Karl Holtei Stary Wódz Epizod na tle życia Tadeusza Kościuszki w jednym akcie przełożył Adam Stodor tłum. Adam Cehak Stary Wódz Karola Holteia, głośnego w swoim czasie autora i zarazem artysty dramatycznego, grany był po raz pierwszy na scenie Teatru Königstackiego w Berlinie z końcem roku 1825, zaś ogłoszony drukiem w wydawnictwie Beitrage für Königstädter Theater w r. 1882. Ustępy wierszowane wygłaszano półśpiewnie przy akompaniamencie muzyki. Przeszło przed pół wiekiem utwór ten przełożono na język angielski. Niniejszy przekład jest pierwszym całkowitym przekładem na język polski. OSOBY: * PANI SCHÖNENWERD * ŁUCJA, jej córka * ADAM, służący * TADEUSZ * WACHMISTRZ * ŁAGIENKO, ułan * UŁANIECKI, ułan * SIEDLECKI, ułan * LIPOWSKI, ułan * MILKOŃSKI, ułan * UŁANI, DZIEWCZĘTA WIEJSKIE Akcja rozgrywa się w Szwajcarii, w posiadłości wiejskiej Pani Schönenwerd. Część ogrodu przed pałacem stojącym w głębi. Jest to budynek o dwu piętrach, do jego wnętrza prowadzą z ogrodu szerokie schody. Między dwoma oknami pierwszego piętra duży balkon. — Adam na przodzie sceny nakrywa stół, przygotowując go do śniadania. SCENA PIERWSZA DZIEWCZĘTA WIEJSKIE / przechodzą przez scenę / Na łąkę dążmy w wonnym lesie, by grabić traw pokosy tam… Niech w dale echo pieśń poniesie, w szczyty, do śniegu skrzących ram… Potem po pracy w dół wrócimy wieczorem do zacisznych chat, tańcem mozolny dzień uczcimy, a każdy z was nam będzie rad!… / Nikną za sceną. / SCENA DRUGA / Adam / ADAM Idźcie już, odejdźcie już samolubne dziewuchy! Nikt z wami nie powinien zaczynać! Ładne są te czarownice, ale niedostępne! Wymykają się z rąk jak szkło. A przede wszystkim każdemu z naszych, który tu z miasta przybędzie i tylko parę miesięcy letnich tu przebywa. Bo ze swoimi to tak się poufalą, że aż nieprzyjemnie patrzeć. Jeżeli się zaś uda któremu z naszych takiego leśnego diabełka przyprzeć do muru, że już czmychnąć nie może — zaraz usłyszysz piosenkę o żeniaczce, a to na obecne czasy zupełnie niewłaściwa melodia. Podczas wojny? — Żenić się? — O nie! Młodzi ludzie, uważajcie, zmysłom okpić się nie dajcie! Strzeżcie się małżeństwa ninie, bo niejedno w wojnie ginie! A wszak żonę masz dla siebie, li dla siebie! Żołnierz nie zna zaś własności, nadużywa gościnności, Żona, gdy chce Mars cacany, musi leczyć gościa rany — — A wszak, żonę masz dla siebie, li dla siebie! Unikajmyż zalecanek, aż nadejdzie owy ranek, co powróci światu pokój — — Dziś w cierpliwość serce okuj! Żonę bowiem masz dla siebie, li dla siebie! SCENA TRZECIA / [Adam], Pani Schönenwerd i Łucja wychodzą z pałacu, schodzą po schodach i zasiadają przy stole do śniadania. / ADAM / cofa się w głąb sceny / ŁUCJA / po dłuższej ciszy / Dochodzę do przeświadczenia, droga mamo, że muszę pierwsza zacząć mówić. Milczysz jak grób. PANI SCHÖNENWERD Gardło zaciska mi lęk i troska. Nie potrafię tego wysłowić, Łucjo, jak dalece trwożę się o Wiktora. ŁUCJA Ach, ten przecie już dawno za górami, lasami. PANI SCHÖNENWERD Czy przedostanie się szczęśliwe przez nieprzyjaciół do swoich? Czy bez przygód i bez wypadku dotrze do swego