napisałeś już na temat, który ci dałem, o tym Suchonosym? Jeszcześ nie napisał? No, i okazuje się, żeś osioł. A jaki to doskonały temat! — Trzeba by było napisać coś o wsi, o ludzie — powiedział Kuźma. — Przecież sam pan mówi: „Rosja, Rosja…”. — A Suchonosy to nie lud, nie Rosja? Zapamiętaj sobie dobrze: *cała Rosja, to jedna wieś*! Popatrz no dookoła: Cóż to jest? Może miasto według ciebie? Bydło pędzi co wieczora po ulicy, kurz taki, że sąsiada nie widać… A ty mówisz: „miasto”! Ech, ty bałwanie bez mózgu, choćby ci kołki na łbie ciosali, to i tak nic nigdy nie napiszesz… Jasno i dokładnie zrozumiał wówczas Kuźma, że Bałaszkin powiedział świętą prawdę: nie sądzone mu pisać. Ot, choćby i Suchonosy… Przez wiele lat nie wychodził mu z głowy ten obrzydliwy starzec ze Słobody. Cały jego majątek składał się z zapluskwionego siennika i zjedzonej przez mole salopy, odziedziczonej po żonie. Żebrał, chorował, przymierał głodem i za pół rubla miesięcznie gnieździł się w kącie u przekupki, handlującej wiktuałami, która twierdziła, że mógłby doskonale poprawić swoje stosunki materialne sprzedażą owego dziedzictwa. Lecz stary cenił je niby źrenicę oka, zresztą nie z uczucia dla nieboszczki, lecz dlatego, że dawało mu ono poczucie posiadania czegoś na własność w przeciwieństwie do innych. Wydawało mu się, że jego mienie jest diabelnie drogocenne: „Teraz takich salop wcale już nie ma!”. Co prawda stary nie był od tego, aby ową salopę sprzedać, ale żądał za nią takich bezsensownych sum, że wprowadzał reflektantów w osłupienie… Kuźma doskonale rozumiał tę słobodską tragedię. Lecz gdy tylko zaczynał myśleć, w jaki sposób ją opisać, zaczynał natychmiast żyć całym skomplikowanym życiem tamtejszym, wspomnieniami dzieciństwa, młodości… I gubił wątek… Zatapiał wówczas Suchonosego w mnóstwie obrazów, osaczających jego wyobraźnię, opuszczał ręce, przybity potrzebą wypowiedzenia swej własnej duszy, wyjaśnienia wszystkiego, co wykolejało jego własne życie. A najstraszniejsze było to, że owo tak zwykłe i codzienne życie z niepojętną szybkością rozpraszało się na drobiazgi… Zresztą Kuźma pisać nie potrafił: przecież nawet myśleć nie umiał długo i prawidłowo, a zasiadłszy do pisania, męczył się jak szczeniak na kłującej słomie… Przedśmiertna przepowiednia Bałaszkina podziałała na niego trzeźwiąco: nie pora teraz na opowiastki! I wówczas po raz pierwszy błysnęła mu myśl napisania Wyników, surowego i bezlitosnego epitafium na grób własny — i Rosji. Od tej pory minęło jednak dalszych dwanaście bezpłodnych lat. Kuźma nadal zajmował się maklerstwem w Woroneżu, a potem, gdy kobieta, z którą żył, umarła w połogowej gorączce, pośredniczył w Jelcu, był subiektem w mydlarni w Lipiecku i pisarzem w kantorze Kasatkina. Życie płynęło równo, w pracy, w codziennych kłopotach, aż póki dorywcze popijanie nie przeszło jakoś raptownie w nałogowe picie. Przez pewien czas Kuźma był gorącym zwolennikiem Tołstoja: przeszło rok nie palił, nie brał do ust wódki, nie jadł mięsa, nie rozstawał się ze Spowiedzią i z Ewangelią…, chciał się przenieść na Kaukaz, do duchoborców… Aż pewnego razu kazano mu pojechać w interesach do Kijowa. I wybrawszy się tam, poczuł nagle radość niemal bolesną, jakby go niespodzianie po długiej niewoli wypuszczono na wolność. Był pogodny koniec września i wszystko wydawało się tak lekkie i piękne: i czyste powietrze, i niezbyt palące słońce, i bieg pociągu, i otwarte okna, i migające za nimi rozkwiecone lasy… Nagle na przystanku w Nieżynie Kuźma ujrzał wielkie zbiegowisko przy drzwiach dworca. Tłum otaczał kogoś, krzyczał, denerwował się i burzył. Kuźmie zabiło serce i szybko pobiegł w tłok. Przepchawszy się przez tłum, zobaczył czerwoną czapkę naczelnika stacji, biały kołpak kucharza, podobnego do hetmana, i szary płaszcz rosłego żandarma, który gromił trzech pokornie lecz niewzruszenie stojących przed nim ukraińskich chłopów w krótkich, grubych świtkach, w mocnych butach i w brązowych barankowych czapkach. Czapki te ledwo się trzymały na czymś po prostu strasznym — były to okrągłe głowy, obwiązane gazą aż sztywną od zaschłej surowicy; poniżej widać było zapuchnięte oczy na obrzękłych, szklistych twarzach, pokrytych zielono-żółtymi krwistymi siniakami i zaskorupiałymi poczerniałymi ranami: chłopi byli pokąsani przez wściekłego wilka i zostali wysłani do lecznicy w Kijowie, a prawie na każdej większej stacji siedzieli przez dobę bez chleba i bez grosza. Dowiedziawszy się, że nie puszczają ich teraz tylko dlatego, iż pociąg nazywa się „pośpieszny”, Kuźma wpadł nagle we wściekłość i wśród potakujących okrzyków Żydów z tłumu zaczął wrzeszczeć i tupać nogami na żandarma. Zatrzymano go, spisano protokół i wówczas, czekając na następny pociąg, Kuźma po raz pierwszy upił się do nieprzytomności. Pokąsani chłopi pochodzili z czernihowskiej guberni. Kuźma wyobrażał ją sobie zawsze jako kraj zapadły, o mętnej, pochmurnej siności nad lasami. Ludzie, którzy przeżyli walkę z wściekłym zwierzęciem, przypomnieli mu czasy Włodzimierza i dawne życie w borach. Pijąc, nalewając kieliszki rękami drżącymi po awanturze, Kuźma zachwycał się: „Ach to były czasy!”. Niemal dławił się złością na żandarma i na owo pokorne bydło w świtkach. Tępe to, psiakrew, dzikie… Ale Ruś, starodawna Ruś! I łzy pijanej radości i siły, wyolbrzymiające każdy obraz do nadnaturalnych rozmiarów, przesłaniały mu oczy. „A niesprzeciwianie się złu?” przypominał sobie chwilami i uśmiechając się, kiwał głową. Odwrócony do niego plecami, jadł obiad przy ogólnym stole młodziutki, czyściutki oficerek. I Kuźma pieszczotliwie a bezczelnie spoglądał na jego białą bluzę, tak krótką i z tak wysokim stanem, że brała ochota podejść, żeby ją obciągnąć. „Właśnie, że podejdę!”, myślał Kuźma. „A jakby się zerwał i krzyknął, dam w mordę! To będzie dopiero niesprzeciwianie się…”. Po czym, przyjechawszy do Kijowa i machnąwszy ręką na interesy, podchmielony i radośnie podniecony chodził przez trzy dni po mieście i po urwiskach nad Dnieprem. Na nabożeństwie w Sofijskim soborze niejeden ze zdziwieniem patrzał na tego chudego i szerokiego kacapa, stojącego przed sarkofagiem Jarosława. Ubrany był schludnie, w ręku trzymał nową czapkę, stał przyzwoicie, ale wygląd miał dziwny. Nabożeństwo się kończyło, ludzie wychodzili i otwierali drzwi, stróże gasili świece, z górnych okien wpadały w błękitny dym złote pasma gorącego południowego słońca, a on, zacisnąwszy zęby i opuściwszy na piersi rzadką, siwiejącą brodę, przymknąwszy z męczeńsko szczęśliwym wyrazem głęboko zapadłe oczy, słuchał dzwonu huczącego śpiewnie i głucho nad soborem, starożytnego dzwonu, którego dźwięk odprowadzał może niegdyś wyruszających na Pieczyngów. A przed wieczorem widziano Kuźmę w Ławrze. Siedział naprzeciwko wejścia pod usychającą akacją, obok chłopca-kaleki, patrząc z niewyraźnym i smutnym uśmieszkiem na białe ściany i ogrodzenie, na złoto niewielkich kopuł, odcinających się od czystego jesiennego nieba. Chłopak był bez czapki, z parcianą torbą przez ramię, w brudnych łachmanach na wychudzonym ciele; w jednej ręce trzymał drewnianą miseczkę z kopiejką na dnie, a drugą wciąż przekładał, niby obcą rzecz, swą potworną, do kolana obnażoną prawą nogę, zwiotczałą, nienaturalnie cienką, opaloną na czarno i porosłą złotawym włosem. Nikogo nie było dookoła, ale chłopak, sennie i męczeńsko odrzuciwszy w tył głowę ostrzyżoną i szczeciniastą od słońca i kurzu, ukazując cienkie dziecięce obojczyki, nie zwracając uwagi na muchy, obsiadające mu smarki, wyciągał bez przerwy: Ach, popatrzcie, mamuńcie, Jakie my nieszczęsne, cierpiące! Ach, nie daj Boże, mamuńcie, Takim cierpiącym być! I Kuźma potakiwał mu: — Tak, tak, racja! Przemógłszy okres pijaństwa i ustatkowawszy się, poczuł się stary. Od pobytu w Kijowie minęły trzy lata. Przez ten czas dokonało się w nim bezsprzecznie coś bardzo ważnego. W jaki sposób to się stało, tego nawet on sam nie usiłował objaśnić. I życie jego własne, i życie ogółu było zbyt niezwykłe w owych latach. Jeszcze w Kijowie zrozumiał, oczywiście, że u Kasatkina długo się nie utrzyma i że czeka go w przyszłości nędza i utrata godności człowieczej. I tak się też stało. Podpisano z nim jeszcze dwukrotnie umowę, ale przeżył ten czas w ciężkim i hańbiącym położeniu: wiecznie na wpół pijany, niechlujny, ochrypły, na wskroś przesiąknięty machorką, z wysiłkiem ukrywający swoją niezdatność do interesu… Potem upadł jeszcze niżej, wrócił do rodzinnego miasta i żył za ostatnie grosze; przez całą zimę nocował w ogólnym numerze w zajeździe Chodowa, a dnie zabijał w szynku Awdeicza na Babim Rynku. Z groszy tych dużo poszło na głupie przedsięwzięcie — na wydanie tomu poezji; a potem trzeba się było kręcić wśród gości Awdeicza i narzucać im książkę za pół ceny… Nie dość na tym: razu pewnego o mało nie został błaznem. W mroźny słoneczny ranek stał na targu przy sklepach z mąką i patrzył na włóczęgę, strojącego miny przed kupcem Mozżuchinem, który wyszedł na próg. Mozżuchin sennie drwiący, podobny do odbicia w samowarze, zajęty był raczej kotem, który lizał jego wyczyszczony but. Ale włóczęga nie dawał za wygraną. Uderzywszy się kułakiem w pierś, zaczął chrypliwie deklamować, unosząc ramiona: „Kto pije po pijaństwie, Ten mądrze sobie żyje…”. I Kuźma, błyskając zapuchniętymi oczami, nagle podchwycił: „Niech żyje nam wesołość I wódka niechaj żyje!” A przechodząca staruszka, podobna do starej lwicy, zatrzymała się, spode łba popatrzyła na niego i, podniósłszy kij, rzekła dobitnie i gniewnie: — Ale modlitwy na pewno tak nie umiesz! Niżej już upaść nie można było. Ale to go właśnie uratowało. Przeszedłszy kilka strasznych ataków sercowych, Kuźma raptownie przestał pić, nieodwołalnie postanowiwszy rozpocząć zwyczajne pracowite życie — na przykład, wydzierżawić sad, ogród warzywny albo kupić gdzieś w rodzinnym powiecie pasiekę, jako że zostało mu jeszcze z półtorej setki… Myśl ta początkowo go cieszyła. „Tak, to będzie świetnie”, rozważał z owym smętnie ironicznym uśmieszkiem, który sobie przyswoił od tak niedawna. „Pora do domu!”. Rzeczywiście, odpoczynek był mu potrzebny. Wprawdzie ta ogromna rozterka i w nim, i dokoła niego zaczęła się niedawno, ale zdążyła już dokonać swego. Kuźma nie był tym, kim był dawniej: bródka posiwiała mu do reszty, włosy, kręcące się na końcach i rozczesane na przedział pośrodku głowy, zrzedły i przybrały kolor żelaza, a grubokoścista twarz ściemniała i jeszcze bardziej schudła. Wyostrzyła się też spostrzegawczość i rozwinął sceptycyzm, a dusza wysubtelniała i stała się chorobliwie wrażliwa, choć Kuźma umiał to ukryć pod poważnym, a niekiedy nawet twardym spojrzeniem swych maleńkich oczu pod lekko skrzywionymi brwiami. Wziął się w garść, zaczął mniej myśleć o sobie, a więcej o otoczeniu… Ale pragnął jednak wrócić „do domu”, odpocząć, popracować według chęci. ------------------------------------------------ Z wiosną, na kilka miesięcy przed zawarciem pokoju z Tichonem, Kuźma dowiedział się, że jest do wydzierżawienia sad w Kazakowie, wsi w rodzinnym powiecie i udał się tam czym prędzej. Kąt to był zapadły, w pobliżu gniazda Krasowów, o glebie czarnej i tłustej. Nadszedł początek maja; po wczesnych upałach powróciły chłody i deszcze, nad miastem ciągnęły jesienne mroczne chmury. Kuźma w starej kapocie i starej czapce, bez kaloszy, w samych tylko zdeptanych butach z niewyprawionej skóry szedł na dworzec za Puszkarną Słobodą i, kiwając głową, krzywiąc się od dymu trzymanego w zębach papierosa, założywszy ręce za plecy pod kapotą, uśmiechał się: minął go właśnie biegnący naprzeciw bosonogi chłopak ze stosem gazet. Nie zatrzymując się, wykrzyknął spowszedniałe już zdanie: — Strejk generalny! — Spóźniłeś się, mały — powiedział Kuźma. — Nie masz tam czegoś nowszego? Chłopak przystanął, błysnąwszy oczami. — Nowy stójkowy odebrał na dworcu — odpowiedział. — Piękna konstytucja! — jadowicie wyrzekł Kuźma i poszedł dalej, skacząc po błocie obok ściemniałych od deszczu, zgniłych płotów, przemykając się pod gałęziami moknących ogrodów i pod oknami krzywych lepianek, stojących przy górce, prowadzącej do końca miejskiej ulicy. „Oj, ludzie, ludzie — cuda w tej budzie!” — myślał, omijając kałuże. Dawniej w taką pogodę siedziano i ziewano po sklepikach, po szynkach, z rzadka bąkając jakieś słówko. Dzisiaj całe miasto gada o Dumie, o buntach, o pożarach, o tym jak „Muromcew wygarnął primjerowi”. Ale niedługo już tego! Zmięknie im rura! W miejskim ogrodzie grają teraz żandarmi… Kozaków przysłali całą sotnię… A przed trzema dniami na ulicy Targowej jeden z nich, pijany, podszedł do otwartego okna publicznej biblioteki i, rozpiąwszy spodnie, zaproponował panience-bibliotekarce, aby kupiła sobie „arychmetykę”. Stojący obok staruszek-dorożkarz zaczął mu robić wymówki, a wówczas kozak wyciągnął szablę, porąbał mu ramię i klnąc ordynarnie, rzucił się za przechodniami, uciekającymi gdzie oczy poniosą i oszalałymi ze strachu… — Hycel, hycel, z kota ma sznycel! — zapiszczały za przechodzącym Kuźmą cienkimi głosikami dziewczynki, skaczące po kamykach płytkiego miejskiego strumienia. — Koty obdzierają, a jemu łapy dają! — Tfu, parszywe! — syknął idący przed Kuźmą konduktor w straszliwie ciężkim płaszczu i zamachnął się na nie żelaznym pudłem. — Ot, żadnego poszanowania dla starszych! Ale po głosie można było poznać, że ledwo powstrzymuje śmiech. Stare jego śniegowce całe oblepione były zaschłym błotem, a patka płaszcza wisiała na jednym guziku. Drewniany mostek, po którym szedł, leżał krzywo. Dalej, nad rowami opłukanymi wiosenną wodą, rosły mizerne łozy. Kuźma wesoło popatrzył i na nie, i na słomiane strzechy, rozsiadłe na słobodskiej górze, i na sinawe, dymne chmury nad nimi, i na rudego psa ogryzającego kość w rowie. Na dnie rowu przykucnął mieszczanin w kamizelce wdzianej na perkalową koszulę i z zażenowanym, bezmyślnym uśmiechem wybałuszył oczy, które aż bielały w twarzy zaczerwienionej z wysiłku. Kiedy Kuźma zrównał się z nim, człowiek skulony w rowie powiedział, aby ukryć zażenowanie: — To na pana tak te smarkate mówiły? Te czorty od dzieciństwa przywykają do paskudnych słów! — Sami ich tego uczycie — zasępiwszy się, odrzekł Kuźma. „Tak, tak”, myślał idąc pod górę, „niedługo już tego!”. Wyszedłszy na wzgórze, odetchnął wilgotnym polnym wiatrem i ujrzawszy czerwone stacyjne budynki pośród pustych, zielonych pól, znowu się uśmiechnął. Parlament! Posłowie! A wczoraj było tak: wrócił właśnie z parku, gdzie z okazji święta odbywała się iluminacja, strzelały rakiety i orkiestra grała Torreadora, Obok rzeczki, obok mostku, maxixe i trojkę, wykrzykując: „He-ej, miła-a!”; wrócił więc i zaczął dzwonić do bramy swego zajazdu. Szarpie, szarpie za brzęczący drut — i nic. Nikogo nie ma. A wokoło cisza, zmierzch, w końcu ulicy za placem widać na zachodzie zielonkawe, chłodne niebo, a nad głową — chmury… Wreszcie kusztyka ktoś za bramą, stęka, hałasuje kluczami i mruczy: — Gire me przetrącił. — Kto? — zapytał Kuźma. — A kuń — odrzekł stróż i otwierając furtkę, dodał: — No, tera tylko dwóch zostało. — Niby tych z sądu, co? — A z sądu. — Nie wiesz czasem, po co sąd przyjechał? — Sądzić posła… Mówią, że chciał wodę w rzece zatruć. — Poseł? Durniu, czyż posłowie zajmują się takimi rzeczami? — A cholera ich tam wi… Na krańcu słobody, u progu glinianej lepianki stał wysoki starzec w rozdeptanych, starych butach. W ręku trzymał długi, orzechowy kij i ujrzawszy nadchodzącego, pośpiesznie schwycił kij w obie ręce, uniósł ramiona, nadał twarzy zmęczony i smutny wyraz i udał, że jest o wiele starszy niż w rzeczywistości. Wilgotny, zimny wiatr, dmący z pola, targał kosmyki jego siwych włosów. I Kuźma przypomniał sobie ojca, dzieciństwo… „Rosjo, Rosjo! Do czego dążysz?”, przyszedł mu do głowy okrzyk Gogola. Rosjo, Rosjo! Ach gaduły, śmierci na was nie ma! A najlepsze, że „poseł chciał rzekę zatruć”! Tak, ale do kogo o to można mieć żal? Nieszczęsny lud, przede wszystkim nieszczęsny!…. I nagle, jak się to często zdarzało w ostatnich czasach, łzy napłynęły do malutkich, zielonkawych oczu Kuźmy. Niedawno wstąpił był do szynku Awdeicza na Babim Rynku. Wszedł na podwórze, tonąc po kostki w błocie, a z podwórza wlazł na piętro, na „szlachecką stronę”; wlazł po takich śmierdzących, zupełnie przegniłych, drewnianych schodach, że nawet jemu, człowiekowi, który niejedno już widział, zrobiło się niedobrze. Z trudem otworzył ciężkie, zatłuszczone drzwi, obite — zamiast uszczelniającego wałka — resztkami wojłoku i podartymi szmatami (drzwi były z blokiem sporządzonym ze sznurka i cegły). Otworzył je, oślepł od czadu, dymu, światła blaszanych reflektorów przy ściennych lampkach i ogłuchł od łoskotu naczyń za szynkwasem, od gwaru rozmów, od tupotu usługujących, którzy pędzili we wszystkie strony, i od nosowego ryku gramofonu. Potem przeszedł do dalszego pokoju, gdzie było mniej ludzi, usiadł przy stoliku, zamówił butelkę miodu… Pod nogami, na zdeptanej i oplutej podłodze, leżały plasterki wyssanej cytryny, skorupy po jajkach i niedopałki… A pod przeciwległą ścianą siedział wysoki chłop w łapciach i kręcąc kosmatą głową, z błogim uśmiechem przysłuchiwał się wrzaskom gramofonu. Na stoliku miał ćwiartkę wódki, kieliszek i obwarzanki, lecz nie pił i tylko kręcąc głową, patrzył na swoje łapcie; nagle, czując na sobie spojrzenie Kuźmy, rozszerzył wesoło oczy i podniósł przedziwnie dobrą twarz o rudej, falującej brodzie. „To dopiero trafiłem!”, wykrzyknął radośnie, jakby zdumiony. I pośpiesznie dodał, niby się tłumacząc: „Ja, widzi pan, mam tu brata… Służy tutaj… Rodzony brat…”. I, strząchnąwszy łzy, Kuźma aż zęby zacisnął. Tfu, przeklęci, do jakiego stopnia podeptali, przygnietli naród!, „Dobrze trafił”! Do Awdeicza „dobrze trafił”! Mało tego: gdy Kuźma, wstając, powiedział: „No, do widzenia!” — chłop również pospiesznie zerwał się i pod wpływem radości przepełniającej mu serce, z głęboką wdzięcznością za światło, za „przepych” otoczenia i za to, że z nim po ludzku ktoś pogadał, prędko powiedział: „Pokornie przepraszam…”. ------------------------------------------------ Dawniej w wagonach mówiono tylko o deszczu, o suszy, o tym, że „ceny na zboże sam Bóg ustanawia”. Obecnie w wielu rękach szeleściły gazety, a mówiono teraz o Dumie, o swobodzie, o podziale ziemi — i nikt nawet nie dostrzegał ulewy dudniącej po dachach, choć wszyscy pasażerowie, kupcy zbożem, chłopi i mieszkańcy podmiejskich chutorów pragnęli wiosennych deszczów. Przeszedł młody, beznogi żołnierz o czarnych, smutnych oczach. Szedł w żółtym szynelu, kusztykając, postukując kulą, zdejmując mandżurską papachę i, jak żebrak, robiąc znak krzyża przy każdym otrzymywanym datku. Nagle wybuchł głośny, oburzony gwar rozmów o rządzie, o ministrze Durnowo i o jakimś skarbowym owsie… Wyśmiewano to, czym się poprzednio naiwnie zachwycano: wspominano, jak „Witia” kazał pakować swe kufry, żeby nastraszyć Japończyków w Portsmouth… Siedzący naprzeciw Kuźmy młody człowiek ostrzyżony na jeża zaczerwienił się wzburzony i pośpiesznie wmieszał się do rozmowy: — Pozwólcie, panowie! Mówicie: „wolność…”. Ja, na przykład, służę za pisarza u inspektora podatkowego i od czasu do czasu posyłam artykuliki do stołecznych gazet… Cóż jego to obchodzi? Zawsze zapewniał, że także jest za wolnością, a kiedy się dowiedział, że napisałem o nienormalnym stanie naszego pożarnictwa, zawołał mnie i powiada: „Jeżeli ty jeszcze raz, sukinsynie, napiszesz taką rzecz, to ci łeb urwę!”. Przepraszam, ale jeżeli ja mam poglądy bardziej lewicowe niż on…? — Poglądy? — krzyknął nagle altem karła siedzący obok sąsiad młodzieńca, gruby skopiec w butach z wywróconymi cholewkami, mączarz Czerniajew, przez cały czas przypatrujący mu się z ukosa świńskimi oczkami, i nie dając mu oprzytomnieć, zawył: — Poglądy?! To niby ty masz poglądy? To niby ty jesteś tym lewicowcem? Przecież ja ciebie bez portek jeszcze widywałem! Przecież z głodu zdychałeś jak twój żebraczyna ojciec! Tyś inspektorowi nogi powinien myć, a tę wodę pić! — Kon-sty-tu-u-cja! — zaśpiewał Kuźma cienkim głosem, przerywając skopcowi i podniósłszy się z miejsca, potrącając kolana siedzących, poszedł do drzwi wagonu. Skopiec miał stopy maleńkie, tłuste i wstrętne jak nogi starej klucznicy, twarz — także babską, dużą, żółtą, mięsistą, jakby gumową, i cienkie wargi… A dobry sobie także i ten Połozow, nauczyciel progimnazjum, który tak uprzejmie kiwał głową, słuchając skopca i opierając się na lasce! Był to człowiek lat trzydziestu, krępy, wypielęgnowany, w trzewikach, których cholewki wsunął pod szare spodnie, w szarym kapeluszu i w szarej narzutce; oczy miał jasne, nos okrągły i wspaniałą rosyjską brodę, rozkładającą mu się szeroko na piersiach. Przecież to nauczyciel, a na wskazującym palcu nosi ciężki złoty sygnet! I domek już swój ma: posag, wzięty z córką popa… Stopy także ma niewielkie, ręce — krótkie, palce — jak serdelki; czyścioszek i pedancik taki, że trudno o większego; chodzi co dzień do kąpieli, a mówią, że ścierwo! Niech Bóg broni! Nie, jednak chłopi i mieszczanie nie pasują do takich ludzi! I otworzywszy drzwi na platformę wagonu, Kuźma głęboko odetchnął zimną i pachnącą świeżością deszczu. Ulewa głucho szumiała po dachu platformy, z którego płynęły strumienie, opryskując Kuźmę. Po wyjeździe z miasta upajał zapach niw, zmieszany z podniecającym wyziewem dymu z lokomotywy. Wagony, kołysząc się, huczały wśród szumiącego deszczu, druty telegraficzne, opuszczając się i podnosząc, płynęły naprzeciw, po bokach biegły gęste, jasnozielone krzaki leszczyny. Spod nasypu wyskoczyła nagle gromadka chłopaków, krzycząc coś dźwięcznym chórem; Kuźma roześmiał się z zadowoleniem i cała twarz pokryła mu się drobnymi zmarszczkami. Podniósłszy oczy, zobaczył na przeciwległej platformie pielgrzyma; jego chłopska twarz była dobra i zmęczona, brodę miał siwą, kapelusz — szerokoskrzydły, palto kortowe przewiązane sznurkiem, worek i blaszany czajnik na plecach, a na chudych nogach — łapcie. On się również uśmiechał i Kuźma zawołał do niego poprzez huk i szum: — Jak się nazywasz, dziadku? — Anton… Anton Bezpałyk — z miłą usłużnością odpowiedział słabym krzykiem starzec. — Z pielgrzymki? — Z Woroneża.. — A palą tam dwory? — Palą… — To świetnie! — Co? — Świetnie, mówię! — krzyknął Kuźma. I odwróciwszy się, strząsając napływające łzy, zaczął drżącymi rękami skręcać papierosa… Ale myśli poplątały mu się znowu. „Więc pielgrzym — to lud, a skopiec i nauczyciel — nie lud? Niewolnictwo znieśli dopiero czterdzieści lat temu, zatem czego żądać od takiego ludu? Tak, ale kto winien? Ten sam lud! Rosja — pod jarzmem rosyjskim, rozmaici bracia — pod tureckim, Haliczanie — pod austriackim, o Polakach lepiej nie mówić!