wojska? Czy nie otworzą się na nowo jego zaledwie zabliźnione rany? ŁUCJA Ależ, droga mamo, wypuściłyśmy go przecie rześkim i wesołym z naszego domowego lazaretu. Że nie mógł czwórką wyjechać przez bramę, tylko wieczorem wyjeżdżał sam, jedynie w towarzystwie konnego pachołka, aby nie zwracać na siebie uwagi; że musiał tu pozostawić swój wspaniały mundur, a zadowolić się najzwyczajniejszym ubiorem — bez wątpienia uraziło to dotkliwie jego próżność. PANI SCHÖNENWERD Ależ zastanów się tylko… Stąd, gdzie czuwały przy jego wygodnym łożu wierna opieka troskliwej matki i wesoły humor kochającej siostry, gdzie niczego mu nie brakowało, co osłodzić może życie chorego, gdzie otoczony był wygodami, na których łonie mógł wypoczywać po wszystkich utrapieniach wojny — pomyśl tylko, że stąd wypchnięty został w wir i zamęt wojny, oddany na łaskę żywiołów, chytrości i złości nieprzyjaciół. Jakże możesz być tak spokojna!?… ŁUCJA Czyż dlatego wyratował się w tak cudowny sposób, by teraz być zgubiony bez ratunku? A gdyby się nawet tak stało, mamo, to mężnego żołnierza nie grzebią nigdy samego. Wówczas otwiera się grób dla wielu naraz. A tam, gdzie niejeden spocznie, pozostawiając na ziemi wierne serca, tam nie powinno być źle i naszemu Wiktorowi. Cóż by to był za świat, gdyby mężczyzna nie był gotów zginąć w obronie swego i swoich honoru?… PANI SCHÖNENWERD Przestań! Twoje pocieszenia rozdzierają mi serce. ŁUCJA Mówmy więc o czym innym… Co się dzieje z naszym przyjacielem i sąsiadem, panem Tadeuszem? Już od dawna nie daje się widzieć!… PANI SCHÖNENWERD Żeby tylko ten dzielny człowiek nie był przypadkowo chory? A my nic o tym nie możemy wiedzieć i pozostawiamy go mimo woli bez opieki… Adamie! Czy nic nie słyszałeś o panu Tadeuszu? ADAM Nic nie słyszałem, ani go widziałem. Od czasu, jak był u nas po raz ostatni… Proszę mi pozwolić pomyśleć trochę, kiedy to było… W piątek dała mi Elżbietka po gębie, w sobotę ukradłem całusa Rózi, w niedzielę siedziałem w kościele przy Marysi, w poniedziałek pobiłem się z kochankiem Anny w gospodzie, a we wtorek zleciałem… ŁUCJA Dobry kalendarz. ADAM / nie przerywając / A we wtorek zleciałem z konia. Tak, tak we wtorek to przyjechał do nas konno pan Tadeusz i z diabelskim uporem postanowił wracać pieszo do siebie. A ja musiałem odstawić mu jego konia… ŁUCJA I zleciałeś z niego? ADAM Hm, tak. Nie jestem zbyt dzielnym jeźdźcem, ale w tym wypadku wytworzyły się takie przyczyny, że uniewinniłyby nawet samego masztalerza. Nie mogę nawet pojąć, jak taki pan, jak pan Tadeusz, może mieć takiego pełnego wad konia i w dodatku lubić taką bestię. Proszę tylko pomyśleć: ten koń jest narowisty!… Skoro tylko za wieś wyjechałem, spotkał nas, to znaczy konia i mnie, stary ślepiec Jerzy, a skoro tylko usłyszał tętent konia, stanął i wyciągnął prosząco łapę. A mój konisko stanął także. Biję go piętami, ile zdołam — a koń wspina się, staje dęba, coraz wyżej i i wyżej — a ja chlast z niego w piasek… ŁUCJA Biedny Adamie, upadłeś bez winy Ewy. ADAM Skoro tylko zmysły moje i siebie samego na nowo odszukałem, otworzyłem oczy i widzę, że my wszyscy troje na siebie wzajemnie patrzymy. Koń patrzy na mnie i na żebraka, ja na żebraka i konia, a żebrak na nas oboje, o ile ślepiec patrzeć może. A koń przy tym obwąchuje mnie podejrzliwie. Chciałem go dosiąść, ale to było wprost niemożliwe. Wreszcie rzecze ślepiec, dowiedziawszy się, na czyim jadę koniu: „Panie, daj mi jałmużnę, a koń będzie znów posłuszny”. Wprawdzie dawanie podarków jest moją słabą stroną, ale skoro się tylko to stało, pozwoliła natychmiast narwana bestia dosiąść siebie i koń ruszył dalej wesoło, dźwigając mnie na swym grzbiecie. Spotkało nas jeszcze kilku żebraków. Przy każdym z nich koń przystawał. Ponieważ jednakże znałem już jego pasję, więc dawałem każdemu jałmużnę i jechałem dalej zupełnie swobodnie — ale wielmożna pani przyzna mi zapewne, że to całkiem ordynarnie ze strony konia, jeżeli się wdaje ze wszystką hołotą. PANI SCHÖNENWERD To bardzo możliwe. Wiem, że pan Tadeusz nie przejedzie obok żadnego żebraka, nie obdarzywszy go jałmużną. ADAM Tak, tak. Za przeproszeniem, z wszelką hołotą w całej okolicy jest on w prawdziwej przyjaźni. Gdzie tylko w jakiej zapadłej chałupie kto chory leży, tam zaraz jedzie pan Tadeusz bez względu na noc lub mgły. W kieszeniach ma pełno flaszeczek z lekarstwami, w olstrach od pistoletów flaszki z winem — i tak opakowany zjawia się, niby duch, u chorego, a potem znika, zanim się ludziska dowiedzą, kto to taki. Niedawno, gdy stary Tomasz okaleczył się w kamieniołomie, przesiedział całą noc przy jego barłogu, czuwając nad nim. — A trzeba znać tego Tomasza! Co to za wstrętny brudas. Byłbym się wstydził… ŁUCJA Pozwólmy mu paplać, to nas nieco rozerwie — a przy tej sposobności dowiemy się czegoś nowego o naszym przyjacielu. Adamie, czy znów słychać było strzały? ADAM Czy było słychać!? Prawdziwą rozmówkę prowadziły armaty z obu stron. Przez całą noc huczało. Teraz dopiero cicho od kilku godzin. Myślałem nawet, że już wszystko minęło. Ale gajowy myśli, że jest nieco inaczej. Austriacy — mówi — cofnęli się, a *Parlewusów* ujrzymy lada chwila. PANI SCHÖNENWERD Że też na czas nie powróciłyśmy do miasta! ADAM To już teraz niemożliwe. Nie można się przedostać. Na trzy mile dokoła roi się od nieprzyjaciół. PANI SCHÖNENWERD Bardzo niemiłe położenie. Żeby tylko Tadeusz się pojawił. Poradziłby może… ŁUCJA Już ja sobie poradzę z nieprzyjaciółmi!… W najgorszym razie przebiorę się w mundur brata!… PANI SCHÖNENWERD Aby cię wzięto do niewoli? ŁUCJA Ale ochroni mnie to przed żołnierskimi wybrykami… Zresztą nie wiem jeszcze, co zrobię. Nie doszło przecież jeszcze do ostateczności. PANI SCHÖNENWERD A oto nasz miły sąsiad!