… Piękna ta wielka słowiańska rodzinka!”. I twarz Kuźmy znowu pociemniała i sposępniała. Zezując dookoła, zaczął przebierać palcami, wyłamywać je i trzaskać stawami. ------------------------------------------------ Na czwartej stacji wysiadł z pociągu i najął wózek. Chłopi dorożkarze zażądali z początku siedem rubli (do Kazakowa było dwanaście wiorst), a potem pięć i pół. Na koniec jeden powiedział: „Dasz trzy — pojadę, a nie — szkoda gadania. Teraz nie takie czasy…”. Ale nie utrzymał się w tonie, dodał zwykłe zdanie: „Do tego jeszcze pasza droga” i pojechał za półtora rubla. Błoto było nie do przebycia, wóz — malutki i rozklekotany, szkapina — słabiutka, o długich, oślich uszach. Z wolna wyjechali sprzed stacji i chłop, siedzący na koźle, zaczął się niecierpliwić, szarpiąc sznurkowe lejce, jakby chciał całą swoją istotą pomóc koniowi. Na stacji chwalił się, że „nie można go utrzymać”, a teraz widocznie się wstydził. Ale najgorszy ze wszystkiego był on sam: młody, ogromny, dość tęgi, w łapciach i białych onucach, w krótkiej kurtce, przepasanej krajką, i w starej czapce na sztywnych, żółtych włosach. Czuć było od niego kurną izbę i konopie: ot, kmiotek z czasów króla Ćwieczka! Twarz biała, bezwąsa, a gardło rozdęte i głos ochrypły. — Jak się nazywasz? — zapytał Kuźma. — Wołają Achfanasy… „Achfanasy!”, pomyślał Kuźma ze złością. — A dalej? — Mieńszow… Wio, ty antychryście! — Choróbka? — wskazał Kuźma na gardło chłopa. — No… Zaraz „choróbka” — bąknął Mieńszow, patrząc w bok. — Ot, wypiłem zimnego kwasu… — A przy łykaniu boli? — Przy łykaniu… Nie, nie boli… — No, to i nie gadaj na próżno — rzekł Kuźma surowo. — Lepiej byś jak najprędzej poszedł do szpitala. Żonaty? — Żeniaty. — Więc widzisz. Przyjdą dzieci, to im piękny prezent zostawisz! — To już na pewniaka — zgodził się Mieńszow i męcząc się z koniem, zaczął szarpać lejce. — W-wio, sposobu na ciebie nie ma, ty antychryście! Wreszcie rzucił bezcelowe zajęcie i jakoś się uspokoił. Długo milczał, aż spytał: — No i jakże, panie kupiec, zebrali tę Dumę czy nie? — Zebrali. — A Makarow, mówią, żyje, tylko nie kazał mówić. Kuźma aż ramionami wzruszył — czort wie, co się w tych zakutych łbach dzieje! „A jakie bogactwo!”, myślał, siedząc z niewygodnie podniesionymi kolanami na twardym dnie wózka na garstce słomy pokrytej rogożą i rozglądając się po ulicy. Zrobiło się jeszcze chłodniej; z północnego zachodu szły coraz posępniejsze chmury nad tą żyzną glebą przesiąkłą deszczami. Błoto na drogach połyskiwało sinawo i tłusto, zieleń drzew, traw i ogrodów była soczysto zielona, a ponad wszystkim siniał ten stalowy koloryt czarnej ziemi i chmur. Lecz chałupy lepione z gliny — małe, a dachy — z suszonego nawozu. Obok nich stoją rozeschnięte beczki do wożenia wody, a woda w nich, naturalnie, z kijankami… Oto bogate obejście. Za warzywnikiem, za łozinami, za pasieką i sadzikiem z trzech czy czterech dzikich jabłoni stoi stara, ciemna stodoła. Zagrody, wrota i chata, wszystko mieści się pod wspólnym chruścianym okapem. Chata zbudowana jest z podwójnej cegły, ściany ozdobione kredowymi rysunkami: na jednej — kreska, a nad nią rożki w kształcie choinki, na drugiej — coś w rodzaju koguta; okienka także obwiedzione kredowymi ząbkami. „Twórczość!”, ironicznie uśmiechnął się Kuźma. „Kamienna epoka, Boże odpuść, po prostu jaskiniowcy!”. Na drzwiach widać było wzorek z krzyżyków narysowanych węglem, a przy ganku stał duży kamień grobowy — dziadek czy babka przygotowali go już sobie na wypadek śmierci… Tak, to bogata zagroda! Lecz błoto naokoło po kolana, a na ganku leży świnia, po której, kołysząc się i trzepocząc skrzydełkami, chodzi żółciutkie pisklątko. Okienka malusieńkie, a w zamieszkałej części chaty pewnie ciemno i, jak zawsze, ciasno. Nary, warsztat tkacki, ogromny piec, ceber z pomyjami… A rodzina duża, dzieci mnóstwo, w zimie jeszcze też jagnięta i cielęta… Wilgoć, czad taki, że aż zielona para unosi się w powietrzu. Dzieci piszczą i wrzeszczą, obrywając co chwila po łbach; synowe wymyślają sobie: „Żeby cię piorun… Ty suko parszywa!” i przeklinają się wzajemnie: „Bodajżeś się udławiła w samą Wielkanoc”; staruszka-teściowa ciska warząchwiami i miskami, rzuca się na synowe ze szponami ciemnych żylastych rąk, głos sobie nadrywa od wrzaskliwego urągania, pluje śliną i przekleństwami to na jedną, to na drugą… A stary również zły jest i chory; zamęczył wszystkich swymi pouczeniami, żonatych synów drze za włosy, ci zaś niekiedy po chłopsku wstrętnie płaczą… — Czyja to zagroda? — zapytał Kuźma. — Krasnowów — odpowiedział Mieńszow. — Także wszyscy mają choróbkę… Za chatą Krasnowów skręcili na wygon. I wieś, i wygon były rozległe. Zbierał się tu dziś jarmark. Gdzieniegdzie sterczały już żerdzie namiotów, zwalone były koła i gliniane naczynia; dymił piec zmajstrowany naprędce, pachniały racuchy; szarzał mieszkalny wóz Cyganów, a przy jego kołach leżały na łańcuchach owczarki. Na lewo widać było chaty, na prawo — skład drzewa, dwa miejskie sklepiki i piekarnię. Dalej, obok państwowego monopolu, stała zbita gromada dziewek i chłopów; słychać było stamtąd okrzyki. — Hula naród! — powiedział w zamyśleniu Mieńszow. — Niby dlaczego? — spytał Kuźma. — Spodziewa się… — Czego? — Wiadomo… Diabła rogatego! Hulano rzeczywiście… Na pustym wygonie w pochmurny zimny dzień te piski i dźwięki dwóch harmonii grających jednocześnie wydawały się żałosne i zatracały się w czymś codziennym, starym i nudnym. „Lud przeżywa coś nowego i coś świętuje, ale czy wierzy w to święto? Oj, chyba nie!”, myślał Kuźma podjeżdżając i patrząc na białe, różowe i zielone spódnice dziewcząt, na obojętne a ordynarnie wymalowane twarze, na pomarańczowe, złociste i malinowe chusteczki. Wóz podjechał do tłumu i stanął. Mieńszow nie spuszczał z niego oczu i szczerzył zęby. Dźwięki nie wydawały się już teraz żałosne. Harmonie zawzięcie akompaniowały jedna drugiej, a im do wtóru, wśród zachęcającego krzyku pijanych, rozlegały się zawadiackie przyśpiewki. — Hu-ha! — zawołał ktoś wśród rozgłośnego głuchego tupotu. „Nie orać, nie kosić — Dziewkom ciastka nosić!”. I niewysoki chłop, stojący poza tłumem, nagle zamachał rękami. Wszystko, co miał na sobie, robiło wrażenie czegoś domowego, czystego, trwałego: i łapcie, i onuce, i nowe parciane portki, i krótko, niemal kuso, skrajany a suto zmarszczony dół kaftana z niezwykle grubego, siwego sukna. Nigdy w życiu dotąd pewno nie tańczył, a teraz nagle miękko i zręcznie tupnął łapciami, machnął ręką, krzyknął tenorem: „Rozstąpcie się, dajcie kupcowi popatrzeć!” i skoczył w otwierający się przed nim krąg. Z zacięciem potrząsnął portkami przed młodym wysokim chłopakiem, który, zsunąwszy czapkę na bakier, zawadiacko wywijał butami, a wywijając tak, zrzucał z nowej perkalowej koszuli czarny kaftan bez rękawów. Twarz chłopaka była skupiona, ponura, zachmurzona, blada i spocona, toteż jego przenikliwe okrzyki wydawały się tym silniejsze i bardziej niespodziewane. — Synek! Rodzony ty mój! — wyła wśród zgiełku i tupotu staruszka w sarafanie, wyciągając ręce. — Dosyć już, na miłość Boga! Rodzony mój, dosyć, nie wytrzymasz! A synek nagle zadarł głowę, zacisnął pięści i zęby i z wściekłą twarzą, przytupując, krzyknął przez zęby: — Cichaj, babka, nie kracz… — A ona na pewno dla niego ostatnie płótno sprzedała — rzekł Mieńszow, jadąc dalej wygonem. — Kocha go bez pamięci, jak to wdowa, a on prawie co dzień tłucze ją po pijanemu… Widać warta tego. — Niby jak to: „warta tego”? — zapytał Kuźma. — Nie trza pozwalać… Tak, w mieście, w wagonach kolejowych, po wsiach i wioskach — wszędzie czuło się coś niezwykłego, jakby oddźwięki jakiegoś wielkiego święta, jakiegoś dużego zwycięstwa i ogromnych nadziei. Ale już w miasteczku Kuźma pojął, że im dalej w te bezkresne pola, pod chłodne pochmurne niebo, tym odgłosy te stają się bardziej głuche, bezsensowne i dręcząco nudne. Ot i teraz: odjechali i krzyki tłumu przy szynku znowu wydały się żałosne. Tam świętują, usiłują „hulać”, a tu — nuda, głusza, pusta ulica, kurne izby, beczki ze śmierdzącą wodą ze stawu i znowu pola, siność i zimno dalekich przestrzeni, ciemny lasek na horyzoncie… Przed jedną z chat z wybitym oknem i z kołem na zgniłym dachu siedzi na ławce wysoki chudy chłop — trzy ćwierci do śmierci! Podobny do Niekrasowa. Na ramiona, na długą i brudną samodziałową koszulę narzucił stary półkożuszek. Nogi, chude jak kije, tkwią w wojłokowych butach, a duże, martwe ręce leżą na ostrych kolanach, na przetartych portkach. Czapkę po starczemu nasunął na czoło, a oczy takie zamęczone, proszące… Chuda twarz tak nieludzko wyciągnięta… Popielate wargi na wpół otwarte… — To Strach — powiedział Mieńszow, wskazując chorego. — Umiera na brzucho już drugi rok. — Strach? Co to? Przezwisko takie? — Przezwisko… — Głupie! — powiedział Kuźma. I odwrócił się, żeby nie widzieć dziewczynki przy następnej chacie: przechylona do tyłu, trzymała na ręku dzieciaka w czepeczku, tępo gapiła się na przejeżdżających i, wysuwając język, żuła czarny chleb, przygotowując z niego dla dziecka smoczek… A w ostatnim ogrodzie obok gumna łoziny szumiały na wietrze i trzepotał pustymi rękawami przekrzywiony strach na wróble. Gumno otwarte na step robi zawsze wrażenie nieprzytulne i przykre, a do tego jeszcze ten strach, jesienne chmury, wiatr wyjący od pola rozdmuchujący ogony kur, które chodzą po klepisku porosłym lebiodą i łopuchem… Dalej — stodoła z rozprutą strzechą… Błękitna młocarnia-żniwiarka… Lasek, siniejący na horyzoncie, a składający się z dwóch długich parowów zarosłych dębiną, nazywał się Portoczki i przy tych właśnie Portoczkach złapał Kuźmę ulewny deszcz z gradem, towarzyszący już do samego Kazakowa. Mieńszow pod wsią zmuszał konia do galopu, a Kuźma, mrużąc oczy, siedział pod mokrą i zimną rogożą. Ręce kostniały mu z chłodu, a za kołnierz kapoty ciekły lodowate strumyki. Ciężką od deszczu rogożę czuć było zatęchłą komorą, ziarna gradu biły po głowie, chlapały pecyny błota, w koleinach pod kołami szumiała woda, gdzieś beczały jagnięta… Na koniec zrobiło się tak duszno, że Kuźma odrzucił rogożę z głowy i chciwie łyknął świeżego powietrza. Deszcz ustawał, zapadał zmierzch, obok wozu po zielonym wygonie w kierunku chałup biegło stado. Cienkonoga czarna owca odbiła się od gromady, a goniła ją bosa baba z narzuconą na głowę spódnicą, świecąca białymi łydkami. Na zachodzie za wsią rozjaśniało się, na wschodzie, na mglistym szarawoniebieskim tle chmur nad zbożami rozpinały się zielono-fioletowe tęcze. Silnie pachniało wilgotną zielenią pól, a od strony wsi czuć było ciepło ludzkiego osiedla. — Gdzie tu dwór? — krzyknął Kuźma do tęgiej baby w białej koszuli i czerwonej wełnianej spódnicy. Baba stała na kamieniu przy chacie sołtysa i trzymała za rękę zanoszącą się płaczem dwuletnią dziewczynkę. Mała wrzeszczała tak głośno, że pytanie Kuźmy zginęło w tym krzyku. — Dwór? — powtórzyła baba. — Czyj? — Pański. — Czyj? Nic nie słychać… A żebyś się udławiła! Bodaj cię choroba!… — krzyknęła, szarpnąwszy dziewczynkę tak mocno, że dziecko się przewróciło i zawisło w powietrzu. Pytali o drogę również przy drugiej chałupie. Przecięli szeroką ulicę, skręcili w lewo, potem w prawo i obok czyjejś staroświeckiej sadyby z domem, którego okna były na głucho zabite deskami, zaczęli zjeżdżać po stromej górze do mostu nad rzeczką. Z lica, z włosów i kurtki Mieńszowa spadały krople. Jego umyta tłusta twarz z białymi, grubymi rzęsami wydawała się jeszcze bardziej tępa. Z ciekawością wyglądał czegoś przed sobą. Spojrzał w tym kierunku i Kuźma. Po tamtej stronie, na pochyłym wygonie rozsiadł się ciemny kazakowski sad; szerokie podwórze ogrodzone było rozwalonymi czworakami i gruzami kamiennego muru; pośrodku, za trzema uschniętymi choinami, wznosił się pod rdzawoczerwonym dachem dom z szarych bali. Na dole, przy moście, stała gromadka chłopów, a naprzeciw, po stromej, rozmytej drodze człapała w błocie i z wytężeniem szła pod górę trojka chudych, roboczych koni zaprzężonych do bryczki. Oberwany, ale przystojny parobek, smukły, blady, z rudawą bródką i mądrymi oczami stał obok trojki, szarpał lejce i ze wszystkich sił krzyczał: „Wio, w-w-io!”, a chłopi ze śmiechem i gwizdaniem drażnili go: „Pr-r! Pr-r!”. Na bryczce siedziała młoda kobieta w żałobie i z rozpaczą wyciągała ręce; na jej długich rzęsach wisiały wielkie łzy, a twarz wykrzywiona była przerażeniem. Strach i naprężenie widać też było w turkusowych oczach grubego rudowąsego człowieka, siedzącego obok niej. Ślubna obrączka błyszczała na jego prawej ręce, ściskającej rewolwer; lewą machał ustawicznie i zapewne bardzo mu było gorąco w wielbłądziej kurtce i w miejskiej czapce, która mu się zsunęła na tył głowy. A na ławeczce naprzeciw z łagodną ciekawością rozglądały się dzieci — chłopczyk i dziewczynka — zawinięte w szale i blade z zimna i zmęczenia. — To Miszka Siwierskij — głośno i ochryple rzekł Mieńszow, wymijając trojkę i obojętnie patrząc na dzieci. — Spalili go wczoraj… Widać wart tego… ------------------------------------------------ Interesy państwa Kazakowów prowadził ekonom, dawny żołnierz-kawalerzysta, człowiek olbrzymi i ordynarny. Do niego do czeladnej skierował Kuźmę parobek, który wjeżdżał właśnie w podwórze z wozem skoszonej, pięknej, wilgotnej, zielonej trawy. Ale u ekonoma wydarzyły się tego dnia aż dwa nieszczęścia: umarło dziecko i zdechła krowa, toteż Kuźma został przyjęty bardzo zimno. Gdy pozostawiwszy Mieńszowa za bramą, zbliżał się do czeladnej, zobaczył zapłakaną ekonomową, która niosła z ogrodu pstrokatą kurę, siedzącą potulnie pod jej pachą. Pomiędzy kolumienkami na zmurszałym ganku stał wysoki młody człowiek w szarawarach, w długich butach i w perkalowej zapiętej pod szyję koszuli. Zobaczywszy ekonomową, krzyknął: — Agafio, a dokąd to ją niesiesz? — Zarżnąć — odpowiedziała ekonomowa poważnie i smutnie, zatrzymując się przy lodowni. — Daj no, ja zarżnę. I młodzieniec skierował się ku lodowni, nie zwracając uwagi na deszcz, znowu mżący ze sposępniałego nieba. Otworzył drzwi, wziął z progu siekierę — i po chwili rozległo się krótkie uderzenie, a kura bez głowy, z czerwoną resztką szyi pobiegła po trawie, potknęła się i zakręciła, trzepocząc skrzydłami i rozrzucając na wszystkie strony pióra i bryzgi krwi. Młody człowiek rzucił siekierę i poszedł do ogrodu, a ekonomowa, złapawszy kurę, podeszła do Kuźmy: — A ty czego tu chcesz? — Ja… W sprawie ogrodu — powiedział Kuźma. — Poczekaj na Teodora Iwanycza. — Gdzież on jest? — Zaraz wróci z pola. I Kuźma czekał u otwartego okna czeladnej. Zajrzał do wnętrza i zobaczył w półświetle piec, nary, stół, a na ławie pod oknem — korytko służące jako trumienka. Leżało w nim martwe dziecko o dużej, nagiej główce i sinawej twarzyczce… Za stołem siedziała tłusta, ślepa dziewka i wielką, drewnianą łyżką wyławiała z miski rozmoczone w mleku kawałki chleba. Muchy, niby pszczoły w ulu, brzęczały nad nią i łaziły po twarzyczce trupa, a potem wpadały do mleka, ale ślepa, siedząc prosto niby nieruchomy bałwan i wybałuszając w ciemność zaszłe bielmem oczy, jadła i jadła… Przerażony Kuźma odwrócił się czym prędzej. Zrywały się podmuchy zimnego wiatru i coraz ciemniej robiło się od chmur. Pośrodku podwórza stały dwa słupy z poprzeczką, a na niej wisiała, niby ikona, duża, żelazna płyta: widać, że mieszkańcy w nocy bali się i uderzali w nią często. Po podwórzu wałęsały się wychudłe charty. Pomiędzy nimi biegał chłopczyk mniej więcej ośmioletni i woził na wózku braciszka o białej, jakby nalanej głowie w dużej, czarnej czapce; wózek przeraźliwie skrzypiał. Dom był szary, ciężki i pewno diabelnie nudno musiało w nim być teraz, o zmierzchu. „Żeby choć światło zapalili!”, pomyślał Kuźma. Zmęczony był śmiertelnie i zdawało mu się, że z miasta wyjechał już chyba rok temu. Nagle rozległo się wycie i szczekanie — z bramy ogrodu wypadła przerażona para sprzęgniętych ze sobą psów: charcica z podwórzowym kundlem. Zwierzęta szarpały się w przeciwne strony, usiłując się rozłączyć… Za nimi, krzycząc coś, biegł panicz. ------------------------------------------------ Wieczór i noc Kuźma spędził w ogrodzie w starej łaźni. Ekonom, przyjechawszy konno z pola, gniewnie powiedział, że „sad dawno wydzierżawiony”, a na prośbę o nocleg tylko zdumiał się bezczelnie: „Ach, jakiś ty mądry!”, krzyknął ni z tego, ni z owego, „Znalazł sobie zajazd! Dużo was takich teraz włóczy się dookoła… ”. Ale zlitował się i pozwolił iść do łaźni… Kuźma zapłacił Mieńszowowi i poszedł obok domu do wrót przed lipową aleją. Z ciemnych, otwartych okien, zza żelaznych siatek przeciw muchom, słychać było fortepian, którego dźwięki przepyszny, niski tenor pokrywał misternymi pasażami, rażącymi na tle tego wieczora, na tle tego folwarku. Po brudnym piasku pochyłej alei, na końcu której, niby na skraju świata, mętnie bielały obłoki na niebie, nie spiesząc się, szedł naprzeciw Kuźmie niewysoki chłop z wiadrem w ręku, rozchełstany, bez czapki i w ciężkich butach. — Patrzcie, patrzcie! — drwiąco mówił, przysłuchując się ćwiczeniom. — Ależ się staha! Bodaj mu brzucho pękło! — Kto to się tak stara? — zapytał Kuźma. Chłopek podniósł głowę i stanął. — A panicz! Mówią: już tak siódmy hok — odrzekł wesoło, źle wymawiając literę „r”. — A który to? Ten, co gonił psy? — N-nie, dhugi… To jeszcze nic! Jak czasem zacznie krzyczeć: „Dzisiaj ty, jutho ja…”. Po phostu sthach. — Uczy się pewno? — Dobha nauka! — A tamten drugi co robi? — Tamten? — chłopek, uśmiechając się z powściągliwą ironią, westchnął. — A nic… albo mu to źle? Żahcie ma dobhe, zabawę także samo: Fed'ka rzuca mu buteleczki, a on do nich strzela; czasem odkupi od chłopa bhodę, obetnie ją i nabije do strzelby… Dla śmiechu! Także samo psy: psów tu masa! Jak w niedzielę uderzą we dzwony, a one zawyją całą ghomadą, czysta Sodoma! Tamtego dnia zaghyźli chłopskiego kundla, to chłopy poszli do dwohu! „Dawaj na wiadho wódki i koniec. A nie, to szthejk zahaz zhobimy!”. — No i co, dali? — Jeszcze by nie dali… Da-a-a-dzą, bhatku! Jest tu młynarz… Poszedł phosto do ganku i powiada: „Wiath wieje tehaz od pola, jaśnie panowie!”. No, zhozum co z tego! Panicz z początku się nasthoszył: „Co za wiath?”. „A taki!”, powiada młynarz. „Ja zagadkę dałem, a pan niech pomyślą…”. Od hazu mu, bhacie, objaśnił! Wszystko to powiedziane było jakby niedbale, niby mimochodem, z przerwami, ale z takim jadowitym uśmieszkiem i z tak gardłowym wymawianiem „r” — „od hazu” i „bhat”, że Kuźma uważnie popatrzył na spotkanego. Wygląda na głuptaska, włosy proste, długie, ostrzyżone z grzywką po chłopsku… Twarz niewielka, bez wyrazu, staroruska, jakby suzdalskiej roboty. Buty ogromne, a ciało szczupłe i jakieś drewniane. Oczy pod dużymi, sennymi powiekami — jastrzębie ze złocistym krążkiem w źrenicy; gdy je opuści, zdawałoby się, że to tylko sepleniący głuptas, ale gdy je podniesie — człowiekowi robi się jakby nawet trochę straszno. — Ty co…? W ogrodzie siedzisz? — W ogrodzie. A gdzie mam siedzieć? — Jak się nazywasz? — Ja? Akim… A ty tu po co? — Ja chciałem sad wydzierżawić. — Ot… Zachciało ci się! I Akim, drwiąco potrząsnąwszy głową, poszedł w swoją stronę. Podmuchy wiatru stawały się coraz silniejsze i z jaskrawozielonych drzew spadały krople. Gdzieś nisko za ogrodem głucho rozlegał się grzmot; bladoniebieskie błyskawice rozświetlały aleję, a wszędzie dookoła śpiewały słowiki. I niezrozumiałym się zdawało, jak one mogą tak starannie, w takim zachwyceniu, tak słodko i silnie kląskać i wyciągać trele pod tym ciężkim, ołowianopochmurnym niebem, wśród gęstych, mokrych krzaków i drzew, gnących się od wiatru. Ale trudniej jeszcze było zrozumieć, jak mogą stróże w sadzie spędzać noce na takim wietrze, jak mogą spać na wilgotnej ziemi pod daszkiem przegniłego szałasu! Było ich trzech, a wszyscy — chorzy. Jeden z nich, młody, szczupły, sympatyczny, dawny piekarz, zwolniony zeszłej jesieni za strajk, obecnie włóczęga, który nie zdążył jeszcze zatracić chłopskiego wyglądu, skarżył się na febrę. Drugi, również włóczęga, ale już zawodowy, miał gruźlicę, chociaż mówił, że „nic mu nie jest, tylko trochę go ziębi między łopatkami”. Akim chory był na „kurzą ślepotę” — z anemii zepsuł mu się wzrok i o zmierzchu źle widział. Kiedy Kuźma się zbliżył, piekarz, blady i dobrotliwy, siedział w kucki obok szałasu i, zakasawszy na chudych, słabych rękach rękawy damskiej, watowanej bluzki, płukał w drewnianej czarce proso. Suchotniczy Mitrofan, człowiek niewielkiego wzrostu, barczysty i o ciemnej cerze, podobny był do mieszkańca Dahomeju. Miał na sobie mokre szmaty i buty tak zdeptane i sztywne, że wyglądały jak kopyta starego konia. Stał koło piekarza i uniósłszy ramiona, spoglądał czarnymi, błyszczącymi, rozszerzonymi, lecz bezmyślnymi oczami na jego robotę. Akim przydźwigał wiadro wody i dmuchając, rozpalał ogień w ulepionym z gliny piecyku stojącym przed szałasem. Od czasu do czasu wchodził do budki, wybierał tam pęczki trochę suchszej słomy i znowu wracał do ogniska płonącego pod żelaznym kotłem, skąd rozchodził się zapach dymu. Idąc, ciągle coś mruczał, świszcząco dyszał, uśmiechał się ironicznie, tajemniczo i niedbale z kpinek towarzyszy, a chwilami odcinał się zręcznie i złośliwie. Kuźma, siedząc na wilgotnej ławce obok szałasu, mrużył oczy i wsłuchiwał się w rozmowę i w śpiew słowików. Gdy pod chmurnym niebem drgającym od błyskawic przy głuchych pomrukach grzmotów przelatywał po alei wilgotny wiatr, na Kuźmę sypały się lodowate bryzgi wody. Z głodu i z nadmiaru tytoniu ściskało go w dołku. Zdawało mu się, że jedzenie nigdy się nie dogotuje i nie mógł się pozbyć myśli, iż może on też będzie musiał kiedyś żyć takim zwierzęcym życiem jak ci stróże… Czeka go tylko starość, choroby, samotność i nędza… Bolało go całe ciało, drażniły podmuchy wiatru i dalekie, monotonne grzmoty, irytowały słowiki oraz powolna a niedbale jadowita mowa Akima i jego skrzypiący głos. — Kupiłbyś sobie, Akimuszka, choć paseczek — z udaną prostotą mówił kpiąco piekarz, zapalając papierosa i spoglądając ciągle w stronę Kuźmy, jakby zapraszając go, aby posłuchał odpowiedzi Akima. — Poczekaj tylko — drwiąco i z roztargnieniem odpowiedział Akim, zlewając do czarki białą ciecz z kipiącego kociołka. — Ot, przebędziemy lato u gospodarza, to ci kupię buty „ze schrzypem”. — „Ze schrzypem”! Przecież cię o buty nie proszę. — Ale łazisz w człapakach. I Akim zaczął starannie kosztować łyżką gotujący się płyn. Piekarz stropił się i westchnął: — Nie dla nas buty! — Dajcie spokój — odezwał się Kuźma. — Powiedzcie lepiej, czy to u was tak co dzień: krupnik i krupnik? — A ty czego byś chciał? Hybki może, szyneczki? — zapytał Akim, nie odwracając się i oblizując łyżkę. — Nieźle by było: ot, ósemkę wódeczki, hybki, suma tak ze trzy „chunciki”, szyneczki kawałek, owocowej hehbatki… A to nie jest żaden khupnik, tylko rzadziutka kaszka, khupnik to na przekąskę. — A barszcz albo kartoflankę gotujecie? — Mieliśmy bahszcz, bratku, jeszcze jaki! Jak nim na kundla chlusnąć, to aż z siehści oblezie! — No to kartoflankę… — A kahtofli skąd wziąć? U chłopów, czohtów hogatych, nie można się dokupić! U chłopów to zimą nawet śniegu byś się nie dophosił… Kuźma pokiwał głową. — Pewno z choroby taki jesteś zły! Poleczyłbyś się trochę… Akim, nie odpowiadając, przykucnął przed ogniem. Płomień przygasał, pod kociołkiem widniała tylko garstka drobnych węgielków; w ogrodzie ciemniało a ciemniało; błękitne błyskawice słabo oświetlały twarze podczas podmuchów wiatru, który rozdymał koszulę Akima. Mitrofan, oparty na kiju, siedział obok Kuźmy; piekarz skulił się na pniu pod lipą. Usłyszawszy ostatnie słowa Kuźmy, spoważniał. — Ja myślę — powiedział pokornie i smutno — że to wszystko od Boga. Jak Pan Bóg nie da zdrowia, to żadne dochtory nic nie pomogą. Ot, Akim prawdę mówi: człowiek żyje aż do śmierci. — Doktohy! — podchwycił Akim, wpatrując się w węgle i szczególnie jadowicie wymawiając słowo „doktohy”. — Doktohy, bhatku, myślą o swojej kieszeni. A ja bym mu, takiemu doktohowi, za jego sphawki kiszki wypuścił. — Nie wszyscy myślą tylko o sobie. — No, ja tam wszystkich nie znam. — To nie gadaj, jak nie znasz — surowo powiedział Mitrofan i zwrócił się do piekarza. — Ale i z ciebie ładny kwiat: popatrz, jak się to roztkliwił, niczym sierota kazańska! Gdybyś się jak pies nie walał po ziemi, na pewno by cię tak nie połamało. — Ale przecież ja… — zaczął piekarz. Ale teraz ironiczny spokój opuścił Akima. I, wytrzeszczywszy swe bezmyślne, jastrzębie oczy, skoczył nagle i zawrzeszczał z zapalczywością idioty: — Co? To niby, że ja nie mam gadać? A ty czy byłeś w szpitalu? Byłeś? A ja byłem! Siedem dni tam siedziałem! Myślisz, że mi dużo bułek dał ten twój doktoh, co? Dużo?! — Głupiś — przerwał Mitrofan — bułki się nie każdemu należą: to jak w jakiej chorobie! — A jakże! Jak w jakiej chohobie! Bodaj się udławił tymi bułkami, bodaj mu brzucho trzasło! — wykrzykiwał Akim. I rozglądając się z wściekłością, cisnął łyżkę w „rzadziutką kaszkę” i poszedł do szałasu. Oddychając świszcząco, zapalił lampkę i w budce zrobiło się przytulniej. Potem wyciągnął gdzieś spod dachu łyżki i rzuciwszy je na stół, krzyknął: „Nieście już raz ten khupnik… Czy jak!”. Piekarz wstał i poszedł po kociołek. „Prosimy pokornie”, rzekł, przechodząc obok Kuźmy. Ale Kuźmie nieprzyjemnie było jeść razem z Akimem. Poprosił o chleb, grubo go posolił i żując z apetytem, znów powrócił na ławkę. Zrobiło się zupełnie ciemno. Bladoniebieski blask coraz szerzej, coraz częściej i jaskrawiej oświecał szumiące drzewa, jakby go wiatr rozdmuchiwał, a przy każdej błyskawicy martwozielone listowie na chwilę występowało wyraźnie niby w biały dzień, po czym znowu zalewała je grobowa ciemność. Słowiki umilkły; tylko jeden nad samym szałasem silnie i słodko kląskał i trelował. A w budce przy lampce już znowu płynęła spokojna ironiczna rozmowa. „Nawet nie zapytali, kto jestem i skąd?”, myślał Kuźma. „Ależ ludzie, bodaj przepadli!”. I żartobliwie krzyknął w głąb szałasu: — Akim, a tyś nawet nie zapytał, kto ja jestem i skąd przyjeżdżam? — A na kiego diabła tyś mi potrzebny? — odpowiedział Akim obojętnie. — Ja go tu o co innego pytam — rozległ się głos piekarza. — Ile to on myśli, że od Dumy ziemi dostanie? Jak myślisz, Akimuszka, co? — Ja niepiśmienny — powiedział Akim. — Ty, jak na zwyczajny gnój popatrzysz, to już wszystko wiesz… I widocznie piekarz znowu się zmieszał. Przez chwilę panowało milczenie. — To on do nas pije — przemówił Mitrofan. — Opowiadałem kiedyś, że w Rostowie biedny naród, proletariat znaczy, zimą ratuje się w nawozie… — Wychodzą za miasto — wesoło podchwycił Akim — i dalej: do nawozu! Zakopią się jak świnie i po krzyku! — Dureń! — odciął Mitrofan tak surowo, że Kuźma się odwrócił. — Bałwan ślepy, bydlak! Jak cię bieda przyciśnie, to sam także się zakopiesz. Akim, opuściwszy łyżkę, sennie popatrzył na niego. I nagle z tą samą niespodzianą zapalczywością otworzył swe puste, jastrzębie oczy i z wściekłością krzyknął: — Aha, bieda! Zachciało ci się, widać, na godziny phacować! — A czemu nie? — równie wściekle krzyknął i Mitrofan, rozdymając swe dahomejskie nozdrza i wbijając błyszczące oczy w Akima. — Lepiej dobę za dwadzieścia kopiejek? — A! A ty byś chciał godzinę za hubla? Och, jaki chciwy, bodaj ci brzucho trzasło! Lecz kłótnia równie szybko ścichła, jak rozgorzała. Po chwili Mitrofan mówił już spokojnie, parząc się krupnikiem. — Niby to on sam nie chciwy! Przecie ten czort piekielny za kopiejkę powiesiłby się na ołtarzu. Dacie wiarę, że żonę za siedemdziesiąt pięć kopiejek sprzedał! Jak Boga kocham, nie żartuję. U nas, w Lipiecku, jest taki staruszek, nazywa się Pankow, przedtem także zajmował się ogrodem, ale teraz nic już nie robi i bardzo lubi takie rzeczy… — To Akim także spod Lipiecka? — przerwał Kuźma. — Ze Studienki, ze wsi — obojętnie powiedział Akim, jakby to nie o nim była mowa. — Tak, tak — potwierdził Mitrofan. — Najprawdziwszy chłop. Mieszka przy bracie, ziemię i dom mają wspólnie, ale on coś tak jakby niedojda, a żona, naturalnie, już od niego uciekła. I dlaczego? Właśnie dla tego samego: umówił się z Pankowem, że go zamiast siebie za siedemdziesiąt pięć kopiejek wpuści do komory. No i wpuścił. Akim milczał, postukując łyżką po stole i patrząc w lampkę. Najadł się już, obtarł usta i teraz o czymś myślał. — Łatwiej zełgać, jak ohać, bhatku — rzekł na koniec. — A jak nawet puściłem, to co: wylinieje baba od tego? I oczekując odpowiedzi, wyszczerzył zęby w uśmiechu, podniósł brwi i jego radosna, a zarazem smutna suzdalska twarzyczka pokryła się głębokimi, jakby drewnianymi zmarszczkami. — Ot, jakbym go ze strzelby!… — rzekł szczególnie skrzypiąco i sepleniąco. — Ażby się nogami zakhył! — O kim to mówisz? — spytał Kuźma. — A o słowiku… O tym nad budką… Kuźma zacisnął zęby i zastanowiwszy się, rzekł: — Ot, ścierwo chłop. Zwierzę… — Pocałuj mnie w d…ę — odciął się Akim i czknąwszy, wstał. — Na co ogień po phóżnicy palić? Mitrofan zaczął skręcać papierosa, piekarz zbierał łyżki, on zaś wylazł zza stołu, odwrócił się tyłem do lampki i pośpiesznie przeżegnawszy się trzy razy, z rozmachem pokłonił się w stronę ciemnego kąta szałasu, potrząsnął lnianymi prostymi włosami i podniósłszy twarz, zaszeptał modlitwę. Cień jego upadł i przełamał się na jakichś drewnianych skrzyniach, a on sam wydawał się jeszcze mniejszy niż przedtem. Kuźma przypomniał sobie, jak kiedyś stawał na komisji: wezwano pięciuset ludzi, choć potrzebnych było tylko stu dwudziestu. Wyciągnął numer czterysta dziewięćdziesiąty drugi — a jednak o mało co nie był zmuszony do rozebrania się, gdyż bardzo przebierano między tymi nagimi podrostkami, podobnymi do gołych wróbli dzięki rękom cienkim jak linki i dużym, wypiętym brzuchom. Akim znowu pośpiesznie się przeżegnał i z rozmachem schylił w pokłonie, a Kuźma spojrzał na niego już teraz z nienawiścią. Taki Akim modli się — a spróbuj go zapytać, czy wierzy w Boga! Te jastrzębie oczy wylazłyby mu z orbit! Jemu się przecież zdaje, że nikt na świecie nie wierzy tak jak on. Do głębi duszy przekonany jest, że dla przypodobania się Bogu (i żeby ludzie nie osądzili) trzeba surowo, jak najsurowiej wypełniać nawet najmniejszą rzecz z tego, co ustanowiono w stosunku do cerkwi, do postów, do świąt i do dobrych uczynków. Wierzy, że dla zbawienia duszy — przecież nie z dobroci, naturalnie! — bezwzględnie trzeba wszystko to wypełniać: palić świece, w poście jeść rybki na oleju, a w święta — świętować i dogadzać popowi kurką i pierogami… A wszyscy głęboko są przekonani, że Akim to człowiek prawdziwie wierzący, chociaż przez całe swoje życie nie pomyślał, co to właściwie jest Bóg, jak nigdy nie myślał ani o niebie, ani o ziemi, ani o narodzeniu, ani o śmierci… Po cóż ma myśleć! Inni to już za niego obmyślili! On ma na wszystko odpowiedzi, odpowiedzi ostateczne, przygotowane dlań już od tysięcy lat. Wie przecież, że w niebie jest raj, są anioły i sprawiedliwi, w piekle — diabły i grzesznicy, a na ziemi — ludzie, którzy orzą, budują, handlują, dorabiają się pieniędzy, żenią się i żyją dla swojej przyjemności… Nie wszyscy, naturalnie, nie wszyscy, ale na to nie ma rady… „Każdy jednak powinien do tego dążyć, a kiedy przyjdzie jego czas, Akim też pokaże, co umie!”, pomyślał Kuźma, jak zawsze ze zdumieniem przypominając sobie pogromy. A tajemnica narodzin i śmierci — to nie jego rzecz. Po narodzeniu powinni dziecko przeżegnać, i to po naszemu, po rosyjsku, a nie po psiemu, po turecku, albo po francusku. Umierając, koniecznie trzeba przystąpić do komunii, inaczej nie wykręcisz się od piekła, a najlepiej — przyjąć ostatnie namaszczenie. Ot i wszystko. Są jeszcze na ziemi owady, kwiaty, rośliny, ptaki, zwierzęta… Ale Akim ani myśli zniżyć się do kwiatów lub owadów — rozgniata je po prostu. Z roślin uznaje tylko te, które przynoszą owoce lub jagody i służą jako pasza. Ptaki latają, śpiewają i najmilsza rozrywka to strzelanie do tych, które się nadają do zjedzenia, a zabijanie pozostałych dla zabawy. Dzikie zwierzęta należy wszystkie do ostatniego wytępić, a z domowymi postępować rozmaicie: własne — tuczyć na pożytek sobie, a obcym i starym wybijać oczy lub łamać nogi… „I co mu do tego” — z udręką myślał Kuźma — „co mu do tego, jeżeli sam nie gospodaruje, że od tygodnia leje deszcz, pada grad, huczy grzmot, migają błyskawice… Że może oświecają one teraz martwą, siną twarzyczkę w ciemnej izbie pełnej much, w której śpi ta ślepa dziewczyna…” Wydawało się Kuźmie, że z miasta wyjechał już chyba rok temu i że teraz nie będzie mógł się tam dostać z powrotem. Ciążyła mokra czapka, a nogi, ściśnięte brudnymi butami, głucho bolały. Twarz przez dzień spierzchła na wietrze i piekła go teraz. Ciało było rozbite i obolałe od wózka, niewygody i pragnęło odpoczynku. Ale spać — nie, na pewno nie uśnie. Podniósłszy się z ławki, Kuźma poszedł pod pachnący wilgocią wiatr do bramy wiodącej na pole, w stronę pustki od dawna nieużywanego cmentarza. Z szałasu padało na błoto słabe światło, ale gdy tylko Kuźma oddalił się, Akim zdmuchnął lampę, światło znikło i od razu zrobiła się noc. Niebieskawa błyskawica mignęła jeszcze mocniej i niespodziewaniej, rozdarła niebo i ukazała całą głąb sadu aż do najbardziej oddalonych jabłoni, gdzie stała łaźnia, a potem wszystko pogrążyło się nagle w taką czarność, że Kuźmie aż się w głowie zakręciło. Znowu gdzieś nisko zahuczał daleki, głuchy grzmot, a poprzez szum drzew i łoskot słychać było urywany jazgot i szczekanie: gryzły się między sobą psy, rozdzierające za sadem zdechłą krowę. Postawszy chwilę i rozeznawszy w ciemnościach mętny prześwit w prostokącie bramy, Kuźma wyszedł na drogę przylegającą do wału, minął szumiące, stare lipy i zaczął z wolna chodzić tam i z powrotem. Na czapkę i na ręce znowu posypał mu się deszcz, ale Kuźma postanowił koniecznie dosnuć myśl do końca. Nagle znów rozdarły się głębokie ciemności, zamigotały krople deszczu i na pustej płaszczyźnie ukazał się w martwym, błękitnawym świetle zarys konia o chudej szyi. Na tle czarnym jak atrament błysnęło w oddali i znikło blade, metalicznie zielone pole owsa, a koń podniósł głowę — i nagle Kuźmie zrobiło się straszno. Koń wprawdzie natychmiast znikł w ciemnościach, ale Kuźmie przebiegło przez myśl pytanie, czyja by to mogła być szkapa? Czemu nie ma związanych nóg? Czemu wałęsa się bez opieki? I zawrócił do bramy. W rowie pod wałem, pośród pokrzyw i łopuchów ktoś ryczał czy też chrapał. Potykając się, wyciągając przed siebie ręce jak ślepiec, Kuźma zbliżył się do rynsztoka. — Kto tu? — krzyknął. Ale silne, zachłystujące się chrapanie śmiertelnie pijanego człowieka nie ustawało. Zresztą wszystko dookoła spało głębokim snem. Błyskawice gasły, drzewa senne, niewidoczne w ciemnościach szumiały głucho i ponuro w potokach wzmagającego się deszczu… Gdy Kuźma po omacku przedostał się wreszcie do łaźni, deszcz lunął na ziemię z taką siłą, że obudził (jak kiedyś w dzieciństwie) przerażające myśli o potopie… Kuźma potarł zapałkę, zobaczył w kącie pod oknem szerokie nary i, zwinąwszy kapotę, rzucił ją na legowisko. Po ciemku wlazł na tapczan i z głębokim westchnieniem rozciągnął się na nim, układając się na wznak jak starzec i zamykając zmęczone oczy. Boże wielki, cóż to za bezsensowna i ciężka podróż! W jaki sposób dostał się tutaj? We dworze teraz także jest ciemno i w zwierciadłach odbijają się jakby ukradkiem przelotne błyskawice… Akim śpi w szałasie pod ulewnym deszczem… A w tej łaźni z pewnością nie raz widziano diabła; ciekawe, czy też Akim wierzy chociażby w diabła tak, jak należy…? Nie. Przez tysiące lat wierzyli w niego i Akim wiarę tę odziedziczył. Ale, choć nie wierzy, opowiada z przeświadczeniem o tym, jak jego nieboszczyk dziad — koniecznie dziad i koniecznie nieboszczyk! — poszedł kiedyś do szopy po paszę, a tu diabeł siedzi sobie na sieczkarni, nóżki splótł, a kudłaty niby pies… Kuźma, wysunąwszy kolano, przycisnął dłoń do czoła i wzdychając tęsknie, zaczął drzemać… ------------------------------------------------ Lato spędził w oczekiwaniu zajęcia. Nocą w kazakowskim ogrodzie zrozumiał, jak głupie były marzenia o dzierżawie sadów. Po powrocie do miasta zastanowił się dokładnie nad swoim położeniem i zaczął szukać posady subiekta albo pisarza; później zgodziłby się był i na byle co, aby mieć tylko kawałek chleba. Lecz poszukiwania, wysiłki, prośby na nic się nie zdały. Wówczas ogarnęła go rozpacz — jakżeż mógł dotychczas nie wiedzieć, że nie powinien mieć nawet nadziei! W mieście od dawna uchodził za wielkiego dziwaka. Pijaństwo i próżniactwo zrobiły z niego pośmiewisko. Życie jego początkowo dziwiło miasto, potem zaczęło wydawać się podejrzane. Bo rzeczywiście: gdzie to widziano, żeby człowiek w jego wieku mieszkał w zajeździe, był nieżonaty i goły jak święty turecki, a w całym majątku miał kuferek i ciężki, stary parasol! Kuźma zaczął spoglądać w lusterko; co też to w rzeczy samej za człowiek z niego? Nocuje w „ogólnym numerze”, pośród obcych wyjeżdżających i przyjeżdżających ludzi; z rana wlecze się w upale na rynek, łazi po szynkach, gdzie stara się dowiedzieć czegoś o wolnych posadach, po obiedzie śpi, potem siedzi przy oknie i czyta Kostomarowa, spogląda na zakurzoną białą ulicę i bladoniebieskie upalne niebo… Dla kogo i po co żyje ten mieszczanin o szerokich kościach, chudy i posiwiały z głodu i ciężkich myśli, który sam siebie nazywa anarchistą, ale nie potrafi dokładnie objaśnić, co to znaczy? Siedzi, czyta, czasem westchnie, przejdzie się po pokoju, przykucnie, otworzy swój kuferek, porządniej ułoży rozsypane książki i rękopisy, dwie lub trzy spłowiałe koszule, stary surdut o długich połach, kamizelkę i zatartą metrykę… A potem opuszcza ręce. Po co to wszystko? Jakież ubóstwo i samotność! A jaka przyszłość go czeka — strach pomyśleć! Tichon jest bezdzietny i bogaty, ale nawet na pogrzeb nie dałby ani grosza… Lato ciągnęło się beznadziejnie. Dumę rozwiązano, ale to nie zmieniło jednostajności upalnych, długich dni. Oczekiwano wprawdzie wielkiego buntu na wsi, ale nikt się nawet nie zdziwił, kiedy nic wielkiego się nie stało. Urządzano znowu okrutne pogromy Żydów, codziennie zdarzały się nowe egzekucje i rozstrzelania, ale miasto przestało się nimi interesować. W powiecie po majątkach panowała obawa, zwłaszcza po owym osławionym dniu, gdy na skutek czyjegoś „rozporządzenia” chłopi się zbuntowali. Ale co może miasto obchodzić powiat? Przysłano jeszcze setkę kozaków. Miejscową gazetkę skonfiskowano trzy razy i na koniec wydawnictwo zamknięto, a sprzedaży pism stołecznych zabroniono. Na afiszach znowu zaczęto drukować: „Z pozwolenia władz przejazdem przez tutejsze miasto…”. Afisze teraz także zrobiły się jakieś marne: przyjechali Małorosjanie, kuszący do pójścia na „sławny historyczny dramat Taras Bulba, zabójca swego rodzonego syna…'' („Udział bierze cała trupa”), obiecujący „trepaka, wspaniałe kostiumy” i „bezpłatne podarunki” w postaci mlecznej krowy i serwisu do herbaty „wartości 75 rubli”. Zjawili się szybkobiegacze i wróżbiarze, jacyś szachraje pokazujący ludzkie potworności: zrośnięte bliźnięta, brodatą kobietę, czternastopudową dziewczynę, „cud XX wieku — żywe straszydło złapane w Morzu Czerwonym”, na wpół zdechłe, leżące w blaszanej wannie za perkalową firanką… — Przeklęty dzień mojego urodzenia w tym po trzykroć przeklętym kraju! — mówił niekiedy Kuźma, rzucając gazetę na stół, przymykając oczy i zaciskając zęby. — Na cały świat trzeba by krzyczeć: „Ratujcie, kto w Boga wierzy!”