… SCENA CZWARTA / Ciż [tj. Pani Schönenwerd, Łucja, Adam], Tadeusz / TADEUSZ Przybywam później, piękne sąsiadki, aniżeli tego pragnąłem. Chciałem was ze snu zbudzić i być waszym gościem przy śniadaniu. PANI SCHÖNENWERD Lecz pański koń temu przeszkodził? TADEUSZ Mój koń? Ależ… To miłe stworzenie spełnia zawsze swoje powinności. PANI SCHÖNENWERD Z wyjątkiem, gdy spotka jakiego żebraka. ŁUCJA O tak, wiemy wszystko, znamy wszystkie pańskie tajemnice. TADEUSZ / uśmiechając się / Wszystkie? Na miłość boską! — Jakże się wam powodzi, drogie przyjaciółki? ŁUCJA Tak, jak powodzić się może w czasie wojny samotnym kobietom, skazanym na śmiertelną trwogę. TADEUSZ Ach, ta twoja „śmiertelna trwoga”, bohaterze w spódniczce. PANI SCHÖNENWERD Tak, jak powodzić się może kobietom, których syn i brat walczy w polu. TADEUSZ Jest to obowiązkiem każdego mężczyzny, jeżeli jest zdrowy. PANI SCHÖNENWERD / wzdychając / O tak, ciągle to słyszę… ŁUCJA Poza tym nieźle nam się powodzi, tym bardziej, że nasz stary, czcigodny sąsiad, nasz zagadkowy, interesujący… niezwykły sąsiad jest obecnie z nami. TADEUSZ Panno Łucjo?! PANI SCHÖNENWERD Tak, tak, i ja czuję się niezmiernie szczęśliwa z sąsiedztwa pana! Po przebyciu zimy w dusznym mieście, zjawiłyśmy się z wiosną w naszym wiejskim zaciszu, by tu przepędzić parę tygodni i oto znajdujemy pana, który w międzyczasie osiadł w naszym sąsiedztwie i pierwszy nas powitał przyjaźnie. ŁUCJA Który nam swą osobą zastąpił całą, pełną salę młodych ludzi, z powodu swej powagi, uprzejmości i mądrości. TADEUSZ A który w ostateczności ponosi winę, żeście panie obecnie od miasta odcięte i narażone na wszystkie nieprzyjemności wojenki. ŁUCJA I któremu ja to z całą ochotą wybaczyłabym, gdyby… Adamie, przynieś wina! …gdyby był bardziej otwarty. SCENA PIĄTA / Tadeusz / TADEUSZ Bardziej otwarty? — Czyż mam jakie tajemnice? Władze szwajcarskie znają mnie dobrze, a panie nie znacie tylko mego nazwiska. A cóż cię może obchodzić moje nazwisko, miłe dziewczę, które jedynie w czasie zarania twego dzieciństwa znaczyć coś mogło. I tak nie byłybyście panie uprzejmiej mnie przyjęły, gdybym je był podał, gdyż i tak cieszę się waszym zaufaniem, co dumą mnie napawa. Synem wojny jestem i honoru. Znano mnie ongi tu i tam. Dziś zapomniany. A moja ojczyzna??… I ja miałem kiedyś wolną ojczyznę — O nie pragnijcie znać moich losów, wy, których życie nadzieją lśni, zbudzić bym musiał zmarłych kolosów i wyrwać z serca już wyschłe łzy. Bo z życia mego, co walką wrzało, bo z zwycięstw strojnych w wawrzynów woń, nic mi już dzisiaj, nic nie zostało, tylko mój honor i siwa skroń. Nadzieje moje wszystkie rozwiane, jedne po drugich pierś pożegnała. Nawet młodości sny ukochane, młodzieńcza dusza żegnać musiała. Jako ojczyzny żołnierz pancerny, po walce wrogom rzuciłem broń! Tylko mój honor został mi wierny, tylko skrwawiona została skroń. Rzuciłem Polski święte podwoje, by wolnej ziemi zostać żołnierzem, o nie pytajcie o imię moje: dziś tylko martwym jestem rycerzem. Żałujcie Polski, nie mojej blizny, już mi do szabli skostniała dłoń… Do grobu złożę, płacząc ojczyzny, wierny mi honor i martwą skroń. SCENA SZÓSTA / Adam / / Wchodzi Adam, przynosząc wino, stawia je na stole, po czym wychodzi. Dłuższa cisza. / ŁUCJA / napełniając trzy kielichy / Na pomyślność starego wodza! PANI SCHÖNENWERD Na pomyślność naszego przyjaciela! ŁUCJA Na cześć honoru! PANI SCHÖNENWERD I tej czcigodnej głowy. ŁUCJA Ten kielich poświęcam pamięci pańskich zwycięstw, wielki, nieszczęśliwy wodzu. PANI SCHÖNENWERD Znamy pana! TADEUSZ Łaskawa pani… PANI SCHÖNENWERD Znamy męża, który jako żołnierz, polityk, władca i poddany był równie wielki i wzbudzał poszanowanie nawet wśród swych nieprzyjaciół. Człowieka, którego jedynym błędem była zbytnia łagodność, a który mimo to jest najdzielniejszym z dzielnych!