. — Czekaj, już ty się dokrzyczysz! — odpowiadano mu spokojnie i rozmowa przechodziła na urodzaj lub suszę, a Kuźma milknął; zdarzenia były tak okropne, że wrażliwość ludzka tępiała. W powiecie z rzadka padały deszcze, ale w mieście od samego maja do sierpnia panowała piekielna susza. Narożny dom zajezdny piekł się w słońcu. Nocami z braku powietrza krew uderzała do głowy i budził każdy dźwięk za otwartymi oknami; na sianie zaś nie dawały spać pchły, pianie młodych kogutów i woń gnojówki. Palić także zakazano: gospodarz był tęgi, słaby i nerwowy jak stara baba… Przez całe lato Kuźma nie tracił nadziei, że pojedzie do Woroneża. Ach, jakże nie umiał cenić dni swej młodości! Gdyby chociaż od pociągu do pociągu mógł teraz pochodzić po ulicach Woroneża, popatrzeć na znajome topole, na ten niebieski domek za miastem… Ale po co? Wydać dziesięć czy piętnaście rubli, a potem odmawiać sobie świeczki lub bułki? I przy tym wstyd staremu oddawać się miłosnym wspomnieniom! A co do Kłaszy… Jeszcze pytanie, czy to jego córka… Widział ją dwa lata temu — siedziała przy oknie, plotła koronki, wygląd miała miły i skromny, ale podobna była tylko do matki… Co jej powie, jeżeli nawet odważy się do niej wstąpić? Jakim wzrokiem popatrzy na starca, Iwana Siemionycza? I czas płynął niewypowiedzianie nudno. Nie było nawet przyjezdnych. Przez cały lipiec zatrzymał się tylko parę razy jakiś młody diak, dziwaczny jak każdy seminarzysta. Zjawił się u niego w odwiedziny jego krewny, ale odszedł z niczym: diak był na targu, a zamiast nazwiska swego — Krasnobajew — napisał na desce obce i po łacinie: Benediktow… Jesienią Kuźma przyszedł do przekonania, że albo musi bezwarunkowo pójść na pielgrzymkę do świętych miejsc, do któregokolwiek klasztoru, albo machnąć ręką i komuś na złość zacząć pić na nowo… Pewnego razu, otworzywszy kuferek, znalazł Spowiedź Tołstoja i przeczytał napis ołówkiem, skreślony po pijanemu jeszcze u Kasatkina: „Nie można wszystkich odzwyczaić od wódki”. Ze dwa miesiące temu byłby się tylko skrzywił — głupia uwaga! — teraz zaś uśmiechnął się i pomyślał: „Czy by nie rzucić tego wszystkiego do ciężkiej cholery, nie przepuścić wszystkiego do ostatka, a potem przejechać sobie brzytwą po gardle?” Nadchodziła jesień. Na rynku pachniały już jabłka i śliwki. Powrócili też uczniowie do gimnazjum… Zaczęły się wyścigi. Słońce zachodziło za Szczepnym Placem; po wyjściu wieczorem z bramy i po skręceniu za róg można było oślepnąć. Na lewo cała ulica, kończąca się w oddali placem, zalana była niskim, jednostajnym blaskiem. Ogrody za parkanami stały w kurzu i w pajęczynie „babiego lata”. Naprzeciw idzie Połozow w narzutce, lecz kapelusz zamienił już na czapkę z bączkiem. W miejskim parku — ani żywego ducha. Muszla, w której grała orkiestra, zabita deskami; zamknięto kiosk, gdzie latem sprzedawano kumys i lemoniadę; zamknięto drewniany bufet. I kiedyś, siedząc obok tej muszli, Kuźma poddał się takiej beznadziejnej rozpaczy, że nie na żarty pomyślał o samobójstwie. Słońce zachodziło, blask jego stał się czerwonawy, na aleję padało drobne, różowe listowie, dął zimny wiatr. W soborze dzwoniono na nieszpory i w takt tych głębokich sobotnich dźwięków duszę ogarniała nieznośna, ssąca tęsknota. Nagle gdzieś spod muszli rozległ się kaszel, postękiwanie. „Mot'ka”, pomyślał Kuźma. I rzeczywiście, spod schodków w wylazł Motia-Kacza-Główka. Miał na sobie wyrudziałe żołnierskie buty, bardzo długi gimnazjalny mundur, cały obsypany mąką — widocznie rynek urządził sobie zabawę — a na głowie słomiany kapelusz, po którym widać niejednokrotnie przejechały koła. Nie otwierając oczu, plując i chwiejąc się po pijanemu, przeszedł, nie prosząc nawet o papierosa. Hamując łzy, Kuźma zawołał go: — Mot'! Chodź no, pogadamy, zapalimy sobie… Mot'ka zawrócił, siadł na ławce i wznosząc wysoko brwi, zaczął sennie zwijać papierosa; ale zdaje się, że nie bardzo zdawał sobie z tego sprawę, kto siedzi obok niego, kto skarży mu się na los… A nazajutrz ten sam Mot'ka przyniósł Kuźmie kartkę od Tichona. I pętla dusząca Kuźmę nagle została zerwana. W końcu września Kuźma przeniósł się do Durnowki. III Durnowska posiadłość miała charakter chutoru. Dawniej tak ją nawet nazywano: chutor. Rodzina Durnowo posiadała kilka majątków, a mieszkała w głównym, w Zuszy. Afanasy Iljicz, ten sam, który zaszczuł Cygana, z rzadka tylko, wracając z polowania, zajeżdżał do Durnowki. Był on marszałkiem szlachty i nie miał czasu na zajmowanie się majątkami: całe życie urządzał obiady, pił xeres w klubie i sławny był ze swej otyłości, z apetytu, z dźwięcznego szeptu (miał protezę — srebrne gardło), ze szczodrości, z dowcipów i z roztargnienia. Syn jego, ułan, noszący imię dziada, równie rzadko zaglądał do Durnowki. Ułan uchodził jeszcze za bogatego ziemianina. Po przejściu w stan nieczynny postanowił zdobyć miliony i pokazać, jak należy gospodarować. Jednakże jeździć w pole nie lubił, a poza tym niszczyła go namiętność do zakupów: kupował nieomal wszystko, na co padało jego spojrzenie. Rujnowały go także wyjazdy do Moskwy i kochliwość… Syn jego, który nawet liceum nie skończył, odziedziczył już tylko dwa chutory: Łauchino i Durnowkę. Zniszczył je do tego stopnia, że w ostatnim roku jego pobytu stróżem w Durnowce była stara kucharka, chodząca po nocy z kołatką, otulona w zrudziałą cybetową szubę… „Cóż”, pomyślał Kuźma, do łez ucieszywszy się propozycją Tichona, ale głęboko ukrywając swą radość. „Chutor? Niech będzie chutor! Może to i naprawdę lepiej: przynajmniej kąt zapadły, dzicz zupełna!”. Kiedyś Ilja Mironow mieszkał w Durnowce przez dwa lata. Kuźma był wtedy jeszcze dzieckiem; pozostały mu tylko w pamięci ciemnozielone, pachnące zagony konopi, w których tonęła Durnowka, i pewna czarna noc letnia… We wsi nie było wówczas ani jednego światła, a obok ich chaty przechodziło, bielejąc w ciemności koszulami, „dziewięć dziewczyn, dziewięć bab, a dziesiąta — wdowa”; wszystkie bose, o prostych włosach, z miotłami, dębczakami, widłami… Ogłuszający był hałas i stuk uderzeń w blaszane drzwiczki pieców i w patelnie, a zgiełk ten pokrywała chóralna dzika pieśń. Wdowa ciągnęła pług, obok niej szła dziewczyna z dużą ikoną, a reszta dzwoniła i stukała… Kiedy wdowa niskim głosem zawodziła: „Ty krowia śmierci, nie wchodź do naszej wsi!”, chór przeciągle, jak na pogrzebie, podchwytywał: „Orzemy, orzemy…” i smętnie, gardłowo ciągnął: „Z kadzidłem, z krzyżem…”. Teraz durnowskie pola miały wygląd codzienny. Znikły zagony konopi, a jesień spustoszyła pola, sady i opłotki. Kuźma jechał z Worgołu wesoły i z lekka podchmielony; Tichon Iljicz ugościł go przy obiedzie nalewką, a Nastasja Pietrowna — przy poobiedniej herbacie — dwoma rodzajami konfitur. Tichon Iljicz był tego dnia bardzo łagodny, wspominał dni młodości i dzieciństwa, kiedy to jadali gryczane placki, pohukiwali za „Psim pistoletem” i uczyli się u Biełkina. Żonę nazywał ciotunią, podrwiwał z jej świętobliwych pielgrzymek do mniszki Półkarpii, a mówiąc o wynagrodzeniu Kuźmy, powiedział: „Porachujemy się braciszku, porachujemy… Nie skrzywdzę…”. O rewolucji krótko rzekł: „Jakby ptak za wcześnie nie zaśpiewał, to by go kot nie pożarł!”. Kuźma jechał na burym mierzynie; wokoło rozciągało się morze suchych, rudych pastwisk. Słońce prawie letnie, przezroczyste powietrze i jasne, bladoniebieskie niebo radowały i obiecywały długi spokój. Tak dużo było siwego, poskręcanego piołunu, wydartego wraz z korzeniami przez pługi, że go wywożono wozami. Pod samym domem pasła się szkapina z ostami zaplątanymi w grzywie i stał wóz wysoko naładowany piołunem, a obok leżał Jakow — bosy, w krótkich, zakurzonych butach i w długiej, zgrzebnej koszuli. Przycisnąwszy bokiem wielkiego, szarego psa, trzymał go za ucho, a pies wył i spoglądał zezem. — Gryzie? — krzyknął Kuźma. — Zły, aż strach! — śpiesznie odezwał się Jakow, podnosząc swą krzywą bródkę. — Do mordy koniom skacze… Kuźma roześmiał się z zadowoleniem: ot, prawdziwy chłop, prawdziwy step! Droga szła po pochyłości i horyzont się zwężał. W oddali zieleniał nowy, żelazny dach spichrza, zdający się tonąć w głuchym, niskopiennym sadzie. Za sadem, na przeciwległym skłonie górki stał długi rząd krytych słomą chat z niewypalanych cegieł. Na prawo za pastwiskami ciągnął się duży parów, łączący się z tym, który oddzielał dwór od wsi. W miejscu, gdzie się parowy schodziły, błyszczał w słońcu staw, a na wąskim skrawku między nimi sterczały skrzydła dwóch wiatraków, otoczonych kilkoma chatami jednodworców — „tych z Cypla”, jak mówił o nich Oska; na wygonie bielał budynek szkoły, pomalowany kredą. — A cóż dzieciaki… Uczą się…? — Wiadomo… — powiedział Oska. — Ucznia mają, że no!… — Jak to ucznia? Chyba nauczyciela? — No, wszystko jedno, niech mu będzie nauczyciel. Wyuczył bachory, że lepiej nie potrzeba. To żołnierz: wali, nie pyta, ale jaki ma porządek! Zajechaliśmy jakoś z Tichonem Iljiczem, a tu jak nie skoczą wszystkie razem, jak nie wrzasną: „Zdrowia życzymy!”. Niczym żołnierze! I Kuźma znowu się zaśmiał. A kiedy przejechali obok gumna, ubitą drogą minęli wiśniowy sad i skręcili na lewo w długie podwórze, już nieco wyschłe i złocące się w słońcu, aż serce w jadącym zabiło: oto na koniec jest w domu. I wszedłszy na ganek, przestąpiwszy próg, Kuźma westchnął i nisko pokłonił się przed ciemną ikoną w kącie przedpokoju… Przez dłuższy czas przestał się zastanawiać nad tym, czy rosyjski naród ma przyszłość czy też jej nie ma. Chodził po folwarku, po wsi, godzinami przesiadywał na progach chat i stodół, przyglądając się mieszkańcom Durnowki, rozkoszując się możnością oddychania czystym powietrzem i gawędzenia z nowymi sąsiadami. Naprzeciwko domu, tyłem do Durnowki, odwrócone do szerokiego parowu stały spichrze. Z ganku widać było połowę wsi, a za spichrzami — staw i część cypla: wiatrak i szkołę. Słońce wschodziło na lewo za polami, za koleją na horyzoncie. Rankami staw świecił się w jasnych, świeżych oparach, a z sadu za domem ciągnął zapach czerwonych i czarnych liści, jabłek, chwastów i rosy. Pokoje były małe i puste. W gabinecie, wytapetowanym nutami, usypane było żyto, w „salonie” i w „bawialni” stało tylko kilka wiedeńskich krzeseł z podartymi siedzeniami i duży, rozsuwany stół. Okna bawialni wychodziły na ogród i prawie przez całą jesień Kuźma, nie zamykając ich, nocował tam na wygniecionej kanapie. Podłóg nigdy nie zamiatano. W roli kucharki czasowo mieszkała u niego wdowa jednodwórka, dawna kochanka młodego Durnowo, która musiała i swoje dzieci oporządzić, i co nieco ugotować sobie oraz Kuźmie z parobkiem. Kuźma sam nastawiał z rana samowar, a potem siedział pod oknem w salonie i pił herbatę z jabłkami. W porannym blasku za jasnym oparem nad pastwiskami przejeżdżał z rana pociąg, a nad nim biegły wstecz różowe kłęby. Gęsto dymiły we wsi chaty. Sad woniał świeżością, na spichrzach leżał srebrzysty szron. W południe słońce stało nad wsią, na dworze było gorąco, a w ogrodzie czerwieniały klony i lipy, cicho roniąc liście. I przezroczyste, suche powietrze pól, i rozległa dal pełne były ciszy i spokoju. Ogrzane przez słońce gołębie cały dzień spały na pochyłości dachu nad kuchnią, żółcącego się nową słomą na jasnym szafirowym niebie. Parobek odpoczywał po obiedzie, jednodwórka szła do domu, a Kuźma wałęsał się dookoła lub szedł na gumno, ciesząc się słońcem, twardą drogą, wyschłymi chwastami, zszarzałymi łopuchami, miłym niebieskim kolorem późnej cykorii i latającym w powietrzu puchem ostromlecza. Pastwiska w polu połyskiwały w słońcu jedwabistymi sieciami ledwo widocznej pajęczyny, osnuwającej je nieskończenie daleko. W ogrodach, na wyschłych badylach siedziały szczygły. Na gumnie w głębokiej ciszy, w słonecznym żarze zawzięcie grały świerszcze… Z gumna Kuźma przechodził przez wał i wracał do domu ogrodem przez jodłowy lasek. W sadzie gawędził z mieszczanami, dzierżawiącymi ogród, z Młodą i z Kozą, które zbierały spadłe owoce, właził za nimi w gęstwinę pokrzyw, gdzie leżały najdojrzalsze jabłka. Niekiedy chodził do wsi, do szkoły… Odmłodniał, opalił się i był prawie szczęśliwy. Koza zadziwiała go swym zdrowiem, wesołą tępotą, bezmyślnie błyszczącymi, egipskimi oczami. Młoda była ładna, ale dziwna: w obecności i jego, i Tichona nic nie mówi, słowa z niej nie można wydostać, a gdy odejdą — śmieje się przenikliwie, droczy się z sadownikami lub niespodzianie śpiewa: Niech mnie biją, niech gadają, Moje oczki wciąż mrugają… Żołnierz-nauczyciel, głupi z natury, w służbie zgłupiał do reszty. Z wyglądu był to zupełnie zwyczajny chłop lat około czterdziestu. Ale mówił zawsze tak niezwyczajnie i gadał takie bzdury, że można było tylko ręką machnąć. Z najwyższą przebiegłością uśmiechał się stale z jakichś nieznanych przyczyn, zmrużonymi oczami patrzał na rozmówcę pobłażliwie, a na pytania nigdy nie odpowiadał od razu. — Jak się nazywasz? — zapytał go Kuźma, po raz pierwszy wstąpiwszy do szkoły. Żołnierz zmrużył oczy i pomyślał. — Owieczka i baran także imienia nie mają — rzekł na koniec, nie śpiesząc się. — Ale i ja pana coś zapytam także samo: Adam to jest imię czy nie? — No jest… — Właśnie. A, na ten przykład, ile ludzi od tej pory umarło? — Nie wiem — odpowiedział Kuźma. — A dlaczego pytasz? — A dlatego, że my nigdy w życiu tego nie zrozumiemy. Weźmy chociażby takiego, co naród burzy. Buntujesz? Buntuj, kochanku, może będziesz marszałkiem! Albo też doskonale cię rozciągną bez portek dla egzekucji! Jeśliś chłop, to do roli; bednarz, znaj swoją robotę! Ja, na ten przykład, żołnierz jestem i konował. Idę sobie niedawno po jarmarku, patrzę, a tu koń z sapem. Ja zaraz do strażnika: tak i tak, wasza wielmożność. „A potrafisz tego konia piórem zarżnąć?”. „Z miłą chęcią”. — Jakim piórem?! — zapytał Kuźma. — A gęsim. Wziąłem, zaostrzyłem, wepchnąłem w żyłę, dmuchnąłem kapkę, niby w pióro! I gotowe. Myślałby kto, że łatwo, a zrób to! Żołnierz chytrze mrugnął i stuknął się palcem w czoło: — Jeszcze tu coś jest! Kuźma wzruszył ramionami i umilkł. A dopiero przechodząc obok chaty swojej kucharki, dowiedział się od jej syna, Sien'ki, imienia żołnierza. Okazało się, że mu było Parmien. — A co macie zadane na jutro? — dodał Kuźma, z ciekawością patrząc na ogniste włosy Sien'ki, na jego żywe, zielone oczy, bladą twarz, szczupłe ciałko i popękane z brudu ręce i nogi. — Zadania, wiersze — powiedział Sien'ka, podtrzymując prawą ręką wzniesioną nogę i skacząc w jednym miejscu. — Jakie zadania? — Zliczyć gęsi. Leciało stado gęsi… — A, wiem — powiedział Kuźma. — A co jeszcze? — I myszy… — Także policzyć? — Tak… Szło sześć myszy, niosło po sześć groszy… — prędko zamamrotał Sien'ka, patrząc z ukosa na srebrny łańcuszek od zegarka Kuźmy. — Jedna mysz słabsza, gorsza niosła pół grosza… Ile będzie razem…? — Doskonale. A jakie wiersze? Sien'ka puścił nogę. — Wiersze? — Kto on? — A umiesz? — Umiem… — No? I Sien'ka jeszcze prędzej zatrzepał o jeźdźcu, jadącym nad Newą lasami, gdzie była tylko: „jodła, sosna i mech śrybny…”. — Srebrny — powiedział Kuźma — a nie śrybny. — Niech będzie śrebny — zgodził się Sien'ka. — A ten jeździec to kto…? Sien'ka pomyślał. — No, czarownik przecie — odrzekł. — Ta-a-a-k. No, powiedz matce, żeby ci choć pejsy obcięła. Przecież to dla ciebie gorzej, jak nauczyciel ma za co drzeć. — E, to on za uszy złapie! — niefrasobliwie powiedział Sien'ka, chwytając się znowu za nogę, i zaczął skakać po wygonie. ------------------------------------------------ Cypel i Durnowka, jak to zawsze bywa z sąsiadującymi wsiami, żyły ze sobą w wiecznej niezgodzie i wzajemnej pogardzie. Mieszkańcy Cypla uważali tamtych z Durnowki za rozbójników i żebraków, a Durnowcy mówili to samo o „tych z Cypla”. Durnowka była, „pańska”, a na Cyplu mieszkali „biedaki” jednodworcy, a raczej resztki tych spośród nich, którzy się przesiedlili do guberni tomskiej. Tylko jednodwórka-kucharka trzymała się z dala od awantur i kłótni. Niewysoka, chuda, schludna, żwawa i równa, spostrzegawcza była i przyjemna w zachowaniu. Każdą rodzinę i na Cyplu, i w Durnowce znała jak swoją własną i pierwsza zawiadamiała dwór o wszystkich, choćby najmniejszych, zdarzeniach we wsi. Jej życie również wszyscy znali doskonale. Zresztą niczego przed nikim nie ukrywała. Spokojnie i prosto opowiadała o mężu, o Durnowo, i o tym, jak po jego wyjeździe zabrała się do stręczenia. — Cóż robić? — mówiła, leciutko wzdychając. — Bieda była okrutna. Chleba nawet do przednówka nie starczało. Mój, prawdę trzeba powiedzieć, kochał mnie, ale cóż? Trzeba się było zgodzić; pan dał za mnie całe trzy wozy żyta. „Jakże to będzie?”, mówię do mojego chłopa. „Musi być… Pójdziesz”, mówi. Pojechał po żyto, nosi miarę za miarą, a łzy mu kap, kap…. — I pomyślawszy, uśmiechała się. — No, a potem, kiedy pan wyjechał, a mąż poszedł do Rostowa, zaczęłam zmawiać ludzi, kto z kim się nadarzył… Rozpustne z was psy, Boże odpuść! W dzień pracowała, nie szczędząc rąk, w nocy cerowała, szyła lub kradła na kolei zastawki. Razu pewnego późnym wieczorem Kuźma wybrał się do Tichona Iljicza, wjechał na pochyłość wzgórza i skamieniał ze strachu — nad pastwiskami tonącymi w mroku, na słabo tlejącym pasmie zachodu rosło i płynnym ruchem zbliżało się do Kuźmy coś czarnego, ogromnego… — Kto to? — krzyknął słabym głosem, ściągając lejce. — Och! — równie słabo i z przestrachem krzyknęło to coś, co tak szybko i płynnie rosło na tle nieba; i nagle rozsypało się z trzaskiem. Kuźma ocknął się i od razu poznał w ciemności jednodwórkę. To ona biegła prosto na niego, lekka i bosa, a zgięta pod ciężarem naładowanych na plecy dwóch sążnistych zastawek, które stawiane są zimą wzdłuż kolei jako ochrona przed śnieżycą. Uspokoiwszy się, zaszeptała z cichym śmiechem: — Przestraszyłam się, że o mało nie umarłam. Kiedy człowiek w nocy tak biega, to aż się trzęsie… Ale co robić? Cała wieś pali nimi w piecach, przecież tylko to nas ratuje… Za to parobek Koszel był człowiekiem zupełnie nieciekawym. Nie można z nim było o niczym mówić, a zresztą on sam także niezbyt lubił rozmawiać. Jak wszyscy w Durnowce powtarzał tylko stare, niemądre sentencje albo potwierdzał to, co od dawna było wiadome. Jeżeli pogoda się psuła, spoglądał w niebo: — Psuje się pogódka. Teraz deszczyk dla traw to najważniejsza rzecz. Gdy nawożono zeszłoroczny ugór, robił uwagę: — Nie nawieziesz, głodny będziesz. Tak mawiali starzy. Niegdyś służył na Kaukazie, ale żołnierka nie zostawiła na nim żadnych śladów. Nie umiał powiedzieć słowa „poczta”, które wymawiał, „poszta”. Absolutnie niczego nie potrafił opowiedzieć o Kaukazie oprócz tego, że „góra tam stoi na górze”, a z ziemi biją strasznie gorące i dziwne wody: „Jak włożyć baraninę — w minutę się ugotuje, a jak nie wyjąć w porę — znowu stanie się surowa…”. I zupełnie się nie pysznił, że widział kawał świata; dla ludzi obytych miał nawet pogardę: przecież ludziska „pętają się” tylko z musu albo z biedy. Nie wierzył żadnym pogłoskom: „wszystko łgarstwo”, ale wierzył i zaklinał się na Boga, że niedawno pod Basowką toczyło się o zmroku koło od wozu — była to wiedźma. A pewien chłop, nie dureń, wziął i złapał to koło, wsunął w otwór pas i zawiązał go na supeł. — No i co? — spytał Kuźma. — Ano — odpowiedział Koszel — obudziła się wiedźma rankiem, patrzy, a tu z gęby i z tyłka sterczy jej pas, zawiązany na brzuchu… — To czemu go nie rozwiązała? — Widać, że węzeł był przeżegnany. — I nie wstyd ci wierzyć w takie głupstwa? — Czego ma być wstyd? Ludzie kłamią jedno, a ja drugie. Kuźma lubił słuchać tylko jego przyśpiewek. Siadywał w ciemności przy otwartym oknie: nigdzie ani światełka, wieś ledwo się czerni za parowem, cisza taka, że słychać spadanie jabłek ze stojaków za węgłem domu, a Koszel z wolna chodzi po podwórzu z kołatką i przeciągłym, spokojnym głosem wyśpiewuje falsetem: „Zamilcz, ptaszku-kanarku”… Do rana pilnował domu, a w dzień spał. Roboty prawie nie było: ze sprawami Durnowki Tichon Iljicz tego roku uporał się wcześnie i z bydła zostawił tylko konia i krowę. W obejściu było cicho i nawet nudno. Jasne dni ustąpiły zimnym, sinawo szarym i bezdźwięcznym. Szczygły i sikory zaczęły gwizdać po nagim ogrodzie, wśród jodeł zacykały krzywodzioby, zjawiły się jemiołuszki, śniegułki i jakieś maleńkie nieruchawe ptaszki, przelatujące chmarami z miejsca na miejsce po gumnie, którego klepisko porosło już jaskrawozieloną, późną trawą; niekiedy taki milczący, leciutki ptaszek siedział gdzieś w polu na uschłym badylu… Na zagonach pomiędzy spichrzami za Durnowką wykopywano resztę kartofli. I od czasu do czasu pod wieczór stał tam któryś z chłopów, zamyślony i zapatrzony w pole, trzymając na plecach plecionkę z pozbieranymi kłosami. Wcześniej zapadał zmrok i na folwarku mówiono: „Jak późno teraz przejeżdża pociąg!”, chociaż rozkład jazdy zupełnie się nie zmienił… Kuźma, siedząc przy oknie, przez cały dzień czytał gazety; opisał swą wiosenną podróż do Kazakowa i rozmowy z Akimem; w starej książce do rachunków notował wszystko, co widział lub słyszał we wsi… Najwięcej interesował go Szary. ------------------------------------------------ We wsi było pusto. Wielu pojechało zbierać koniczyny. Tryfon umarł na Wniebowzięcie Matki Boskiej: udusił się kawałkiem surowej szynki. Komar, jeden z głównych burzycieli znany ze swego rozumu, siły i śmiałości w obcowaniu z panami, dostał na początku września posadę w gorzelni pod Jelcem, zasnął pijany i udusił się w suszarni, bo nie wiedziano, że w niej został i zamknięto drzwi zasuwą; Komar aż ją pogiął, starając się wyrwać na powietrze, ale śmierć taka była mu już widać pisana. Drugi wichrzyciel, Czerwony Wańka, znowu poszedł do donieckich kopalń. Rymarz pracował po majątkach, Rod'ka — na kolei. Deniska gdzieś przepadał. A wszyscy udawali, że żałują Szarego, korzystając przy tym z okazji, aby drwić i z ojca, i z syna. Jakowowi, gdy zaczynał mówić o Szarym, trzęsły się ręce. Jakżeby mogło być inaczej! Co ten Szary robił z ziemią, którą on, Jakow, gotów był „garściami żreć”! Nikt w całej Durnowce nie przecierpiał setnej części tego, co Jakow. Gdy rozeszły się wieści o buntach, podpalaniach, wywłaszczaniach, milczał z ową wrodzoną skrytością i zaciętością, które z mlekiem matki wessały w siebie tysiące jego przodków. Zresztą zaparłoby mu dech, gdyby zaczął mówić. Teraz, kiedy pogłoski stawały się coraz bardziej niepokojące, pogodził się dla owej ziemi nawet z synem Waśką. Syn był dziobaty, barczysty i ordynarny; gdy miał dwadzieścia lat, urosła mu broda tak szeroka, tak kędzierzawa i tak mocna, że nawet kleszcze nie wyrwałyby z niej ani jednego włoska. Dzięki owej wielkiej brodzie, ostrzyżonej głowie i czerwonej koszuli podobny był do aresztanta, a żonę ubierał jak mieszczkę. Ale chciwością wrodził się w ojca i zaczął już ukradkiem handlować wódeczką, machorką, mydłem, naftą. Jakow pogodził się z nim w nadziei, że przy jego pomocy zagarnie więcej ziemi, wzbogaci się i zacznie ją wydzierżawiać. Ale dlaczego pogodził się Szary z Denisem, który nieraz „zalał mu sadła za skórę”? Czego się spodziewał, próżnując jak ostatni włóczęga? Ziemię wydzierżawiał i nie mieszkał we wsi. W domu siedział o chłodzie i głodzie, a przemyśliwał tylko nad tym, jakby tu pohulać, zakurzyć — bez fajki nie mógł się obyć ani dnia. Bywał na wszystkich wiecach, ale przychodził zawsze pod ich koniec. Nie opuszczał ani jednego wesela, ani jednego pogrzebu, ani jednych chrzcin, chociaż stał skulony przy drzwiach, i, wyciągając rękę do gospodarza, obnoszącego gościom jadło, nieraz dostawał tylko ordynarne wyzwiska. Szary nie był chciwy na wódkę, ale żadne poczęstunki nie obeszły się bez niego: brał udział nie tylko w ogólnych gromadzkich, ale i w sąsiedzkich z okazji kupna, sprzedaży, wymiany. A sąsiedzi już tak przyzwyczaili się do tego, że nawet się nie dziwili, gdy zbliżał się Szary. Zresztą można go było z zajęciem posłuchać. „Na gębę miasta bierze”, mówiono o Szarym. Rzeczywiście: jeżeli w duszy jego panował spokój — a spokój był wówczas, gdy kapciuch miał pełen tytoniu — jakimże pracowitym, poważnym chłopem mógł się Szary wydawać! — Ot teraz trzeba syna żenić — rozważał nieśpiesznie, trzymając w zębach fajkę i mocno rozcierając w rękach tytoń. — Ożeni się, każdy grosz do domu będzie ciągnął; jak żuk w gnoju zacznie dla domu grzebać… A roboty my się, bracie, nie boimy! Żeby tylko była! Ale Szary nie miał prawie nigdy spokoju ani roboty. Powierzchowność jego w zupełności usprawiedliwiała przezwisko: szary, chudy, średniego wzrostu, ramiona miał obwisłe, półkożuszek — zbyt krótki, podarty i wyłuszczony, wojłokowe buty — zbite i podszyte parcianką, a o czapce lepiej nie mówić. Gdy siedział w izbie, nigdy nie zdejmując czapki, nie wypuszczając z zębów fajki i z zakłopotaną miną rozmyślając nad czymś, wyglądał tak, jak gdyby ciągle czegoś oczekiwał. Ale uważał, iż mu się diabelnie nie wiedzie. Po prostu nie trafiała mu się odpowiednia robota, ot co! No, a na zabawę nie miał ochoty. Każdy, naturalnie, tylko przemyśliwał, jakby go oszukać… — Język przecież nie ma kości — mówił Szary. — Ty wprzódy daj mi co do ręki, a potem sobie gadaj. Ziemi miał sporo: trzy dziesięciny, ale z podatkami zalegał tak, że starczyłoby i na dziesięć. Zresztą odpychało go teraz od ziemi: „Mimo woli rzuciłby ją człowiek! Ziemię-matkę trzeba utrzymywać w porządku, jak należy, no, a jaki tu może być porządek?!”. Obsiewał nie więcej niż pół niwy, a i to sprzedawał na pniu — „miłe za niemiłe oddawał” — a potem znowu mawiał rozważnie: „Doczekaj się, popróbuj doczekać się!”. „Jednak lepiej, na ten przykład, doczekać się…” — mamrotał w odpowiedzi Jakow, patrząc gdzieś w bok i złośliwie się uśmiechając. Szary również się uśmiechał, ale smutnie i pogardliwie. — Lepiej! — chrząkał. — Tobie dobrze gadać: dziewkę wydałeś, chłopca ożeniłeś. A u mnie, popatrz tylko, pełna izba dzieciaków… Przecie to nie cudze. Ot, kozę dla nich trzymam, prosiaka tuczę… Także przecież chcą pić i jeść. — No, koza, na ten przykład, temu niewinna — z rozdrażnieniem odpowiadał Jakow. — Na ten przykład, nam w głowie tylko jedno: wódeczka i fajeczka… Fajeczka i wódeczka… I aby się z sąsiadem bez sensu nie pokłócić, pośpiesznie oddalał się od Szarego. A ten spokojnie i rzeczowo dodawał w ślad za nim: — Pijak, bracie, prześpi się, a głupi głupim zostanie… Po rozejściu się z bratem długo tułał się Szary po mieszkaniach, godził się do służby i w mieście, i na folwarkach. Chodził też na koniczyny. I tutaj kiedyś mu się poszczęściło. Brygada robocza, do której przyczepił się Szary, zgodziła się na młóckę dużej partii za osiemdziesiąt kopiejek od puda, a tymczasem koniczyna obrodziła przeszło dwa razy tyle. Przy młóceniu Szary odgarniał wraz z plewami ziarno, po czym kupił te zmiotki, no i zbogacił się; tejże jesieni wybudował ceglaną chałupę. Ale nie obliczył, że chałupę trzeba opalać. A pytanie czym, kiedy nawet i do żarcia nic nie było. Musiał spalić poszycie chaty, więc rok stała bez dachu, aż cała poczerniała. Komin poszedł za chomąta. Wprawdzie konia jeszcze nie było, ale przecież kiedyś trzeba oporządzić gospodarstwo… Wreszcie Szary machnął ręką: postanowił chałupę sprzedać, a wybudować inną, glinianą, tańszą. Rozumował w taki sposób: z chałupy wydostanie, no, w najgorszym razie dziesięć tysięcy sztuk cegły, za tysiąc dadzą mu pięć albo i sześć rubli; razem, znaczy się, będzie z pół setki, a z pół setki!… Ale okazało się, że cegły było tylko za trzy i pół tysiąca, a za gruz dostał nie pięć rubli, lecz tylko dwa i pół… Przez długi czas zamiast wymarzonej pięknej chaty sterczał i twardniał pod deszczem goły pagórek śmieci; nie było ich czym wywieźć i ręce po prostu opadały na widok takiej masy pracy. Jakow dawał nauki moralne: „Trzeba było, na ten przykład, od razu taniej kalkulować…”. „A na długo by to starczyło, do diabła, to tańsze?”, myślał Szary. I kłopocząc się o nową chatę, przez cały rok przewiadywał się jedynie o takie, które wcale nie były na jego kieszeń, a z obecną pogodził się tylko dlatego, że marzył o przyszłej — mocnej, obszernej i ciepłej. — W tej to, prawdę mówiąc, wcale mieszkać nie można — odciął się pewnego razu. Jakow uważnie popatrzał na niego i machnął czapką. — Tak… Widać czekasz, aż okręty przypłyną? — A żebyś wiedział, przypłyną… — odpowiedział Szary zagadkowo. — Oj, rzuć już raz te bzdury! — powiedział Jakow. — Idź gdzie do roboty. A miejsca, na ten przykład, zębami się trzymaj… Ale myśl o przyzwoitym domu, o porządku, o jakiejś składnej i prawdziwej robocie zatruwała życie Szaremu. Nudziła go praca na miejscu. — Widać robota i w domu nie miód? — mówili sąsiedzi. — Ale! Byłaby miód, żeby dom był ludzki. — Tak. To znaczy, znów weźmiesz miejsce na miesiąc, do czasu robót? — A tak… Bo dozór w domu potrzebny. Czy nie? — A jak w domu siedzisz, to fajeczkę palisz! — A cóż? Czy mnie teraz i palić nie wolno? I Szary, ożywiwszy się nagle, wyjmował z ust zimną fajkę i zaczynał ulubioną opowieść, jak to on, będąc kawalerem, całe dwa lata uczciwie i porządnie przebył u popa pod Jelcem. — A niechbym i teraz tam poszedł, z otwartymi rękami mnie przyjmą! — wykrzykiwał. — Niechbym słowo tylko powiedział: „Przyszedłem, ojczulku, dla was popracować; weźmiecie czy nie?”. „A cóż ty się pytasz, kochanku?”, powie. „Cóż to, czy ja ciebie nie znam? Ależ to się wie! Boże wielki! A bądź że tu choćby do śmierci!”. — To, na ten przykład, poszedłbyś… — Poszedłbym! Ale ot, popatrz, cała izba pełna bachorów! Wiadomo, cudza bieda nie boli… A tu człowiek bez sensu przepada… I tak bez sensu przepadał Szary i przez bieżący rok. Całą zimę z zafrasowaną miną przesiedział w domu bez ognia, o chłodzie i głodzie; w wielkim poście dostał się w jakiś sposób do Rusanowów pod Tułę; w rodzinnych stronach już go nie brano. Ale miesiąc nie przeszedł, a już mu diablo dopiekła rusanowska oszczędność. — Oj, chłopie — powiedział razu pewnego pisarz — ja ciebie na durch widzę: szykujesz się zwiać! Wybieracie, sukinsyny, pieniądze naprzód, a potem nogi za pas! — To może jaki włóczęga tak robi, a nie my — odciął się Szary. Ale pisarz nie zrozumiał przytyku. I trzeba było postąpić bardziej stanowczo. Pewnego razu kazano Szaremu przywieźć paszy dla bydła. Chłop pojechał na gumno i zaczął ładować na wóz słomę. Wtem podszedł pisarz. — Czy ja tobie nie powiedziałem ludzkim językiem: „Paszy nakładaj”? — Tera nie pora na to — stanowczo odparł Szary. — Niby dlaczego? — Porządne gospodarze paszę dają w południe, a nie na noc. — A to co?! Nauczyciel się znalazł! — Nie lubię bydła mordować. Ot i całe nauczycielstwo! — A słomę wieziesz? — Kużda rzecz ma swój czas. — Rzuć to w tej chwili! Szary zbladł. — Nie, pracy nie rzucę. Pracy nie wolno rzucać. — Dawaj widły, sobako! I nie wódź mnie na pokuszenie… — Ja nie sobaka, a krześcijański człowiek. Odwiozę i póńdę, całkiem póńdę. — To jeszcze, bratku, nie wiadomo! Pójdziesz, a w prędkim czasie z powrotem cię do gminy sprowadzą. Szary zeskoczył z wozu i rzucił widły w słomę: — To niby mnie sprowadzą? — A ciebie! — Oj, bracie, nie ciągnij za język! I o tobie różne rzeczy wiemy! Także by gospodarz nie pochwalił… Tłuste policzki pisarza aż zsiniały od napływu krwi, a białka oczu wylazły na wierzch. Pięścią zsunął czapkę na tył głowy i dusząc się, wykrztusił szybko: — A-a-a, to tak… Nie pochwali…? Gadaj zaraz, o co chodzi! Za co…? — Ja ta nie mam o czym mówić — mruknął Szary, czując, że ze strachu ociężały mu nogi. — O nie, bratku, nie wykręcisz się… Powiesz! — A gdzie mąka się podziała? — niespodzianie krzyknął Szary. — Mąka? Jaka mąka? — A taka: ze młyna… Pisarz silnym chwytem złapał Szarego za kołnierz, przydusił i na moment obydwaj znieruchomieli. — A ty co, za gardło chwytasz…? — spytał Szary spokojnie. — Udusić chcesz? — I nagle z wściekłością zapiszczał: — No, bij, bij, póki czas! Szarpnął się, wyrwał i schwycił widły. — Ludzie! — zaryczał pisarz, chociaż nikogo w pobliżu nie było. — Po wójta! Słuchajcie! Chciał mnie zakłuć, sukinsyn! — To nie pchaj się, bo se nos przytniesz! — powiedział Szary, trzymając widły w dół ostrzami. — Teraz nie tamte czasy! Ale w tejże chwili pisarz zamachnął się i Szary runął głową w słomę… Ssąca tęsknota znów zaczynała ogarniać Kuźmę wraz ze zmianą pogody i rosła w miarę tego, jak poznawał Durnowkę i Szarego. Zrazu było to tylko smutne i śmieszne: „Co za niedorzeczny człowiek!”, potem stało się i przykre, i wstrętne: „Wyrodek jakiś!”. Całe lato przesiedział on na progu chaty, kurząc i wyczekując łaski od Dumy. Jesienią wałęsał się od domu do domu w nadziei, że przyczepi się do kogokolwiek, jadącego na koniczyny… W gorący słoneczny dzień zapaliła się sterta zboża na skraju wsi. Szary zjawił się pierwszy do pożaru, krzyczał, aż ochrypł, opalił sobie rzęsy, przemókł do nitki, kierując woziwodami i tymi, którzy rzucali się z widłami w ogromne różowo-złote płomienie, rozrzucając na wszystkie strony ogniste snopy. Komenderował też tymi, co po prostu biegali wśród żaru, wśród syku lejącej się wody, wśród zgiełku, wśród wywalonych przed izby kadzi, ikon, wrzecion, derek, wśród szlochających bab i sypiących się z opalonych łozin czarnych liści... Ale czy zrobił coś do rzeczy? W październiku, kiedy po ulewnych deszczach i po gradowej burzy zamarzł staw, a wieprz z sąsiedztwa, ześlizgnąwszy się z obmarzłego brzegu, przebił lód i zaczął tonąć, Szary pierwszy z rozpędu rzucił się do wody na ratunek. Ale dlaczego? Żeby być bohaterem dnia, mieć prawo przyjścia wprost ze stawu do czeladnej i zażądać wódki, tytoniu i przekąski. Z początku był siny, dzwonił zębami i ledwo poruszał białymi wargami, przebierając się w cudze ubranie, w rzeczy Koszela. Potem ożył, podchmielił sobie, zaczął się chwalić i opowiadać, jak to on uczciwie i porządnie służył u popa i jak to kilka lat temu zręcznie wydał za mąż córkę. Siedział za stołem, żuł chciwie, popijał wódką kawałki surowej szynki i zadowolony z siebie opowiadał: — No, dobrze. Zwąchała się, znaczy, Matrioszka z tym Jegorką… Zwąchała się, to się zwąchała. Niech będzie, siedzę sobie jakoś wieczorkiem przy okienku, aż tu patrzę, Jegorka przeszedł koło chaty raz, dwa… A ona wciąż hop do okna, hop do okna… „Znaczy się, obmyślili wszystko”, myślę sobie. I powiadam do baby: „Ty tutaj bydłu daj żarcie, a ja póńdę na wiec, posłucham”. Usiadłem za chatą w słomie, siedzę, czekam. A już śnieżek napadał. Widzę, znowu skrada się Jegorka. A ona już także jest! Poszli do piwnicy, a potem hyc, do nowej chaty, takiej pustej, co zbudowana przy mojej. Poczekałem jeszcze trochę… — To dopiero historia! — powiedział Kuźma i uśmiechnął się boleśnie, ale Szary zrozumiał to jako pochwałę, jako zachwyt nad jego rozumem i przebiegłością i, czując się bohaterem, ciągnął, to podnosząc głos, to zniżając go zjadliwie: — Czekaj, posłuchaj, co dalej będzie. Poczekałem, znaczy, trochę i za nimi… Skoczyłem przez próg i tak go wprost na niej złapałem! Przestraszyli się okropnie. On upadł na ziemię jak worek, choć zarżnij…. A ona leży jak kaczka, niby martwa… „No”, powiada on, „teraz mnie bij”. A na co mi to! Zabrałem jego kaftan, kurtkę także, został w gaciach i w czym go matka urodziła… „No”, powiadam, „a teraz idź, dokąd chcesz…”. I poszedłem do domu. Patrzę, a on idzie za mną: śnieg biały i on biały, idzie i jęczy… Dokąd pójść? Co robić? A moja Matriona Mikoławna, jak tylko wyszedłem z chaty, dalej w pole! Jak poleciała, to dopiero pod samą Basowką sąsiadka złapała ją za rękaw i do mnie przyprowadziła. Dałem jej odpocząć i powiadam: „Czy my jesteśmy biedne ludzie czy nie?”. Milczy. „A matka twoja głupia czy mądra?”. Ona dalej milczy. „Jakżeś ty mogła nam takiego wstydu narobić? Co? To ty myślisz, że mi tu pełne kąty narzucasz tych twoich bękartów, a ja tylko będę patrzał i oczami mrugał? Przy naszej biedzie tyś powinna na siebie dobrze uważać, a nie chichotać i po kątach się tłuc, ty ścierwo!”. No, i zacząłem ją łupić… A bacik miałem do-o-obry… Po prostu można powiedzieć, po pas do krwi stłukłem, że więcej nie można… Ona pełznie do nóg, całuje buty, a on siedzi na ławie i jęczy. Wziąłem się później do niego, do gołąbka… — I ożenił się? — Ho-ho! — wykrzyknął Szary i czując, że wódka go rozbiera, zaczął zgarniać z talerza kawałki szynki i wpychać je do kieszeni w portkach. — Jeszcze jakie weselisko było! Ja, bracie, na wydatki nie poskąpię… „To dopiero!…”, myślał tego wieczora Kuźma… ------------------------------------------------ Pogoda się zepsuła. Nie chciało mu się pisać, a nuda rosła. Nędza i nieróbstwo Szarego i Denisa zdumiewały go — wieś gnije! Potworna historia Młodej w sadzie i śmierć Rod'ki oszołomiły go, życie Tichona Iljicza dziwiło. A czyż jego można było czymkolwiek tak łatwo zdziwić? Czyż nie znał swego kraju i swego narodu? Z goryczą i gniewem wylewał swe serce przed Tichonem Iljiczem, prawił mu morały i dokuczał… Lecz gdyby Tichon Iljicz wiedział, z jaką radością rzucał się Kuźma do okna, ujrzawszy przy ganku jego czapkę, kapotę i szarą brodę! Jak się bał, że brat nie zanocuje, jak starał się zatrzymać go na dłużej, wciągnąć w rozmowę, we wspomnienia… Nudził się Kuźma późną jesienią, och, jakże się nudził! Całą rozrywką było czyjekolwiek przyjście z prośbą. Kilka razy przyjechał Gołołobyj z Basowki (chłop zupełnie łysy i w ogromnej czapie), prosząc o napisanie skargi na kuma, który mu złamał obojczyk. Przyszła wdowa Butyłoczka z Cypla o napisanie listu do syna; miała na sobie łachmany mokre i obmarzłe na deszczu. A gdy zaczęła dyktować — w płacz! — Miasto Sierpuchow, przy pańskiej łaźni, dom Żełtuchina… I płacze. — No? — pytał Kuźma, żałośnie marszcząc brwi i ponad binoklami, niby starzec, patrząc na Butyłoczka. — No, napisałem. Co dalej? — Dalej? — pytała Butyłoczka szeptem i, starając się opanować głos, ciągnęła: — A dalej to pisz, kochany, mądrze… Żeby oddali, znaczy, Michałowi Nazaryczowi Chłusowowi do własnych rąk… A potem zaczyna albo z przestankami, albo zupełnie bez zatrzymania: — List do naszego kochanego i drogiego syneczka naszego Miszy co ty Misza zapomniałeś o nas nie ma żadnej wiadomości od was… Sam wiesz my na mieszkaniu, a teraz nas wypędzają, gdzie się teraz podziejemy… Drogi nasz synku Misza prosimy ciebie na Boga świętego przyjeżdżaj do domu jak tylko prędko możesz… I znowu przez łzy i szeptem: — My tu sobie choć jaką jamę w ziemi wykopiem, a będziem swój kąt mieli… Znów dręczyły burze i lodowate ulewy, dni podobne do zmierzchu, błoto na całym folwarku, usianym drobnymi, żółtymi liśćmi akacji, nieobjęte okiem pastwiska oraz oziminy wokoło Durnowki i bez końca ciągnące nad nimi chmury. Napawały nienawiścią do tego przeklętego kraju, gdzie przez osiem miesięcy szaleją śnieżyce, a przez cztery padają deszcze i gdzie za potrzebą można tylko wyjść w obejście albo do wiśniowego sadu. Kiedy zaczęły się niepogody, trzeba było bawialnię zabić na głucho deskami i przenieść się do sali; przez całą zimę Kuźma i nocował tutaj, i jadał obiady, i palił papierosy, i przepędzał długie wieczory przy mętnej kuchennej lampeczce, chodząc z kąta w kąt w kapocie i czapce, ledwo co nieco ratujących od zimna i wiatru dmącego przez szczeliny. Niekiedy okazywało się, że zabrakło nafty i Kuźma przepędzał zmierzch bez światła, a wieczorem zapalał jakikolwiek ogarek tylko po to, aby zjeść na wieczerzę kartoflankę i ciepłą pszenną kaszę, które w milczeniu i z surową twarzą podawała Młoda. „Dokądby tu pojechać?” myślał niekiedy. Sąsiadów w pobliżu było tylko trzech: stara księżna Szachowa, która nie przyjmowała nawet marszałka szlachty, uważając go za człowieka źle wychowanego; były żandarm Zakrzewskij, przez hemoroidy zły, a przy tym zarozumiały i głupi, który na próg nie puściłby Kuźmy; i zaściankowy szlachcic Basow, mieszkający w chałupie, a ożeniony z rozpustną wdówką po żołnierzu, rozmawiający tylko o chomątach i o bydle. Pewnego razu odwiedził Kuźmę ojciec Piotr, duchowny z Kołodezi, parafii Durnowki, ale ani jeden, ani drugi nie mieli chęci podtrzymania tej znajomości. Kuźma przyjął popa tylko herbatą, a ten, ujrzawszy na stole samowar, zaśmiał się nieprzyjemnie i ostro:, „Samowarek? Świetnie! Jak widzę, nie będzie z nas pary: nie rujnujesz się na przyjęcie!”. Kuźma szczerze oświadczył, że nigdy w cerkwi nie bywa ze względu na swe przekonania, a pop roześmiał się jeszcze dziwniej, jeszcze krzykliwiej i głośniej: „A-a-a! Nowe idejki? Świetnie! I przy tym — taniej!”. Śmiech ten wcale do niego nie pasował. Zdawało się, że śmieje się ktoś inny zamiast tego wysokiego, chudego człowieka z dużymi łopatkami, z czarnymi, grubymi włosami i z rozbieganymi, chciwymi oczami; miał wygląd lękliwie roztargnionego, myślącego przez cały czas o czymś innym, łatwo się obrażającego i niezręcznie udającego swobodę. „Ale na noc? Na noc to pewnie żegnasz się jednak, co? Strach bierze?”, powiedział głośno i prędko, ubierając się w przedpokoju, gdy zmęczył już Kuźmę rozpytywaniem o gospodarstwo (i nieoczekiwanie przeszedł na „ty”). „Ano, żegnam się”, ze smutnym uśmiechem przyznał Kuźma. „Ale przecież strach to nie wiara, a ja robię ten znak nie w imię waszego Boga”. Kuźma nie bywał też zbyt często u brata. Tamten zaś przyjeżdżał tylko, gdy był czymś zdenerwowany. I samotność dokuczała tak beznadziejna, że Kuźma nazywał siebie niekiedy Dreyfusem na Wyspie Diabelskiej. Porównywał się także z Szarym. Ach, przecież i on, jak tamten, nędzny jest, ma słabą wolę, wykoleił się i przez całe życie czeka na jakieś szczęśliwe dni do pracy! Z „dzielności”, z opowiadania i z chełpienia się podchmielonego Szarego pozostało mu przykre wspomnienie. Ale zazwyczaj i po pijanemu Szary był gadatliwy, czymś zakłopotany i nieśmiało wesoły. Zresztą podchmielić sobie udawało mu się może z pięć razy do roku. Nie był chciwy na wódkę w przeciwieństwie do tytoniu. Dla tytoniu zgodziłby się na wszelkie poniżenie, gotów był godzinami siedzieć obok palącego, potakiwać mu i pochlebiać, a wszystko po to, aby, wyczekawszy odpowiednią chwilkę, niby przypadkiem powiedzieć: „Daj no, kumie, do fajki…”. Namiętnie lubił także karty, długie rozmowy, wieczorne zebrania po chałupach — po tych chałupach, gdzie żyły liczne rodziny, gdzie było ciepło, gdzie się ogień palił, gdzie przechodzący robotnicy czesali wełnę, a wędrowni krawcy szyli półkożuszki. Lecz po chatach jeszcze się ludzie nie zbierali i Szary siedział w domu… Odwiedziwszy go kilkakrotnie, Kuźma poczuł, że nie należy ani gniewać się na Szarego, ani z niego podrwiwać. Szary żył z tego, co zarobiła latem na dniówki jego żona, cicha, milcząca, głupkowata baba, i z tego, co udawało mu się wyprosić od Deniski, zjawiającego się z rzadka w Durnowce z kuferkiem, z białym chlebem, z kiełbasą, za którą przepadał, a który, nie krępując się, wymyślał na cara i na dziedziców. Gdy spadł pierwszy śnieg, Szary gdzieś poszedł, przepadł na cały tydzień. Do domu powrócił zasępiony. — Cóż, znowu chodziłeś do Rusanowa? — spytali sąsiedzi. — Chodziłem — odpowiedział Szary. — Po co? — Namawiali, żeby się nająć. — Aha! I cóż, nie zgodziłeś się? — Nie głupszym ja od nich i nigdy głupi nie będę… Toż nie podpisywałem się krwią serdeczną! I Szary, nie zdejmując czapki, zasiadł na ławie i przesiedział tak całą zimę. Smutno było o zmierzchu patrzeć na jego chałupę. Za szerokim, zaśnieżonym parowem jakoś przykro czerniała Durnowka ze swymi gumnami i łozinkami w opłotkach. Ale gdy zapadały ciemności i światła zajaśniały, wydawało się, że w chatach jest spokojnie i przytulnie. Tylko izba Szarego smutno czerniała, głucha była i martwa. Kuźma już wiedział: gdy wejdzie do ciemnej, półotwartej sieni, poczuje nieomal na progu zapach zwierzęcego legowiska; pachnie tam śniegiem, poprzez dziury w dachu widać ponure niebo, wiatr szumi w nawozie i w chruście, narzuconym byle jak na krokwie; gdy po omacku znajdzie pochyloną ścianę i otworzy drzwi, przywita go chłód i ciemność oraz ledwo szarzejące w mroku okienko… Nie widać nikogo, ale łatwo można odgadnąć, że gospodarz siedzi na ławie: fajeczka jego żarzy się niby węgielek; gospodyni cichutko buja skrzypiącą kołyskę, w której huśta blade i senne z głodu, rachityczne dziecko. Dzieciaki wlazły na ledwie ciepły piec i z ożywieniem o czymś sobie opowiadają. W zgniłej słomie pod narami grzebią się i szeleszczą dwaj wielcy przyjaciele, koza i prosiak. Człowiek boi się rozprostować z obawy, że uderzy głową w sufit. Nie ma też odwagi, żeby się odwrócić: odległość zaledwie pięciu kroków dzieli próg od przeciwległej