… Ale pan nie życzy sobie, aby znane było jego nazwisko — więc daję panu teraz uroczyste słowo, że nigdy nie przejdzie ono przez usta nasze. Jest pan i pozostanie pan tylko naszym przyjacielem i sąsiadem Tadeuszem. TADEUSZ Aż do śmierci, która, da Bóg, niebawem nadąży. ŁUCJA Która, za Bożą wolą, jest jeszcze daleko. Nasz ojczulek musi jeszcze długo żyć pośród nas i być wesoły. Pij pan, panie sąsiedzie! Powinieneś mi podziękować za moje pocieszenia. Stary wojownik powinien lubić wino i być wesołym. Skromność się chowa w liście wawrzynu… Niechże znowu lśni, ożywając w czci górnego przeszłości czynu! Wina dobrego moc przeszłość wróci! Zbudzi czci blaski, i szczęścia łaski — twe serce troski porzuci. Wonny nektar wina urok przypomina godzin szczęśliwości, co minęły już; z winogradu grona wstaje przebudzona, w dawnej wspaniałości jaśń zagasłych zórz! Lecz powinien ninie bohater przy winie, nie tylko w przeszłości zatapiać się snach; teraźniejsze chwile niech grążą go mile w radości, w wesołych szczęśliwości grach! Serca dziewczęce kochają ciebie, bo uczuć dary, te kwiaty-czary, wciąż rosną na twojej glebie! Szczęśliw, przy winie, na srebrne skronie wdziej wian miłości — i żyj w ufności — na szczerej przyjaźni łonie! Kobiety, dziewczęta serce twoje pęta, boś Ty, srebrnie-siwy górnych wojen syn — — Rrwałeś ty kajdany, dziś zabliźniasz rany, pokorą cnotliwy — lecz znanym twój czyn! Więc, starcze czcigodny, czaru wspomnień godny, nie tylko ci z wspomnień kielicha dziś pić — winieneś radośnie, marząc o swej wiośnie, bez troski szczęśliwym wśród przyjaciół żyć! — Dobry, pogodny żyj długo szczęśliwy — a ja, bohaterze, złożę ci w ofierze mej radości dar prawdziwy! Racz tylko skinąć a dam podarunek — — dar mojej miłości, dziewczęcej radości, na twe usta pocałunek! / Całuje go. / PANI SCHÖNENWERD Nie gniewaj się pan na tego trzpiota. TADEUSZ Czy przypuszczasz pani, że sprzeniewierzę się mym rodakom? Byłbym jedynym na świecie Polakiem, który się gniewa na pocałunek pięknego dziewczęcia. ŁUCJA A my dziewczęta, droga mamo, winnyśmy wynagrodzić uwielbianemu bohaterowi brak pieszczot z powodu, że nie żyje w swojej ojczyźnie. Jakże wzruszać się musiały piękne Polki na widok tego męża!… Jestem dziecinnym, niemądrym stworzeniem, jednak w pobliżu ciebie, najszlachetniejszy, który zezwoliłeś mi ojcem siebie nazywać, czuję w duszy tchnienie wielkich czynów, odważnej mocy, bohaterskiego wyrzeczenia się — i zdziwiona spostrzegam przy twym skromnym ubiorze jedynie skromny, zwyczajny kwiatek. Na piersi twej lśnić powinny wszystkie gwiazdy i ordery — wszystkie zaszczytne odznaczenia całej Europy! Na piersi takiego wodza, jak ty! O gdybym była potężnym władcą!! Wówczas, tak jak ten skromny goździk odejmuję od mojej piersi i panu przypinam, tak przypięłabym tobie najbardziej lśniącą