ściany. — Kto tam? — brzmi z ciemności cichy głos. — Ja. — Czyżby Kuźma Iljicz? — Tak, ja. Szary posuwa się, opróżnia miejsce na ławie. Kuźma siada i zapala papierosa. Pomału rozpoczyna się rozmowa. Przygnębiony ciemnością Szary staje się prosty, smutny i przyznaje się do swych błędów. Głos jego chwilami drży… ------------------------------------------------ Zima była długa i śnieżna. Pola, słabo bielejące pod sinawym, chmurnym niebem, stały się jakieś szersze, większe i jeszcze bardziej pustynne. Na tle pierwszego śniegu jaskrawiej odcinały się chałupy, stodoły, łoziny i gumna. Potem przyszły zawieje, które namiotły i nawaliły tyle śniegu, że wieś nabrała jakiegoś północnego, dzikiego wyglądu; czerniały już tylko drzwi i okienka, ledwie widoczne spod nawisłych czap śniegu i spomiędzy bieli gęstych zasp. Po zamieciach, nad szary, stwardniały śnieg na polach przyszły ostre wiatry i zerwały ostatnie brązowe liście z samotnych dębów w parowie. Mieszkaniec Cypla, Taras Miliajew, wyglądający na sybiraka i po sybirsku zamiłowany w polowaniu, polazł i aż zatonął w olbrzymich zaspach, upstrzonych zajęczymi śladami; beczki do wożenia wody zamieniły się w zamarznięte bryły; wokoło przerębli narosły śliskie lodowe pagórki; poprzez śnieżne zaspy przetarto drogi i popłynęły zwykłe, codzienne, zimowe dni. Po wsiach zapanowały epidemie przeróżnych chorób: ospa, febra, szkarlatyna, krup. Lecz choroby te od wieków zimą nie porzucają wsi i ludzie tak się do nich przyzwyczaili, że nie mówi się o nich więcej niż o zmianie pogody. Wokoło przerębli, z których piła cała Durnowka, nad śmierdzącą wodą koloru ciemnych butelek po całych dniach stały zgięte baby ze spódnicami podkasanymi powyżej nagich, sinych kolan, z owiniętymi głowami i w mokrych łapciach. Z napełnionych popiołem kociołków wyciągały swe zgrzebne szare koszule naszyte do pasa perkalem, męskie parciane portki, dziecinne zapaskudzone powijaki, płukały je, tłukły kijankami i gadały ze sobą, komunikując wzajemnie, że „ręce zaszły od pary”, że w chałupie u Makarowów umiera z gorączki babka, że synowej Jakowa założyło gardło… Dziewczynki wyskakiwały z chat tylko w koszulach, biegły prosto z przypiecków za węgieł na kupy zamarzłego śniegu. Chłopaki w ojcowskich szmatach pędziły na saneczkach z górki, tarzały się, piszczały, zachłystywały okropnym kaszlem i wracały pod wieczór do domów zgorączkowane, z ciężkimi, zamroczonymi głowami, tak przemarznięte, że ledwo poruszały wargami, prosząc o coś do picia, a napiwszy się, właziły z płaczem na przypiecek. Ale nawet matki nie zwracały uwagi na chorych… Zmrok zapadał już o trzeciej i kudłate psy siedziały na dachach, które zniżyły się teraz prawie do poziomu zasp. Żywa dusza nie wiedziała, czym się te psy karmiły, jednakże wszystkie żyły, a nawet były rozżarte. W domu budzono się wcześnie. O brzasku, w sinawej ciemności, gdy po chałupach zapalały się światełka, gdy rozpalano ogień na kominach i poprzez strzechy wił się pomału gęsty, mleczny dym, a w oficynie z szarymi, zamarzłymi oknami robiło się zimno jak w sieni, Kuźmę budził stuk drzwi i szuranie zamarzłej, pełnej śniegu słomy, którą Koszel taszczył z sani. Rozlegał się jego cichy, ochrypły głos, głos człowieka, który wstał przed wszystkimi i na czczo przemarzł. Młoda łomotała rurą samowaru i rozmawiała surowym szeptem z Koszelem. Spała teraz nie w czeladnej, gdzie karaluchy gryzły do krwi w ręce i w nogi, lecz w przedpokoju, i cała wieś była przekonana, że „ma to swój powód”. Wieś dobrze wiedziała, co przeżyła Młoda jesienią, gdy zwaliła się na nią hańba i śmierć Rod'ki; wiedziała, że matka, zamknąwszy pustą izbę, poszła na żebry. Młoda, milcząca, przybita ciężarem nieszczęścia, była surowa i smutna niby zakonnica. Ale co obchodzą wieś cudze zmartwienia? Kuźma wiedział już od jednodwórki, co opowiadali we wsi i, budząc się, zawsze wspominał o tym ze wstydem i wstrętem. Stukał w ścianę, dając znak, że czeka na samowar i chrząkając, zapalał papierosa — uspokajało to serce i robiło dobrze na piersi. Leżał pod tułupem i, nie mogąc się zdecydować na opuszczenie ciepłego legowiska, palił i myślał: „Bezwstydny naród! Przecież mam córkę prawie w jej wieku…”. Fakt, że za ścianą nocowała młoda kobieta, budził w nim tylko ojcowską tkliwość. W ciągu dnia Młoda była milcząca i poważna, skąpa w mowie, dziewiczo nieśmiała. A gdy spała, miała w sobie coś nieomal dziecięcego, smutnego i osamotnionego. Razu pewnego zasnęła po obiedzie na swoim kuferku w przedpokoju, okręciwszy głowę szalem, podwinąwszy pod siebie nogi i obnażywszy kolano. Leżące nogi wydawały się bardzo kobiece, a obnażone kolano bielało jak u dziewczynki. Kuźma, mijając ją, odwrócił się i zawołał na nią, żeby się obudziła i okryła. Ale czy wieś temu uwierzy? Nie uwierzyłby i Tichon Iljicz, jakoś bardzo dziwnie uśmiechał się od pewnego czasu. Zawsze był podejrzliwy, nieufny, w podejrzeniach swoich ordynarny, a teraz do reszty stracił rozum — cokolwiek mu się powie, na wszystko ma jedną tylko odpowiedź. — Słyszałeś, Tichonie Iljiczu? Mówią, że Zakrzewskij umiera na katar płuc. Zawieźli go do Orła. — Łgarstwo! Znamy takie katary! — Felczer mi przecież mówił. — Właśnie! Słuchaj tylko, co felczer opowiada… Powiesz mu: „Gazetkę chcę zaprenumerować”. A on na to: „Daj mi, proszę, dziesięć rubli zaliczki na rachunek pensji”. — Hm! Że też są ludzie, którym się chce nabijać sobie głowę bzdurami. Zresztą, przyznam ci się, że mam przy sobie wszystkiego siedemdziesiąt pięć kopiejek czy nawet tylko dwadzieścia… Weszła Młoda z opuszczonymi rzęsami. — Tichonie Iljiczu, mąki nam została tylko odrobina… — Jakże to, odrobina? Oj, kręcisz, babo! I wykrzywia brwi, zaczyna dowodzić, że mąki powinno było starczyć jeszcze co najmniej na trzy dni, a ciągle przenikliwie spogląda to na Kuźmę, to na Młodą. Raz nawet, uśmiechnąwszy się, zapytał: — Jakże się wam śpi? Dobrze, ciepło? I Młoda, dla której w ogóle zawsze przykre były jego odwiedziny, silnie poczerwieniała i wyszła z pochyloną głową, a Kuźmie ze wstydu i złości aż palce zziębły. — Wstydziłbyś się bracie, Tichonie Iljiczu — bełkotał, odwracając się w stronę okna. — Zwłaszcza po tym, co mi wyjawiłeś… — To czego tak poczerwieniała? — zapytał Tichon Iljicz, uśmiechając się ze złością i zakłopotaniem. Najbardziej nieprzyjemne było poranne mycie. W przedpokoju od zwalonej tam słomy wiał mróz, w miednicy pływał lód niby potłuczone szkło. Niekiedy Kuźma zabierał się do herbaty, umywszy zaledwie tylko ręce, a wtedy, prosto ze snu, wydawał się zupełnym staruszkiem. Z niechlujstwa i zimna bardzo wychudł i posiwiał w ciągu jesieni. Ręce mu zeszczuplały, skóra na nich stała się cieńsza, bardziej błyszcząca, pokryła się jakimiś drobnymi, liliowymi plamkami. „Dobiły siwka strome góry”, rozmyślał. Ranek był szary. Na świętego Filipa wieś zrobiła się szara pod szarym, zamarzłym śniegiem. Bielizna rozwieszona na poprzeczkach pod dachami stodół wyglądała jak skostniałe, szare drewno. Gdy wokół izb zamarzało — lano pomyje i sypano popiół. Oberwane chłopaki pędziły pomiędzy chałupami i stodołami do szkoły, wdrapywały się na zaspy, zsuwały się z nich na łapciach; wszystkie miały płócienne worki z tabliczkami i z chlebem. Naprzeciw, uginając się pod koromysłami z dwoma wiadrami, niezgrabnie stąpając w niekształtnych, zaskorupiałych, wojłokowych butach, obszytych świńską skórą, szedł tylko w kaftanie, stary, chory, o ciemnej twarzy Czugunok, z którego lekkości nie pozostało nawet śladu. Zatkana słomianym wiechciem beczka do wożenia wody staczała się z pagórka na pagórek i rozkołysana chlapała wodą; za nią biegł białooki jąkała Kobylaj. Przechodziły baby, pożyczając jedna od drugiej to soli, to jagieł, to garstkę mąki na placki lub prażuchę. Na gumnach było pusto, tylko u Jakowa para buchała z wrót stodoły, gdyż, naśladując bogatych wieśniaków, młócił zimą. A za gumnami, za nagimi łozinkami, poza opłotkami, pod niskim, bladym niebem rozścielało się szare, śnieżne pole niby falująca pustynia śniegu zamarzłego po odwilży. Na wsi było przytulniej, lecz okazało się, że wieś była zarażona: niemal w każdej chacie była ospa albo plamisty tyfus. Czasami Kuźma szedł na śniadanie do czeladnej, do Koszela — na kartofle gorące jak ogień albo na odgrzany barszcz z poprzedniego dnia. Wspominał miasto, gdzie przeżył całe życie i dziwił się, że go tam wcale nie ciągnie. Dla Tichona miasto było najgorętszym marzeniem, wsi nienawidził i pogardzał nią z całej duszy — Kuźma zaś tylko usiłował ją nienawidzieć. Z jeszcze większym niż dawniej strachem spoglądał wstecz na swe życie: zdziczał w tej Durnowce do reszty; nic nie robił, tęsknił, męczył się swą bezczynnością, często nie mył się, nie zdejmował kapoty, chciwie jadł z jednej miski z Koszelem. Ale najgorsze było to, że jakkolwiek lękiem przejmowało to życie, które go postarzało z godziny na godzinę, czuł jednak, że życie takie mimo wszystko jest mu przyjemne, że widocznie wrócił w przeznaczoną mu od urodzenia koleinę; nie darmo, widać, miał w sobie krew durnowską! Jednakże do bólu gniotła go ta niekończąca się durnowska zima, te chałupy, przeręble, chłopaki, psy na dachach, brud, chłód, choroby, bydlęce lenistwo chłopów… Przecież nieomal codziennie wspominał Mieńszowa, Akimkę, Szarego… Po śniadaniu przechadzał się niekiedy po folwarku albo po wsi. Wstępował na gumno do Jakowa, do izby Szarego albo Koszela, gdzie żyła samotnie jego stara, uchodząca za czarownicę. Była ona wysoka i przeraźliwie chuda, szczerzyła zęby jak śmierć, mówiła ordynarnie i stanowczo, kurzyła fajkę niby chłop. Ot, rozpali ogień na kominie, siądzie na narach i kurzy sobie fajkę, kiwając cienką nogą w ciężkim, czarnym łapciu… Przez cały post Kuźma wyjeżdżał z domu tylko dwukrotnie: był na poczcie i u brata. Wyjazdy te były przyjemne, ale ciężkie. Kuźma marzł do tego stopnia, że nie czuł w ogóle, czy ma nogi. Na początku jesieni miał jeszcze wygląd schludny, a spojrzenie stanowcze, ale stanowczość ta naprędce znikła, a odzież zaczęła się drzeć i niszczeć. Wystrzępiły się kołnierze u koszul, wytarły łokcie w marynarce; buty z niewyprawionej skóry zrudziały niemal do czerwoności, wytarły się i gdzieniegdzie popękały; barani tułup służył już od tak dawna, że wyłysiał płatami. A wiatr w polu dął okrutny. Po zaduchu Durnowki nie można się było do syta nadyszeć odurzającą świeżością zimowego powietrza. Po długim patrzeniu na wieś zadziwiały śnieżno-szare płaszczyzny i siniejące po zimowemu dale wydawały się bezgraniczne a piękne jak na obrazie. Koń, parskając, szedł szparko pod ostry wiatr, a spod kopyt leciały zamarzłe grudki, uderzając ze stukiem w przód sanek. Koszel, którego policzek odmrożony był na kolor czarno-fioletowy, raźnie zeskakiwał z kozła na zakrętach i biegnąc, wskakiwał na niego bokiem z powrotem. A wiatr przewiewał do szpiku kości, nogi w słomie zmieszanej ze śniegiem bolały i kostniały, a w czole i skroniach łupało z zimna… W niziutkim pokoju urzędu pocztowego w Ulianowce było tak nudno, jak tylko nudno być może w urzędowych biurach na głębokiej prowincji. Czuć było pleśń i lak. Oberwany pocztylion stukał pieczątką, ponury Sacharow, podobny do goryla, wrzeszczał na chłopów ze złości, że Kuźma nie domyśli się i nie przyśle mu z pięć kur albo chociaż z pud mąki. „Imię… Nazwisko?”, pytał urywanie i przewracając w szafie, mówił stanowczo: „Nie ma nic!”. Obok domu Tichona Iljicza podniecał zapach dymu z lokomotywy, przypominając, że są gdzieś na świecie miasta, ludzie, gazety, nowości. Przyjemnie także było pogadać z bratem, odpocząć i ogrzać się trochę. Ale rozmowa się nie kleiła. Brata co chwila odwoływano do sklepu, do gospodarstwa, a zresztą mówił on tylko o gospodarstwie, o plotkach, o podłości i złości chłopów, o konieczności jak najprędszego pozbycia się folwarku. Nastasja Pietrowna budziła żal. Widocznie zaczęła strasznie bać się męża; nie w porę wszczynała rozmowę, nie w porę chwaliła jego rozum, bystre oko gospodarza i to, że we wszystkie, absolutnie wszystkie gospodarskie sprawy sam wnikał. — Już ta-a-aki rozumny na wszystko, taki rozumny! — mówiła, ale Tichon Iljicz brutalnie jej przerywał, a Kuźma nie wiedział, co ma powiedzieć, żeby nie wywoływać sprzeczki. Zmieniły się role: teraz nie on, lecz brat napawał lękiem i nie on, lecz brat dowodził, że nie można żyć w Rosji. Po godzinie takiej pogawędki Kuźmę ciągnęło do domu na folwark. „Gdzież ja się podzieję?”, myślał ze strachem, słuchając brata mówiącego o sprzedaży majątku. „I czy naprawdę odbędzie się ten okropny ślub Deniski z Młodą? Dlaczego Tichon twierdzi z takim uporem, że powinien się odbyć? Pomylony, jak Boga kocham, pomylony!”, mruczał w drodze do domu, przypominając sobie posępną i złą twarz Tichona, jego skrytość, podejrzliwość i męczące powtarzanie wciąż jednego i tego samego. Wołał na Koszela, żeby poganiał; śpieszył do domu, aby ukryć w nim zarówno starą, przewiewną odzież, jak swą udrękę, samotność i tkliwość, którą w nim budziła myśl o miłej, smutnej twarzy Młodej, o jej kobiecości i milczącym usposobieniu. „Ech, jakżeż ona mogła była nie przepaść tutaj!”, rozmyślał z żalem, patrząc o zmroku na rzadkie światełka w Durnowce… ------------------------------------------------ Około Bożego Narodzenia do Kuźmy przyczepił się Iwanuszka z Basowki. Był to chłop dawnego pokroju, na wpół zdziecinniały ze starości, niegdyś sławny ze swej niedźwiedziej siły. Barczysty, zgięty w pałąk, nigdy niepodnoszący kudłatej głowy, stawiający stopy palcami do siebie, zrobił na Kuźmie jeszcze większe wrażenie niż Mieńszow, Akim i Szary. Podczas cholery w roku dziewięćdziesiątym drugim wymarła cała liczna rodzina Iwanuszki. Ocalał tylko jeden syn, żołnierz, będący teraz dróżnikiem na kolei w odległości pięciu wiorst od Durnowki. Iwanuszka mógłby dożywać swych dni u syna, ale wolał włóczęgę i żebraninę. Lekko i niezdarnie wchodził w podwórze z kijem i czapką w lewej ręce, a z sakwami w prawej; na odkrytej głowie bielał śnieg. Owczarki, nie wiadomo dlaczego, nie szczekały na niego. Wszedłszy do domu, mawiał: „Daj Boże wszystkiego dobrego temu domowi i jego gospodarzowi”, po czym siadał na ziemi pod ścianą. Kuźma odrywał się od książki i ze zdziwieniem oraz zakłopotaniem patrzał na niego ponad binoklami, jakby to był jakiś zwierz ze stepu, którego obecność w pokoju wydawała się dziwna. Milcząc, z opuszczonymi rzęsami, z lekkim, dobrym uśmiechem, miękko stąpając łapciami, zjawiała się Młoda, podawała Iwanuszce miskę gotowanych kartofli i dużą kromkę chleba aż szarego od soli, po czym stawała przy drzwiach. Młoda nosiła łapcie, miała szerokie i mocne ramiona, a jej ładna, bladawa twarz była tak po chłopsku prosta i staroświecka, że, zdawało się, nie mogła inaczej zwracać się do Iwanuszki jak „dziadku”. Uśmiechając się do starego, mówiła niegłośno: — Podjedzcie se, dziadku, podjedzcie! On zaś, nie podnosząc głowy, lecz poznając jej pieszczotliwość tylko po głosie, cicho stękał w odpowiedzi, a czasem mruczał: „Niech cię Pan Bóg, wnusiu…”, po czym szeroko i niezręcznie, jakby łapą, robił znak krzyża i chciwie zabierał się do jedzenia. Śnieg tajał na jego włosach burych, nieludzko gęstych i grubych. Z łapci ciekło po podłodze. Od zniszczonej, rudej kurtki wdzianej na brudną, zgrzebną koszulę szedł zapach kurnej izby. Ręce zniekształcone przez długą pracę oraz koślawe, niezginające się palce z trudem wyławiały kartofle. — Chyba zimno tak tylko w kurtce? — pytał głośno Kuźma. — Hę? — słabym jękiem odzywał się Iwanuszka, nastawiając ucho zakryte włosami. — Zimno ci chyba? Iwanuszka zamyślał się. — Dlaczego zimno? — odpowiadał z przestankami. — Wcale nie zimno… Ot, w dawnych czasach to większa zimnica była. — Podnieśże głowę, popraw włosy! Iwanuszka z wolna kręcił głową. — Tera to już, bracie, nie idzie… Gnie do ziemi… Ze słabym uśmiechem robił wysiłek, żeby podnieść swą straszną twarz, zarosłą włosami, i maleńkie przymrużone oczy. Najadłszy się, wzdychał, robił znak krzyża, zbierał i dojadał okruszki z kolan, a potem, namacawszy przy sobie worek, kij i czapkę, uspakajał się i zaczynał nieśpieszną pogawędkę. Mógłby przesiedzieć w milczeniu choćby cały dzień, ale Kuźma i Młoda wypytywali go, a on jak we śnie, jakby skądś z daleka, odpowiadał im. Swym prostackim, staroświeckim językiem mówił, że car jest cały ze złota i że nie może jeść ryby, bo „strasznie słona”; że prorok Ilja pewnego razu przebił sobą niebo i spadł na ziemię, bo był „za ciężki”; że Jan Chrzciciel urodził się kudłaty jak baran i chrzcząc człowieka, bił go po głowie żelaznym kosturem, żeby go „rozczmuchać”; że każdy koń w dniu świętego Floriana stara się człowieka zabić… Opowiadał, że w dawnych czasach żyto było takie, że wąż nie mógł przez nie przepełznąć, a koszono je po dwie dziesięciny dziennie, bo tyle wypadało na każdego żniwiarza; że miał wałacha, którego trzymał na łańcuchu, bo był taki silny i straszny; że kiedyś, ze sześćdziesiąt lat temu, ukradli mu dugę, której nie sprzedałby nawet za dwa ruble… Przekonany był, że rodzina jego nie umarła na cholerę, ale z tego powodu, że po pożarze przeniosła się na nocleg do nowej chałupy, nie dając się w niej przedtem przespać kogutowi, on zaś, Iwanuszka, uratował się z synem tylko dzięki przypadkowi, gdyż spał w stodole. Pod wieczór Iwanuszka wstawał i odchodził bez względu na pogodę, nie dając się namówić, aby pozostał do rana… Toteż przeziębił się i około Trzech Króli umarł w budce u syna. Syn prosił go, żeby się wyspowiadał, ale Iwanuszka nie zgodził się, mówiąc, że wtedy na pewno umrze, on zaś stanowczo postanowił „nie dać się” śmierci. Przez całe dni leżał nieprzytomny, ale nawet w malignie prosił synową, żeby powiedziała, iż go nie ma w domu, gdyby śmierć po niego zastukała. Pewnej nocy odzyskał przytomność, zebrał siły, zlazł z pieca i ukląkł przed obrazami oświetlonymi lampką oliwną. Ciężko wzdychając, długo mruczał i powtarzał: „Boże Ojcze, wybacz moje grzechy…”. Potem zamyślił się, długo milczał i głową przypadł do ziemi. Nagle wstał i rzekł stanowczo: „Nie, nie dam się!”. Ale z rana zobaczył, że synowa robi pierogi i mocno napaliła pod kuchnią… — To na mój pogrzeb? — spytał drgającym głosem. Synowa nie odpowiedziała. Stary znów zebrał siły, znów zlazł z pieca i wyszedł do sieni. Tak, prawda, o ścianę stała wsparta ogromna, fioletowa trumna z białymi, ośmioramiennymi krzyżami! Wtedy przypomniało mu się nagle, co to się zdarzyło trzydzieści lat temu sąsiadowi, staremu Łukjanowi. Łukjan zachorował i kupili mu trumnę — także drogą, dobrą trumnę! Przywieźli z miasta mąki, wódki, solonego sandacza, a Łukjan tymczasem wziął i wyzdrowiał! Co tu zrobić z trumną? Jak odbić sobie wydatki? Łukjana potem chyba przez lat pięć przeklinali, zgładzili go ze świata wymówkami, zamorzyli głodem, zadręczyli wszami i brudem… Iwanuszka, przypomniawszy sobie to wszystko, zwiesił głowę i pokornie podreptał do izby. A w nocy, leżąc na plecach nieprzytomny, zaczął drżącym, żałośliwym głosem śpiewać, śpiewać coraz ciszej, ciszej… I nagle zatrząsł kolanami, zaczkał, pierś podniosła mu się głębokim westchnieniem i z pianą na otwartych ustach stary zesztywniał… ------------------------------------------------ Kuźma przeleżał prawie miesiąc w łóżku z powodu Iwanuszki. Z rana w dzień Trzech Króli mówiono, że nawet ptak w locie zamarza, a Kuźma nie miał wojłokowych butów. Jednak pojechał, żeby spojrzeć na zmarłego. Ręce jego, skostniałe i złożone poniżej ogromnych piersi na czystej, zgrzebnej koszuli a zniekształcone naroślami i odciskami, nabytymi przez osiemdziesiąt lat pierwotnej, ciężkiej pracy, były tak ordynarne i straszne, że Kuźma pośpiesznie się odwrócił. A na włosy i na martwą, zwierzęcą twarz Iwanuszki nie miał odwagi nawet spojrzeć i czym prędzej zarzucił na nią biały perkal. A wówczas spod płachty uderzył duszący, wstrętny, słodkawy zapach… Aby się rozgrzać, Kuźma napił się wódki i posiedział przed rozżarzonym piecem. W budce dróżnika było ciepło i po świątecznemu czysto; u wezgłowia szerokiej, fioletowej trumny zakrytej perkalem mrugał złocisty ogienek woskowej świeczki, przylepionej do narożnego ciemnego obrazu… Jaskrawo barwił się łubkowy obraz: sprzedaż Józefa przez braci. Rozmowna żołnierka lekko podnosiła na hakach i wsuwała do pieca pudowe kotły, wesoło mówiła o rządowych drwach i wciąż upraszała gościa, aby pozostał do powrotu ze wsi jej męża. Ale Kuźmę rozbierała gorączka. Twarz pałała od wódki, która niby trucizna rozeszła się po całym przemarzłym ciele, a do oczu zaczęły bez przyczyny napływać łzy… I nie rozgrzawszy się, Kuźma pojechał wśród białych, falujących pól do Tichona Iljicza. Pokryty szronem, biały, kudłaty mierzyn biegł szybko, śledziona w nim grała, i a z nozdrzy biły mu słupy szarej pary; płozy skrzypiały i piszczały na twardym śniegu; z tyłu w mroźnych kręgach żółciło się słońce; z przodu, z północy, leciał wiatr, którego lodowaty podmuch aż dech tamował; drogowskazy pochylały się pod gęstym, kędzierzawym szronem; szare, duże dzwońce leciały chmarą przed koniem, rozsypywały się po połyskującej drodze, dziobały zmarzły nawóz, znów się podrywały i znów rozlatywały. Kuźma spoglądał na nie przez ciężkie, białe rzęsy i czuł, że zdrewniała twarz z białymi kłakami wąsów i brody stała się podobna do karnawałowej maski… Słońce zachodziło, śnieżna falistość pól przybierała martwy, zielonkawy odcień w jego pomarańczowym blasku, a od jej wypukłości i zapadlin ciągnęły się niebieskie cienie… Kuźma zawrócił na miejscu konia i popędził go z powrotem do domu. Słońce zaszło; w domu, za zamarzniętymi, szarymi szybami mętnie błyskało światło. Zapadł szarawy, siny zmierzch, na świecie zrobiło się odludnie i zimno. Śniegułka, wisząca w klatce przy oknie do ogrodu, zdechła, prawdopodobnie z powodu machorki, i leżała do góry nóżkami, napuszywszy piórka i rozdąwszy czerwone gardziołko. — Już gotowa! — powiedział Kuźma i wziął ją do wyrzucenia. I nagle cała ta Durnowka, zakopana w zamarzłym śniegu, tak zupełnie oddalona od świata w smutny wieczór wśród stepowej zimy, przeraziła Kuźmę. To już chyba koniec! Rozpalona głowa taka otumaniona i ciężka; trzeba zaraz się położyć… Ale pewno nigdy się już wówczas nie wstanie… Skrzypiąc łapciami po śniegu, zbliżała się do ganku Młoda z wiadrem w ręku. — Chory jestem, Duniuszka — z serdecznością w głosie powiedział Kuźma w nadziei, że od niej również posłyszy dobre słowo. Ale Młoda obojętnie i sucho powiedziała: — To nastawić samowar czy co? I nawet nie zapytała, co mu się stało. Nie spytała też o Iwanuszkę… Kuźma wrócił do ciemnego pokoju i drżąc na całym ciele, pomyślał, jak i dokąd będzie teraz chodził za potrzebą. Po czym położył się na kanapie… A następnie wieczory pomieszały się z nocami, noce z dniami i rachunek ich zagubił się zupełnie. W czasie pierwszej nocy Kuźma obudził się około trzeciej i zastukał pięścią w ścianę, żeby mu dano coś do picia; przez sen męczyło go pragnienie oraz myśl, czy aby wyrzucono śniegułkę. Nikt się na stukanie nie odezwał, gdyż Młoda poszła na noc do czeladnej. Wtedy Kuźma przypomniał sobie i poczuł, że jest śmiertelnie chory, i ogarnął go taki smutek, jakby przebudził się w mogile. Więc pusto jest w przedpokoju, gdzie pachnie śniegiem, słomą i uprzężą! Więc on, chory i bezradny, leży samotny w tym ciemnym, obmarzłym domku, gdzie okna mętnie szarzeją wśród martwej ciszy niekończącej się zimowej nocy, a przy jednym z nich wisi bezużyteczna klatka! — Boże, zmiłuj się nade mną, Boże, zmiłuj się choć trochę! — zaszeptał, podnosząc się i drżącymi rękami szukając czegoś po kieszeniach. Chciał zapalić zapałkę. Szept jego był gorączkowy, w rozpalonej głowie szumiało i dzwoniło, a ręce i nogi lodowaciały… Przyjechała Kławdia, raptownie otworzyła drzwi, złożyła jego głowę na poduszce i usiadła na krześle przy kanapie… Ubrana była jak pani: szubka aksamitna, czapeczka i mufka z białego futra; ręce jej pachniały perfumami, oczy błyszczały, policzki zarumieniły się od mrozu… „Ach, jak dobrze wszystko się rozwiązało!”, szeptał ktoś… Ale niedobrze, że Kławdia nie zapaliła z jakiegoś powodu światła. Przyjechała nie do niego, lecz na pogrzeb Iwanuszki… Potem zaśpiewała niespodzianie z akompaniamentem gitary: „O rycerzu śmiały, jakże biedny dom twój… ”. Potem wszystko od razu znikło, Kuźma otworzył oczy — z owego tajemniczego, zatrważającego i przykrego, co napełniało mu głowę niedorzecznymi bzdurami, nie zostało ani śladu. Zobaczył znowu ciemny, zimny pokój, rozumiał, że wszystko wokoło jest proste, bardzo proste, a on — taki chory i sam, zupełnie sam… W śmiertelnym lęku zatruwającym mu duszę na początku choroby Kuźma bredził o śniegułce, o Kławdii, o Woroneżu, ale nawet w malignie nie opuszczała go myśl, iż musi powiedzieć komuś, żeby choć w tym wypadku ulitowali się nad nim i nie pochowali go w Kołodezi. Ale, mój Boże, czyż nie szaleństwem jest nadzieja, że w Durnowce ktokolwiek będzie miał litość! Pewnego dnia, gdy palono w piecu, Kuźma oprzytomniał i spokojne głosy Koszela oraz Młodej wydały mu się tak bezlitosne, obce i dziwne, jak bezlitosne, obce i dziwne wydaje się zazwyczaj chorym codzienne życie zdrowych. Chciał zawołać, kazać samowar nastawić, ale oniemiał, o mało nie zapłakał, usłyszawszy zły szept Koszela mówiącego, naturalnie, o nim, o chorym… A Młoda odpowiedziała urywkowo: — Ach, niech go tam! Jak umrze, to go pochowają… Potem ssący smutek zaczął słabnąć. Przedwieczorne słońce świeciło w okna poprzez gałęzie akacji. Siniał dym z tytoniu. Przy łóżku siedział staruszek-felczer, pachnący lekarstwami i mroźną świeżością, a oddzierający od wąsów sople lodu. Na stole kipiał samowar, a Tichon Iljicz, wysoki, siwy i surowy, stojąc przy stole, zaparzał wonną herbatę. Felczer wypijał osiem, dziesięć szklanek, mówił o swoich krowach, o cenach na mąkę i masło, a Tichon Iljicz opowiadał, jak pięknie i bogato pochowano Nastasję Pietrownę i jak jest zadowolony, że znalazł się na koniec kupiec na Durnowkę. Kuźma zrozumiał, że Tichon Iljicz dopiero co wrócił z miasta i że Nastasja Pietrowna umarła tam nagle w drodze na dworzec; zrozumiał, że pogrzeb kosztował Tichona Iljicza strasznie dużo i że wziął już zadatek na Durnowkę… Ale był zupełnie obojętny… Obudziwszy się pewnego razu późno i nie czując ani osłabienia, ani drżączki w nogach, zasiadł do samowaru. Dzień był pochmurny, ciepły, a śnieg spadł ogromny. Znacząc go śladami krzyżyków od łapci, przeszedł pod oknem Szary. Wokoło niego, obwąchując jego obdarte łachmany, biegły owczarki, on zaś ciągnął za uzdę wysokiego, brudnokasztanowatego konia, koślawego ze starości i chudości, z grzbietem przetartym od chomąta, z pobitym zadem i z nieczystym, rzadkim ogonem. Zwierzę kusztykało na trzech nogach, a czwartą, złamaną powyżej kolana, wlokło za sobą. I Kuźma przypomniał sobie, że trzy dni temu Tichon Iljicz kazał Szaremu uraczyć owczarki: znaleźć dla nich na zarżnięcie starego konia. Zresztą Szary niekiedy zajmował się tym, że skupywał na skórę bydło zdechłe albo już nieprzydatne. Tichon Iljicz opowiedział pewnego razu, że Szaremu zdarzył się niedawno straszny wypadek: przed zarżnięciem jakiejś szkapy Szary zapomniał spętać jej nogi i tylko ją związał oraz odciągnął w bok mordę; kiedy przeżegnawszy się, uderzył ją cienkim nożykiem w żyłę przy obojczyku, koń zaryczał i rycząc tak, szczerząc z wściekłości i bólu żółte zęby, rzucił się na swego zabójcę, długo, jak człowiek, gonił go, a fontanna czarnej krwi biła z jego szyi; byłby go dopadł, ale na szczęście „śnieg był głęboki”… Na Kuźmie zrobił ten wypadek takie wrażenie, że teraz, spojrzawszy przez okno, znowu poczuł ciężar w nogach. Prędko zaczął łykać gorącą herbatę i jakoś mu się lepiej zrobiło. Zapalił papierosa, posiedział… Wreszcie wstał, wyszedł do przedpokoju i spojrzał na nagi, rzadki sad za odtajałym oknem: w sadzie, na śnieżnobiałym tle polany czerwieniał wielki, krwawy kadłub zwierzęcia z długą szyją i odartym ze skóry łbem; dwa stare granatowo-czarne kruki podskakiwały bokiem do padliny, podrywały się, kiedy psy z wyciem rzucały się na nie, i znowu przysiadały na dziewiczo czystym śniegu. „Iwanuszka, Szary, kruki…”, pomyślał Kuźma. „Te kruki pamiętają może jeszcze czasy Iwana Groźnego… Boże, zlituj się nade mną, wyprowadź mnie stąd!”. Niedomagał Kuźma jeszcze ze dwa tygodnie. Myśl o wiośnie wzruszała go, napełniała smutkiem i radością: oby jak najprędzej wydostać się z tej Durnowki! Kuźma wiedział, że do końca zimy jeszcze daleko, ale zaczęło już tajać. Pierwszy tydzień lutego był ciemny i mglisty. Mgła skrywała pola i pochłaniała śnieg. Wieś czerniała, między brudnymi zaspami stała woda; pewnego dnia strażnik, cały opryskany końskim gnojem, stępa przejechał przez wieś. Koguty piały, z wentylatora ciągnęła wiosenna wilgoć… Kuźmie zachciało się żyć, żyć, wyczekiwać wiosny, wyjechać do miasta… Żyć, poddawać się losowi i robić byle co, choćby za suchy kawałek chleba… Aby tylko koniecznie — u brata, bez względu na to, jaki on jest… Przecież gdy Kuźma był chory, Tichon proponował mu już przeniesienie się na Worgoł. — Dokądże mam ciebie wyganiać — rzekł wówczas, pomyślawszy. — Od pierwszego marca sprzedaję także sklep z domem. Wiesz co, bracie? Jedźmy do miasta! Aby dalej od tych hyclów! Bo rzeczywiście byli to hycle. Przyszła jednodwórka i opowiedziała szczegóły niedawnej historii, która się przytrafiła Szaremu. Wrócił z Tuły Deniska; wałęsał się bez zajęcia, rozpowiadając po wsi, że chce się żenić, że ma pieniądze i że wkrótce zacznie żyć jak pan. Wieś z początku nazywała to gadanie kłamstwami, ale potem, dzięki aluzjom Deniski, zrozumiała, o co to chodzi. A wtedy uwierzyła. Nawet Szary uwierzył i zaczął starać się o względy syna. Lecz obdarłszy konia, otrzymawszy od Tichona Iljicza rubla i zarobiwszy na skórze 50 kopiejek, zhardział i zahulał — pił dwa dni, zgubił fajkę i wreszcie położył się na piec, żeby wypocząć. Głowa go bolała i nie miał co palić; zaczął więc zrywać na papierosy gazety i różne obrazki, którymi Denis okleił sufit. Robił to, naturalnie, ukradkiem, ale pewnego razu Deniska przyłapał go na gorącym uczynku. Przyłapał i jak nie wrzaśnie!… Szary po pijanemu także zrazu ryknął, a Denis ściągnął go z pieca i tak długo okropnie bił, dopóki nie zbiegli się sąsiedzi. Co prawda zgoda została zawarta już na drugi dzień przy wódce i obwarzankach, ale Kuźma zastanawiał się, czy Tichon Iljicz nie jest również łajdakiem jak tamci, jeżeli z takim uporem wariata obstaje przy małżeństwie Młodej z jednym z tych hyclów? Po raz pierwszy usłyszawszy o tym, Kuźma stanowczo postanowił nie dopuścić do ślubu. Toż to okropne! Toż to bezsensowne! A potem, gdy po chorobie wracał do zdrowia, nawet cieszył się tym nonsensem: zadziwiła go i uderzyła obojętność Młodej dla niego, dla człowieka chorego. „Zwierzę!” myślał, „dzikuska” i przypominając sobie projektowane małżeństwo, dodawał ze złością: „Doskonale! Dobrze jej tak!”. Teraz po chorobie znikły stanowczość i złość. Pewnego razu zagadnął Młodą o zamiary Tichona Iljicza, a ta odrzekła spokojnie: — No cóż? Mówiłam już o tym z Tichonem IIjiczem. Niech Pan Bóg da mu dobre zdrowie, dobrze to wymyślił. — Dobrze? — zdumiał się Kuźma. Młoda popatrzyła na niego i pokiwała głową. — A dlaczego nie dobrze? Dziwny z pana człowiek, Kuźmo Iljiczu, jak Boga kocham! Pieniądze obiecuje, wesele wyprawi… Nie wynalazł także jakiegoś wdowca, a chłopa jak się patrzy, bez feleru, nie zgniłego, nie pijaka… — Za to łajdaka, awanturnika i skończonego durnia — dodał Kuźma, a Młoda spuściła oczy, zamilkła, westchnęła i odwróciwszy się, poszła do drzwi. — To już pańska rzecz — rzekła z drżeniem w głosie. — Jak tam pan uważa… Może wola boska… Kuźma szeroko otworzył oczy i krzyknął: — Czekaj! Zwariowałaś czy co! Czy ja ci źle życzę? Młoda odwróciła się i zatrzymała. — A może nie? — ordynarnie i z oburzeniem rzekła, poczerwieniawszy i błyskając oczami. — Gdzież ja podług pana pójdę? Wiecznie cudze progi obijać, cudzy chleb jeść? Włóczyć się jak ta bezdomna żebraczka? A może wdowca starego szukać? Za mało łez wylałam? — głos jej się załamał, rozpłakała się i wyszła. Wieczorem Kuźma przekonał ją, że ani myślał psuć jej zamiarów, ona zaś uwierzyła na koniec i uśmiechnęła się ciepło i nieśmiało. — No, to dziękuję pięknie — rzekła owym miłym tonem, jakim mówiła z Iwanuszką. Ale nagle na rzęsach jej ukazały się znowu łzy i Kuźma aż ręce rozłożył. — No, i czego teraz buczysz? — spytał, a Młoda odpowiedziała z cicha: — Toż przecież i Deniska nie radość… Koszel przywiózł z poczty gazety prawie z półtora miesiąca. Dni mijały ciemne, mgliste i Kuźma od rana do wieczora czytał, siedząc przy oknie. A przeczytawszy, skamieniał oszołomiony ilością nowych egzekucji. Przedtem przy czytaniu gazet dusiła go wściekłość, wściekłość bezpłodna, gdyż wrażliwość człowieka wprost nie mogła pojąć przeczytanego. Teraz już tylko ziębły mu palce. Tak, tak, wściekanie się, nie pomoże. Wszystko rozwija się planowo… Wedle stawu grobla… Podniósł pan głowę: białe ziarenka śniegu sypały ukośnie, padając na nędzną wioszczynę, na wyboiste, brudne drogi, koński nawóz, na lód i wodę; szary tuman zakrywał bezgraniczne pola, całą tę wielką pustynię z jej śniegami, lasami, siołami i miastami, całe to królestwo głodu i śmierci… — Awdotia! — krzyknął Kuźma, podnosząc się z miejsca. — Powiedz Koszelowi, niech zaprzęga konia do sanek. Jadę do brata. ------------------------------------------------ Tichon Iljicz był w domu. W perkalowej, zapiętej na ramieniu koszuli, śniady, z białą brodą, z nastroszonymi, siwymi brwiami, wielki i silny, siedział przy samowarze i zaparzał herbatę. — A! Braciszek! — zawołał przyjaźnie, nie rozchmurzając brwi. — Wylazłeś na świat boży! Słuchaj no, czy by nie za wcześnie? — Bardzo się już stęskniłem, bracie — całując się z nim, odpowiedział Kuźma. — No, jakeś się stęsknił, to siadaj, ogrzej się i pogadamy… Wypytawszy jeden drugiego, czy nie ma jakich nowości, w milczeniu zaczęli pić herbatę, a potem zakurzyli. — Bardzoś wychudł, bracie — powiedział Tichon Iljicz, zaciągając się i spode łba patrząc na Kuźmę. — Jest z czego — odpowiedział cicho Kuźma. — Nie czytasz gazet? Tichon Iljicz uśmiechnął się. — Co, te łgarstwa? Jakoś Bóg strzeże! — Gdybyś wiedział ile egzekucji! — Egzekucji? Dobrze im tak! Nie słyszałeś, co się stało pod Jelcem, w chutorze braci Bykowów? Pamiętasz chyba, tych co to „r” mówią jak „h”? Siedzą sobie podobno razu pewnego, jak my teraz we dwóch, wieczorkiem i grają w szachy… Nagle… Co się dzieje? Tupot na ganku, krzyki: „Otwierać!”. I zanim jeszcze tamci zdążyli, bracie, choćby okiem mrugnąć, wwala się do pokoju ich parobek, chłop w rodzaju Szarego, a za nim dwa draby jakieś, krótko mówiąc, agitatory… A wszyscy z łomami w rękach… Podnieśli te łomy i wrzeszczą: „Ręce do góry! Psia wasza mać!”. Bykowowie przestraszyli się, naturalnie, śmiertelnie, zerwali się i krzyczą: „O co chodzi?”. A ci swoje: „Do góry!” i „Do góry”! Tichon Iljicz uśmiechnął się ponuro i zamyśliwszy się, umilkł. — Dokończże — powiedział Kuźma. — Nie ma co kończyć… Podnieśli, naturalnie, ręce i pytają: „Czego właściwie chcecie?” „Szynki dawaj! Gdzie masz klucze?”. „A ty, sukinsynu, sam nie wiesz, gdzie są? No, tam, wiszą przy drzwiach na gwoździu…”. — I to wszystko z podniesionymi rękami? — przerwał mu Kuźma. — Naturalnie, że z podniesionymi. No, ale dostaną oni teraz za te ręce! Powieszą ich naturalnie. Siedzą już, gołąbki, w kryminale… — Za szynkę powieszą?! — Chyba nie pochwalą, Boże odpuść — odrzekł na wpół z gniewem, na wpół żartobliwie Tichon Iljicz. — Przestań się indyczyć, jak Boga kocham, przestań z siebie robić Bałaszkina! Najwyższa pora już raz przestać… Kuźma szarpnął swoją siwą bródkę. Jego wymęczona, szczupła twarz, smutne oczy i podniesiona w górę lewa brew odbijały się w lustrze. Popatrzywszy na siebie, zgodził się cicho: — Indyczyć się? Pewnie, że pora… Najwyższy czas… I Tichon Iljicz skierował rozmowę na interesy. Widocznie dlatego zamyślił się niedawno w trakcie rozmowy, że przypomniał sobie coś o wiele ważniejszego niż więzienie i egzekucje, że przypomniał sobie o jakimś interesie. — Powiedziałem Denisce, żeby zrobił już raz koniec z tą całą historią — przemówił twardo, wyraźnie, surowo, garścią podsypując herbatę do czajnika. — I proszę cię, braciszku, weź i ty w niej udział, niby… W tej całej historii. Rozumiesz, że mnie to jakoś niezręcznie. Potem przeprowadź się tutaj. Świetnie nam, bracie, będzie! Jak już raz postanowiliśmy wszystko skasować, nie ma po co tam siedzieć bez sensu. Tylko wydatki robią się podwójne. A jak się przeprowadzisz, to zaprzężemy się razem. Zwalimy z pleców ciężar, dostaniemy się, da Bóg, do miasta i dopiero tam weźmiemy się do roboty, do prawdziwej roboty! Tutaj, w tej dziurze, nie nożna się rozwinąć. Otrząśniemy tutejszy pył z naszych sandałów i niechaj to wszystko diabli porwą! Nie zakopiemy się tu przecież żywcem! Ja, bracie, zauważ — dodał, marszcząc brwi, wyciągając przed siebie ręce i zaciskając pięści — jeszcze dam sobie radę! Za wcześnie, żebym leżał na przypiecku! Ja jeszcze diabła za rogi schwycić potrafię! Kuźma słuchał, patrząc prawie ze strachem na jego nieruchome, obłąkane oczy, na wykrzywiające się usta, które drapieżnie i dobitnie wymawiały każde słowo — słuchał i milczał. Wreszcie spytał: — Powiedz ty mi, bracie, na miłość boską, co ci przyjdzie z tego małżeństwa? Nie rozumiem, Bóg mi świadkiem, że nie rozumiem! Na tego twojego Deniskę po prostu patrzeć nie mogę. To taki nowy typek, taka nowa Rosja! Będzie jeszcze gorsza niż dawna! Nie zwracaj uwagi na to, że on udaje wstydliwego, sentymentalnego, że robi ze siebie głuptaska: w rzeczywistości to tylko cyniczne zwierzę! Opowiada o mnie, że żyję z Młodą… — No, ty w niczym nie znasz miary — przerwał, zasępiwszy się, Tichon Iljicz. — Sam ciągle przecież gadasz w kółko: nieszczęsny lud, nieszczęsny lud! A teraz nagle: zwierzę! — Tak jest, gadam i zawsze będę gadał! — gorąco podchwycił Kuźma. — Ale sam już teraz nic nie wiem! Nic już nie rozumiem: albo nieszczęsny, albo… Posłuchaj, sam przecież tego chłopaka nienawidzisz! Obydwaj nienawidzicie się wzajemnie! On inaczej przecież o tobie nie mówi, jak „hycel, aż do krwi żre naród”, a ty znowu od hyclów wymyślasz jemu! Chwali się bezczelnie po wsi, że on teraz pański kum… — Wiem, wiem! — znowu przerwał Tichon Iljicz. — A wiesz, co mówi o Młodej? — nie słuchając, ciągnął Kuźma. — Taka jest przecież ładna, ma taką delikatną, białą cerę, a wiesz, jak to głupie zwierzę o niej mówi? „Niczym z kafli, ścierwo”! Zrozum, na koniec, że przecież on teraz nie będzie żył we wsi: na łańcuchu nie utrzymasz przecież na wsi tego włóczęgi. Jakiż to gospodarz? Jaka z niego głowa rodziny? Wczoraj, słyszę, idzie po wsi i śpiewa kurwim głosikiem: „Przepiękna jak anioł w niebiosach, przebiegła jak demon i zła…”. — Wiem! — krzyknął Tichon Iljicz. — We wsi mieszkać nie będzie, za żadne skarby nie będzie! No i niech go diabli! A że marnym jest gospodarzem, to co? Przecież i my obaj także jesteśmy ładni gospodarze! Kiedyś w karczmie o interesie mówiłem do ciebie, a ty, pamiętasz, przepiórki słuchałeś. A co dalej, co dalej było…? — Jak to, co dalej? I jaki to ma związek z przepiórką? — zapytał Kuźma. Tichon Iljicz zabębnił palcami po stole i surowo, dobitnie oddzielając słowa, powiedział: — Zauważ: wodę ważyć, woda będzie. Słowo moje święte jest na wieki wieków. To, co raz powiedziałem, zrobię. Aby zmazać mój grzech, nie będę świeczki stawiał, ale wyświadczę komuś dobro. Chociaż jedną ofiarę zrobię, ale taką, że Bóg o mnie nie zapomni. Kuźma zerwał się z miejsca. — Bóg, Bóg! — wykrzyknął falsetem. — Jaki tam dla nas Bóg! Jakiego Boga może mieć taki Deniska, Akimka, Mieńszow, Szary, ty albo ja? — Poczekaj — surowo powiedział Tichon Iljicz. — Co to znowu za jakiś Akimka? — Ot, jak leżałem, prawie już zdychałem, to dużo o nim myślałem! Jedno tylko myślałem: że nic o nim nie wiem i myśleć w ogóle nie umiem! — krzyczał Kuźma. — Nie nauczyli! I, rozglądając się wokoło rozbieganymi, cierpiącymi oczami, zapinając i rozpinając marynarkę, przeszedł przez pokój i stanął tuż przed Tichonem Iljiczem. — Zapamiętaj sobie, bracie — powiedział, a skóra na jego wystających kościach policzkowych poczerwieniała. — Zapamiętaj sobie: nasza piosenka skończona. I żadne świeczki nas nie uratują. Słyszysz? My jesteśmy tylko durnowcy. Z nas już ani Pan Bóg, ani diabeł pociechy mieć nie będzie! I zamilkł ze wzruszenia, nie mogąc znaleźć słów. Ale Tichon Iljicz już rozmyślał nad czymś innym i nagle potwierdził: — Racja. Po diabła taki naród! Pomyśl tylko… Uderzony nową myślą, ożywił się: — Pomyśl tylko, orzą już tysiąc lat. Co mówię, więcej niż tysiąc! Ale nikt nie umie porządnie orać! Jedyna to ich praca, a i tej nie potrafią wykonać! Nie wiedzą, kiedy należy w pole jechać, kiedy kosić, kiedy siać! „Jak inni robią, tak i ja!”, mówi każdy. Zauważ tylko! — marszcząc brwi, surowo krzyknął Tichon Iljicz, jak niegdyś na niego krzyczał Kuźma. — „Jak inni robią, tak i ja!”. Żadna baba nie potrafi upiec chleba: z wierzchu cała skórka odpada, a pod nią kwaśna woda! Kuźma stropił się, czując, że myśli mu się plączą. „Zwariował!”, pomyślał, wodząc bezmyślnymi oczami za bratem, zapalającym lampę. A Tichon Ijicz, nie dając mu oprzytomnieć, z uniesieniem ciągnął dalej: — Lud! Wiecznie klnący, próżniaki, łgarze, a tacy bezwstydni, że jeden drugiemu nie wierzy. Zauważ — krzyknął, nie widząc, że zapalony knot płonie i kopci aż pod sufit. — Rozumiesz, nie tylko nie wierzą nam, ale sami sobie nawzajem! A wszyscy oni jednacy, wszyscy! — zakrzyczał płaczliwym głosem i z hałasem nasadził szkło na lampę. Za oknami posiniało. Świeży, biały śnieg sypał się na kałuże. Kuźma spoglądał nań i milczał. Rozmowa wzięła tak niespodziewany obrót, że jego uniesienie zgasło. Nie wiedząc, co począć, nie odważając się patrzeć we wściekłe oczy brata, zaczął skręcać papierosa. „Zwariował!”, myślał beznadziejnie. „Ale dobrze mu tak! Zresztą wszystko jedno! Wszystko jedno! Koniec wszystkiemu”. Tichon Iljicz zakurzył również i powoli się uspokoił. Usiadł i patrząc w płomień lampy, zamruczał cicho: — A ty mówisz „Deniska”… Słyszałeś o tym, co narobił pielgrzym Makar Iwanowicz? Wspólnie z przyjacielem złapał na drodze jakąś babę; zawlekli ją we dwóch do stróżówki w Kliuczykach i przez cztery dni chodzili do niej i kolejno ją gwałcili… No, teraz siedzą w kryminale… — Tichonie Iljiczu — dobrotliwie powiedział Kuźma — Co ty pleciesz? Po co? Chyba jesteś niezdrów. Przeskakujesz od jednego do drugiego, teraz twierdzisz to, a za chwilę co innego… Czy ty nie za wiele pijesz? Tichon Iljicz nie odpowiedział. Machnął tylko ręką, a w oczach utkwionych w ogień błysnęły łzy. — Pijesz? — niegłośno powtórzył Kuźma. — Piję — cichutko odpowiedział Tichon Iljicz. — Jakże tu nie zacząć pić? Myślisz, że łatwo zdobyłem złotą klatkę? Myślisz, że łatwo było przeżyć niby pies na łańcuchu i do tego ze staruchą? Dla nikogo, bracie, nie miałem litości… Ale i mnie nikt nie pożałował! Myślisz, że nie wiem, jak mnie nienawidzą? Myślisz, że gdyby się tak chłopkom rewolucja udała, gdyby tak popręg puścił, nie zamordowaliby mnie w okrutny sposób? Poczekaj, poczekaj, doczekamy się tego jeszcze! Dosyć nadokuczaliśmy im! — A za szynkę… To trzeba zaraz wieszać? — zapytał Kuźma. — No, zaraz wieszać!