gwiazdę, jako nagrodę za cnotę i miłość ojczyzny! / Przypina mu kwiat. / TADEUSZ / całuje ją w czoło / Ordery noszą dzielne królów sługi: jam za dwa ludy tylko toczył bój; jeden z nich wolny i szczęśliw, a drugi zakuł w kajdany nieprzyjaciół rój… Jeden w swej sławy przybrał mnie szkarłaty, drugiego boleść w głębi duszy mam; to me ordery: na mej piersi kwiaty, a w piersi serce bez skazy i plam. Wódz bohaterski w cesarskiej koronie, chciał mnie obsypać bogactwem swych łask, lecz on zasiadał na obcym mi tronie, mój król zmarł — obcych nie olśni mnie blask. Na wolnej ziemi, wolnością bogaty z szwajcarskich gór spoglądam w niebios złam! Tak niechaj umrę: na piersi mej kwiaty a w piersi serce bez skazy i plam! ŁUCJA Wodzu szlachetny! / Podchodzi doń i całuje go w rękę. / PANI SCHÖNENWERD Oby pobyt w naszym wesołym kraju zastąpił panu pobyt w ojczyźnie. TADEUSZ Ojczyznę?… Zastąpić?… O, łaskawa pani, gdyby raj w nieskazitelnej swej pierwotnej jaśni jawił się tu przed mymi oczyma, gdyby niebo znaleźć można było na ziemi, rzetelnemu Polakowi nie zastąpi to nigdy ojczyzny! do Łucji Nie czujesz, pojąć nie zdołasz, wesołe dziewczę, wysłowić się niedającego bólu i tęsknoty do czegoś wieczystego, świętego, czego formę zewnętrzną przemoc zniszczyła, a czego wewnętrzne znaczenie tak jest nieśmiertelne, jak dusza ludzka… Tak pogląda starzec, któremu mały kościółek wiejski pochłonęły rozszalałe fale powodzi, tak patrzy on, stojąc na wymulonym brzegu i pochyla się, i czujnie nadsłuchuje. Ale nie usłyszy brzmienia dawnego, dobrze sobie znanego, dzwonu na kościelnej wieżyczce, fale jeno huczą wokół niego. Ach ten dzwon brzmiał podczas jego chrztu, on powoływał go, gdy był chłopcem, do kościoła, on dzwonił mu podczas ślubu, on radował się z nim, gdy został ojcem, łkał z nim na pogrzebie żony, on brzmiał na trwogę głosem wzywającym ratunku podczas straszliwej powodzi, gdy fale runęły i zalały kościółek, brzmiał tak długo, dopóki fale nie pochłonęły dzwonnika i jego samego. — O tak, gdyby wszystkie dzwony całej ziemi rozśpiewały się starcowi, choćby były ze złota ulane — nie zastąpią one dawnego, skromnego jego dzwonu z kościelnej wieżyczki… Ale gdzie jestem? — Proszę mi wybaczyć! — Panno Łucjo, pani płacze?! Miłe dziewczę, bądź wesoła wciąż, w tanecznym królować ci kole, wśród radości kwiaty w wieńce wiąż — miłe dziewczę, bądź wesoła wciąż. Wabiły ongi i mnie tany, w ojczyźnie, kiedym młody był, czar wiosny dobrze był mi znany — na skroniach dziś siwizny pył. Lecz starość marzyć nie zabroni, wraca w wspomnieniu dawny czar, bo pod dotknięciem twojej dłoni, odmłodzeń śmieje mi się dar. Miłe dziewczę, bądź wesoła wciąż, w tanecznym królować ci kole, wśród radości kwiaty w wieńce wiąż — miłe dziewczę, bądź wesoła wciąż… O tak, za szybko młodość znika, za szybko radość warzy chłód — niech dobrych dobroć twa spotyka, a obcy będzie troski trud. A gdy niedługo legnę w grobie, niech dalej, dziewczę, trwa twój pląs, a jeśli mnie przypomnisz sobie, na grób mi kwiatów li złóż pąs. Miłe dziewczę, bądź wesoła wciąż, w tanecznym królować ci kole, wśród