… — odezwał się Tichon Iljicz ze zbolałą miną. — Ja to przecież tylko tak przy okazji powiedziałem. — Ale przecież ich powieszą! — To już nie nasza sprawa. Przed Wszechmocnym będą odpowiadali tamci. I ściągnąwszy brwi, zamknął oczy w zamyśleniu. — Ach — powiedział ze skruchą, wzdychając głęboko. — Ach, bracie miły, niedługo i my staniemy na sądzie przed jego tronem. Czytam wieczorami brewiarz i płaczę, szlocham nad samą tą książką. W głowę zachodzę, jakże to można było takie słodkie słowa wymyślić! Ot, poczekaj… I, uniósłszy się pośpiesznie, wyciągnął zza lustra grubą książkę w kościelnej okładce, drżącymi rękami włożył okulary i ze łzami w głosie, śpiesząc się, jakby w obawie, że mu ktoś przerwie, zaczął czytać: — Płaczę i szlocham, gdy wspomnę o śmierci i widzę piękność naszą, stworzoną na obraz boży, leżącą w grobie, wstrętną, oniemiałą, pozbawioną ludzkiego wyglądu… Zaiste, wszystko ludzkie: proch i marność, życie to sen i mara. Albowiem bezcelowe jest życie wszystkiego ziemskiego. Pismo Święte mówi: „Wówczas pokój osiągniemy, gdy legniemy w grobie, gdzie wspólnie przebywać będą królowie i żebracy…”. — Królowie i żebracy! — z zachwytem i smutkiem powtórzył Tichon Iljicz i pokiwał głową. — Przepadło życie, braciszku! Miałem ja kiedyś, rozumiesz, kuchtę niemowę; podarowałem jej chustkę zagraniczną, a ona, głupia, zniszczyła ją, nosząc na lewej stronie… Rozumiesz? Z głupoty i chciwości. Szkoda jej było nosić na prawej stronie na co dzień, ot, aby święta doczekać. A gdy święto przyszło, z chustki już same łachmany pozostały… Tak i ja… Z życiem swoim zrobiłem. Zaprawdę, tak zrobiłem! W powrotnej drodze do Durnowki Kuźma odczuwał tylko jedno: jakąś tępą nudę. I w tym nastroju przeszły ostatnie dni jego pobytu na wsi. ------------------------------------------------ Przez cały ten czas padał śnieg. W zagrodzie Szarego na to czekano tylko, aby się drogi poprawiły na dzień wesela. Pod wieczór dwunastego lutego w półmroku zimnego przedpokoju odbywała się cicha rozmowa. Pod piecem stała Młoda, nasunąwszy na czoło żółtą chustkę w czarne groszki i patrzyła na swoje łapcie. Koło drzwi stał krótkonogi Deniska bez czapki, w ciężkim, zwieszającym się z ramion kaftanie. I on również patrzał w dół na półbuciki o podkutych obcasach, które trzymał w rękach: były one własnością Młodej. Deniska naprawił je i przyszedł, aby odebrać należne za robotę pięć kopiejek. — Ależ nie mam pieniędzy — mówiła Młoda. — A Kuźma Iljicz właśnie śpi. Poczekaj do jutra. — Ja czekać nie mogę — przeciągle i w zamyśleniu odpowiedział Deniska, dłubiąc paznokciem koło podkówki. — No, to co będzie? Deniska pomyślał, westchnął i potrząsnąwszy gęstą czupryną, nagle podniósł głowę. — Na co po próżnicy mleć ozorem — powiedział głośno i stanowczo, nie patrząc na Młodą i starając się przemóc zażenowanie. — Czy Tichon Iljicz mówił z tobą? — Mówił — odpowiedziała Młoda — aż mi się już uprzykrzyło. — No, to ja zaraz z ojcem tu przyjdę. Wszystko jedno, Kuźma Iljicz i tak zaraz wstanie, bo to pora na herbatę… Młoda zastanowiła się. — Twoja sprawa… Deniska postawił buciki na parapecie okna i wyszedł, nie wspominając już o pieniądzach. A w pół godziny później na ganku rozległ się stuk obijanych ze śniegu łapci — to Deniska powracał z Szarym, który nie wiadomo dlaczego przewiązał kaftan na biodrach czerwonym pasem. Kuźma wyszedł do nich. Deniska i Szary długo żegnali się, patrząc w ciemny kąt, potem potrząsnęli głowami i podnieśli twarze. — Swat, nie swat, lecz dobry człowiek! — bez pośpiechu zaczął Szary niezwykle niedbałym i niewymuszonym tonem. — Ty masz do oddania przybraną córkę, ja syna do żeniaczki. Dla ich szczęścia pogadamy sobie w dobrej zgodzie. — Przecież ona ma matkę — powiedział Kuźma. — Jej matka nie jest gospodynią, a wdową bezdomną, izba jej zamknięta, a ona sama nie wiadomo, gdzie się znajduje — odpowiedział Szary niezbity z tropu. — Ty się sierotą zajmij! I z powagą nisko się pokłonił. Powstrzymując bolesny uśmiech, Kuźma kazał przywołać Młodą. — Biegnij, szukaj — szeptem jakby w cerkwi rozkazał Szary Denisce. — Ależ ja tu jestem — powiedziała Młoda, wychodząc zza drzwi od strony pieca, i ukłoniła się Szaremu. Zapanowało milczenie. Samowar, świecący w ciemnościach rozżarzonym rusztem, stał na podłodze, kipiał i bulgotał. Twarze były niewidoczne, ale wyczuwało się, że wszyscy są zmieszani. — No cóż, córko, jakże będzie? — powiedział Kuźma. Młoda zastanowiła się. — Ja tam nic do niego nie mam… — A ty, Denis? Denis również chwilę pomilczał, a następnie rzekł: — Cóż, ożenić się i tak kiedyś trzeba… Może, Bóg da, jakoś to będzie. I swaci zaczęli sobie winszować wzajemnie ubicia interesu. Samowar został wyniesiony do czeladnej. Jednodwórka, która najpierwsza dowiedziała się o nowinie i przyleciała z Cypla, zapaliła w czeladnej lampkę, posłała Koszela po wódkę i słonecznikowe ziarna, usadziła narzeczonych pod wizerunkami świętych, nalała im herbaty, a sama usiadła obok Szarego i aby przerwać zażenowanie, zaczęła wysokim i przenikliwym głosem śpiewać, spoglądając na Deniskę, na jego ziemistą twarz i długie rzęsy: A tam u nas w ogródeczku, Tam, gdzie wino kwitnie, Chłopiec chodził młodziusieńki, Piękny, bielusieńki… Kuźma zaś wałęsał się z kąta w kąt po ciemnym salonie, krzywił się i mruczał: — Oj, Boże! Oj, co za wstyd, co za nonsens, co za ograniczenie… Nazajutrz każdy, kto tylko dowiadywał się od Szarego o tej uczcie, uśmiechał się i doradzał: „Pomógłbyś choć trochę młodym!”. To samo powiedział Koszel: „Ich sprawa — jak to młodych, a młodym trzeba pomagać!”. Szary poszedł w milczeniu do domu i Młodej, która prasowała w przedpokoju, przyniósł dwa kociołki i motek czarnych nici. — Masz tu, narzeczono — powiedział z zakłopotaniem. — No masz, teściowa przysłała. Może się na co przyda… Nic przecie nie mamy, ale jakby tylko co było, ze skóry bym wyskoczył… Młoda skłoniła się i podziękowała. Prasowała firankę, którą jej Tichon Iljicz „zamiast welonu” przysłał, a oczy miała czerwone i wilgotne. Szary chciał ją pocieszyć, powiedzieć, że i jemu „niesłodko”, ale zażenował się, westchnął i wyszedł, pozostawiając kociołki na parapecie. – Nici włożyłem do kociołka — mruknął. — Dziękuję, ojczulku — raz jeszcze podziękowała Młoda tym samym dziwnym i dobrotliwym głosem, jakim rozmawiała tylko z Iwanuszką. A gdy tylko Szary wyszedł, lekko i drwiąco uśmiechnęła się i nieoczekiwanie zaśpiewała: „A tam u nas w ogródeczku…”. Kuźma wyszedł z salonu i surowo popatrzył na nią sponad binokli. Młoda zamilkła. — Posłuchaj — powiedział Kuźma — a może by tak dać spokój temu wszystkiemu? — Teraz już za późno — odpowiedziała niegłośno. — Już i tak wstyd mnie nie ominie… Czy to wszyscy nie wiedzą, za czyje pieniądze będzie wesele? No, i wydatki już się przecież zaczęły… Kuźma wzruszył ramionami. Prawda, równocześnie z firanką Tichon Iljicz przysłał dwadzieścia pięć rubli, worek mąki pszennej, jagieł i chudą świnię… Ale przecież dlatego, że świnię zakłuto, nie mogą się ludzie zmarnować! — Och — powiedział Kuźma. — Jak wy mnie męczycie! „Wstyd, wydatki…”. Cóż ty myślisz, żeś tańsza od świni? — Tańsza, nie tańsza, ale jak kto umarł, to go pochowają — twardo i z prostotą odpowiedziała Młoda i westchnąwszy, złożyła starannie wyprasowaną i jeszcze ciepłą firankę. — Czy pan będzie zaraz jadł obiad? Twarz jej przybrała wyraz spokoju. „Basta, z tego nic już nie będzie!”, pomyślał Kuźma i rzekł: — No, jak chcesz, jak tam sobie chcesz… Zjadłszy obiad, zapalił papierosa i patrzał w okno. Ciemniało. Wiedział, że w czeladnej upiekli już kołacz z żytniej mąki, „ozdobny pieróg”. Szykowali się do uwarzenia dwóch kotłów galarety z nóżek, kotła łazanek, kotła barszczu, kotła kaszy, a wszystko na mięsie zabitej świni. Szary już krzątał się wokół zasp pomiędzy stodołami i spichrzami. Na wzgórku, w sinawym zmroku buchała pomarańczowym płomieniem słoma, którą przysypano zarżniętą świnię. Wokoło ognia siedziały owczarki w oczekiwaniu zdobyczy, a ich białe mordy i piersi wyglądały jak różowawy jedwab. Szary brnął po śniegu, biegał, poprawiał coś ustawicznie przy ognisku, ganiał psy. Podniósł i wysoko zatknął za pas poły kaftana, a prawą pięścią, w której błyszczał nóż, ciągle zsuwał czapkę na tył głowy. Oświetlana przelotnie i jaskrawo to z jednej, to z drugiej strony postać Szarego rzucała na śnieg ogromny, tańczący cień, cień poganina. Po ścieżce wiodącej do wsi przebiegła obok stodół jednodwórka i skryła się za wzgórzem: szła zapraszać weselnice i pożyczyć od Domaszki choinkę, przechowywaną w piwnicy od jednego dziewiczego wieczoru do drugiego. Kuźma, uczesawszy się i zmieniwszy marynarkę z podartymi łokciami na ulubiony długopoły surdut, ubrał się i wyszedł na ganek ubielony padającym śniegiem. W miękkich, szarych ciemnościach pod oświetlonymi oknami kuchni czerniała już duża gromada dziewcząt, parobków i chłopaków; rozlegał się hałas i dźwięk rozmów; słychać było muzykę trzech harmonijek, grających równocześnie każda inną melodię. Kuźma, zgarbiwszy się, przebierając palcami i wyłamując je, podszedł do gromady, przepchał się i pochylony wszedł w ciemności sieni. Tutaj również było ciasno i tłumnie. Chłopaki plątały się pod nogami, a gdy ich wyrzucano za kark, właziły z powrotem… — Puśćcie, na miłość boską! — powiedział ściśnięty w drzwiach Kuźma, ale ściśnięto go jeszcze silniej i ktoś szarpnął drzwi. W kłębach pary Kuźma przestąpił próg i zatrzymał się zaraz za nim. Skupiali się tutaj ludzie „lepsi” — dziewczęta w barwnych chustach, parobczaki w nowym odzieniu. Czuć było zapach bławatnych towarów, półkożuszków, nafty, machorki i jedliny. Na stole stało malutkie zielone drzewko przystrojone skrawkami perkalu i rozpościerało gałązki ponad mętną, blaszaną lampką. Wokół stołu, pod mokrymi, odtajałymi okienkami, wzdłuż czarnych, wilgotnych ścian siedziały wystrojone weselnice z ordynarnie uszminkowanemi twarzami i roziskrzonymi oczami; wszystkie miały na sobie jedwabne lub wełniane chusteczki, a we włosach na skroniach zatknięte nastrzępione tęczowe piórka z ogona kaczora. Właśnie w chwili, gdy Kuźma wchodził, Domaszka, kulawa dziewczyna o ciemnej, złej i mądrej twarzy, o czarnych przenikliwych oczach i ciemnych, zrośniętych brwiach, zaczęła śpiewać ordynarnym i silnym głosem staroświecką weselną pieśń: Jak to u nas z wieczora, z wieczora… Kiedy wieczór już kończył się, kończył się… W dziewiczy ten wieczór Awdotii… Dziewczęta zgodnym, lecz nieharmonijnym chórem podchwyciły ostatnie słowa i wszyscy spojrzeli na narzeczoną — siedziała według obyczaju pod piecem, nieprzystrojona, przykryta wraz z głową dużą, ciemną chustą i w odpowiedzi na piosenkę powinna była wybuchnąć głośnym płaczem i skargami: „Ojcze mój rodzony, matko ma rodzona, jakże to ma być, jak w zamęściu żyć?”. Ale narzeczona milczała. Dziewczęta, skończywszy pieśń z niezadowoleniem popatrzyły na nią z ukosa. Następnie, poszeptawszy pomiędzy sobą, z wolna i przeciągle zaśpiewały pieśń dla „sieroty'': Rozgrzej się, łaźni, rozgrzej się, Uderzże, dźwięczny dzwonku, uderzże!… Wówczas Kuźmie zadrżały silnie zaciśnięte szczęki, dreszczyk przeszedł mu po głowie i udach, jakoś słodko załupało w kościach policzkowych i oczy zmętniały od napływających łez. Narzeczona owinęła się szalem i nagle buchnęła takim szlochem, że obecni popatrzyli na siebie z trwogą. — Dosyć, dziwki! — krzyknął ktoś. — Dosyć, kochana, dosyć! — złażąc z ławy, mówiła jednodwórka. — Nie wypada. Ale dziewczęta nie słuchały: Uderz, dźwięczny dzwonie, Zbudź ojczulka mego… A narzeczona, zachłystując się łzami, kryła twarz to na kolanach, to w dłoniach… Drżącą, chwiejącą się i chwilami krzyczącą jakby z przejmującego bólu wyprowadzono ją wreszcie na drugą, „zimną” stronę chałupy, aby ją przystroić. Potem Kuźma narzeczoną pobłogosławił. Narzeczony zjawił się z Waśką, synem Jakowa. Ubrany był w Waśki buty, włosy miał ostrzyżone, a szyja, obramowana kołnierzem błękitnej koszuli z koronką, była wygolona do czerwoności. Umył się mydłem i wyglądał dziś znacznie młodziej; nawet był przystojny i wiedząc o tym, skromnie i z powagą opuszczał ciemne rzęsy. Waśka, drużba, miał na sobie czerwoną koszulę i niezapięty romanowski półkożuszek: jak zwykle był ostrzyżony, dziobaty, silny i przypominał aresztanta. Wszedł, zasępił się i z ukosa popatrzył na weselnice. — Dość tych wrzasków! — powiedział ordynarnie i surowo. — Wyłazić. Wyłazić. Dziewczęta odpowiedziały chórem: — Bez belki nie buduje się domu — nie ma chaty bez czterech kątów. Połóż po rubelku w każdym kąciku, piątego pośrodku, a jeszcze na dodatek butelkę wódki. Waśka wyciągnął z kieszeni półlitrówkę wódki i postawił ją na stole. Dziewczęta zabrały butelkę i wstały. Zrobiło się jeszcze ciaśniej. Znowu otworzono drzwi, buchnęła para i chłód. Roztrącając tłum, weszła jednodwórka z pozłocistą ikoną, a za nią panna młoda w niebieskiej sukni z baskiną. Była tak blada, pokorna, spokojna i piękna, że wszyscy aż stanęli zdumieni. Waśka z rozmachem trzasnął po łbie tęgiego chłopaka o olbrzymiej głowie i nogach krzywych jak u jamnika, po czym rzucił na słomę pośrodku izby czyjś stary półkożuszek. Stanęli na nim państwo młodzi. Kuźma, nie podnosząc oczu, wziął od jednodwórki ikonę i naraz zrobiło się tak cicho, że słychać było świszczący oddech zaciekawionego chłopaka o dużym łbie. Państwo młodzi zgodnie padli na kolana i pokłonili się Kuźmie do samej ziemi, po czym wstali i znowu uklękli. Kuźma spojrzał na narzeczoną; oczy ich spotkały się na chwilę i mignęło w nich przerażenie. Kuźma zbladł i ze strachem pomyślał: „Zaraz rzucę ikonę na podłogę…”. Lecz ręce jego machinalnie nakreśliły świętym obrazem znak krzyża w powietrzu i Młoda zaledwie dotknąwszy go ustami, odszukała wargami rękę Kuźmy, a następnie nieśmiało podsunęła mu do pocałunku twarz. On zaś, oddawszy komuś z boku ikonę, z ojcowskim bólem i tkliwością ujął w ręce głowę Młodej i całując jej nową, pachnącą chustkę, słodko się rozpłakał. Potem, oślepiony łzami, odwrócił się i rozpychając tłum, wyszedł do sieni, gdzie już było pusto. Uderzył go w twarz wiatr ze śniegiem. W ciemnościach bielał zaśnieżony próg, a dach trzeszczał. Za progiem szalała nieprzenikniona zamieć; światło bijące z okien poprzez grube zwały śniegu podobne było do słupów dymu… ------------------------------------------------ Rankiem wciąż jeszcze trwała zawierucha. Poprzez szarą, pędzącą kurzawę nie widać było ani Durnowki, ani młyna na na Cyplu. Chwilami się przejaśniało, lecz chwilami zdawało się, że to już zmierzch. Sad cały zbielał, a szum jego drzew zlewał się z szumem wichru, w którym ciągle brzmiał niby oddalony dźwięk dzwonów. Drobnym pyłem dymiły ostre grzbiety zasp. Z ganku, na którym, mrużąc oczy, siedziały oblepione śniegiem owczarki, węszące poprzez chłód zawieruchy ciepły, smaczny zapach z komina czeladnej, Kuźma zaledwie rozróżniał ciemne postacie chłopów, zarysy koni i sani, pobrzękiwanie dzwoneczków. Dla pana młodego zaprzęgli parę koni, dla panny młodej — pojedynkę. Sanie pokryto czerwonymi kazańskimi wojłokami z czarnymi krajkami. Baby ubrały się w watowane szubki, okryły szalami i właziły do sań z obawą, drobnymi kroczkami, wciąż ceremonialnie powtarzając: „Jezu, toż świata bożego nie widać!”. Rzadko kto miał na sobie własne odzienie — wszystko było pożyczone od sąsiadów lub sąsiadek i dlatego wskazana była wyjątkowa ostrożność i możliwie najwyższe podkasanie brzegów ubrań, aby nie upaść. Pannie młodej zarzucono i szubkę, i błękitną suknię aż na głowę, tak że siadła w saniach wprost na białą halkę. Głowę, przybraną papierowymi kwiatami, miała okręconą chustami i szalami. Łzy ją osłabiły, toteż jak przez sen widziała ciemne postacie wśród zawiei, słyszała jej wycie, słyszała rozmowy otaczających, świąteczny brzęk dzwoneczków. Konie tuliły uszy, odwracały mordy przed śnieżnym wichrem, który rozpraszał słowa, głuszył krzyki, rozkazy, oślepiał oczy, bielił wąsy, brody i czapki, tak że weselnicy ledwo z trudem rozpoznawali się wzajemnie pośród tumanów zamieci. — Ech, mać twoja!… — mruczał Waśka, pochylając głowę, zbierając lejce i sadowiąc się obok pana młodego. I prostacko, obojętnie zawołał gdzieś przed siebie: — No, jaśnie państwo, błogosławcie narzeczonego na drogę po narzeczoną! Ktoś odpowiedział: — Niech Bóg błogosławi… I zajęczały dzwoneczki, zaskrzypiały płozy, ryjąc zaspy, które dymiły i kurzyły, a czupryny, grzywy i ogony końskie pęd raptownie porwał w bok… We wsi, w chacie zakrystiana, gdzie w oczekiwaniu popa poszli się rozgrzać, wszyscy prawie zaczadzieli. Pachniało czadem także w cerkwi, gdzie było zimno i mroczno od śnieżycy, od niskich sklepień i od kratek w oknach. Świece paliły się tylko w rękach narzeczonego i oblubienicy oraz w ręku czarnego popa z dużymi łopatkami, schylonego nad książką zakapaną woskiem i czytającego szybko przez okulary. Na ziemi stały kałuże (butami i łapciami naniesiono dużo śniegu), w plecy dmuchał wiatr z ciągle otwieranych drzwi, a pop surowo spoglądał to na nie, to na młodą parę, na te wyprężone i jakby zrezygnowane postacie, na twarze zastygłe w wyrazie pokory i uległości, rozjaśnione od dołu złocistym blaskiem świec. Z przyzwyczajenia wymawiał niektóre słowa jak gdyby z uczuciem, podkreślając głosem ich wzruszające błaganie, ale nie myślał przy tym zupełnie ani o słowach, ani o tych, do których były skierowane. — Boże przeczysty, stworzycielu wszelkiej istoty — mamrotał śpiesznie, to zniżając, to podnosząc głos — któryś pobłogosławił niewolnika Twego Abrahama i pobłogosławił łono Sary… Któryś darował Izaakowi Rebekę… Któryś połączył Jakuba z Rachelą… Daruj tym tutaj dzieciom Twoim… Imiona? — surowym szeptem, nie zmieniając wyrazu twarzy, przerywał sam sobie, zwracając się do diaka, i w locie schwyciwszy odpowiedź „Denis i Awdotia”, ciągnął z uczuciem. — Daruj tym tu obecnym dzieciom Twoim, Denisowi i Awdotii, życie spokojne, dostatnie i czyste… Pozwól im oglądać wnuki i prawnuki. Pobłogosław ich rosą Twą niebiańską… Napełnij domy ich pszenicą, winem i olejem… Wywyższ ich jako cedry libańskie… Ale obecni, gdyby go nawet rozumieli, pamiętaliby tylko o zamieci, o cudzych koniach, o powrocie do Durnowki w mroku, o domu Szarego (a nie Abrahama i Izaaka!) i uśmiechnęliby się tylko, słysząc porównanie Denisa do cedru libańskiego… On zaś, krótkonogi, w cudzych butach i w starym kaftanie, zażenowany się czuł, że jest niższy od narzeczonej; niewygodne mu było i jakoś straszne trzymanie na nieruchomej głowie korony — ogromnej miedzianej korony z krzyżem na czubku, a nasadzonej głęboko na uszy. Ręka Młodej, jeszcze piękniejszej w koronie i jakby zmartwiałej, drżała, a wosk topiącej się świecy kapał na falbanki jej niebieskiej sukni… Powrót był łatwiejszy. Zamieć o zmierzchu wydawała się jeszcze bardziej sroga, lecz krzepiła świadomość, że ciężar spadł z karku — dobrze czy źle, ale skończone! Poganiano więc konie zawzięcie i prawie na ślepo, zawierzając się tylko mglistym zarysom drogowskazów. W przednich saniach stała krzykliwa żona Czerwonego Wańki, przytupywała, machała chusteczką i wrzeszczała pod wiatr, w gęsty, ciemny mrok, w śnieg lecący jej prosto w usta i głuszący jej wilczy głos: Gołąb szary, gołąb siwy, Główkę złotą ma…. ----- Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, dostępna jest na stronie wolnelektury.pl. Wersja lektury w opracowaniu merytorycznym i krytycznym (przypisy i motywy) dostępna jest na stronie https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/bunin-wies/. Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury. Wszystkie zasoby Wolnych Lektur możesz swobodnie wykorzystywać, publikować i rozpowszechniać pod warunkiem zachowania warunków licencji i zgodnie z Zasadami wykorzystania Wolnych Lektur. Ten utwór jest w domenie publicznej. Wszystkie materiały dodatkowe (przypisy, motywy literackie) są udostępnione na Licencji Wolnej Sztuki 1.3: https://artlibre.org/licence/lal/pl/ Fundacja Wolne Lektury zastrzega sobie prawa do wydania krytycznego zgodnie z art. Art.99(2) Ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych. Wykorzystując zasoby z Wolnych Lektur, należy pamiętać o zapisach licencji oraz zasadach, które spisaliśmy w Zasadach wykorzystania Wolnych Lektur: https://wolnelektury.pl/info/zasady-wykorzystania/ Zapoznaj się z nimi, zanim udostępnisz dalej nasze książki. Tekst opracowany na podstawie: Iwan Bunin, Wieś, tłum. Zofia Petersowa, Wydawnictwo J. Przeworski, Warszawa 1934. Wydawca: Fundacja Wolne Lektury Publikacja zrealizowana w ramach biblioteki (www.wolnelektury.pl). Opracowanie redakcyjne i przypisy: Paulina Choromańska, Zofia Ochędzan, Elżbieta Sekuła.