radości kwiaty w wieńce wiąż — miłe dziewczę, bądź wesoła wciąż. ŁUCJA Z zachwytem patrzę się na te kwiaty, kocham je tak, jak kochasz ty, upięknia je twój dar bogaty, twe iście święte, starcze, łzy. O, najcudniejsze z nich wybiorę, na których łzy twe perłą lśnią, w wian zwiję kwiaty różnowzore, by uczcić nimi wielkość twą. TADEUSZ Miłe dziewczę, bądź wesoła wciąż, w tanecznym królować ci kole, wśród radości kwiaty w wieniec wiąż — miłe dziewczę, bądź wesoła wciąż. SCENA SIÓDMA / Ciż [tj. Pani Schönenwerd, Łucja, Tadeusz], Adam / ADAM / wbiega szybko, przerażony / Ach, panie! Wielmożny panie! Proszę się tylko nie przerazić… Ogień… Konny posłaniec właśnie przyleciał… U wielmożnego pana, tam, pali się!… TADEUSZ / spokojnie / Jeśli nic ponad to — PANI SCHÖNENWERD Na miłość Boską!… Ogień!… Pański dom!… ADAM Tak, to żołnierze… ŁUCJA To niemożliwe! TADEUSZ Trzeba spieszyć! Przekonam się tylko jak tam jest. Powrócę, o ile możliwości jak najrychlej! PANI SCHÖNENWERD Błagam pana: nie opuszczaj nas pan w tej trwodze! TADEUSZ / idąc / Do rychłego zobaczenia się! / Wychodzi. / SCENA ÓSMA / Pani Schönenwerd, Łucja / PANI SCHÖNENWERD Pójdźmy do domu… Zaryglujemy się tam… Bałabym się tutaj… Tam oczekujmy jego powrotu… A ty, Adamie, skocz zaraz szybko na wieś i uproś kilku ludzi, by przybyli tu czuwać nad nami!… O gdybym była tak lekkomyślnie miasta nie opuszczała!… ŁUCJA I mnie jakoś nieswojo… PANI SCHÖNENWERD / idąc / Tracisz twą zuchowatość? ŁUCJA O nie! Tylko rozmyślam… Zobaczymy… / Obie wchodzą do pałacu. / SCENA DZIEWIĄTA / Adam / ADAM Trzeba się strzec. Po co mam gonić na wieś? Ludzie i tak nie usłuchają i nie przyjdą… Żaden nie odejdzie od swej chałupy… Gdy zauważę, że sprawa stoi źle wcisnę się do piwnicy. Jestem bezsilny, bardzo słaby chłopak. Nikomu nic pomóc nie mogę. Po co mam się narażać na szturchańce żołnierzy? To by było bezwstydnie z mej strony. — — — Wprawdzie, gdyby chcieli co złego zrobić moim państwu, to wtedy bym dopiero im pokazał! — — Co to? Wracają pospiesznie dziewczęta od sianokosów? SCENA DZIESIĄTA / Adam, Dziewczęta wiejskie / ADAM Hej, leśne straszydła, wracacie już?! DZIEWCZĘTA WIEJSKIE Ach, żołnierze, żołnierze! ADAM / kryjąc się za nie / Aj, do stu tysięcy!… Gdzież są? DZIEWCZĘTA WIEJSKIE Pędzą tu! Ścigają nas! ADAM O, głupie dziewuchy!… Czyście musiały właśnie tu, w tę stronę uciekać? Czyście nie mogły gdzie indziej zwabić ich za sobą? Pierwsza dziewczyna Na przełaj, przez pole k'nam żołnierze gonią — wielcy jak topole, straszni lśniącą bronią! Wszystkie O biada nam, biada! Co się teraz stanie? Nie obroni łkanie, gdy wojak napada! A więc bądźmy głuche, wzrok spuśćmy ku ziemi — udaniami tymi zmrozim ich otuchę! DRUGA DZIEWCZYNA Gdy który zagada, przecz mu głowy ruchem, w odrętwieniu głuchem bądź sztywna i blada!… WSZYSTKIE O biada nam, biada! Co się teraz stanie? Nie obroni łkanie, gdy wojak napada! A więc bądźmy głuche, Wzrok spuśćmy ku ziemi — udaniami tymi zmrozim ich otuchę! TRZECIA DZIEWCZYNA Zbliżają się, biegą, rozżarci, przebrzydli! — Niech nas srebrnoskrzydli Aniołowie strzegą!… SCENA JEDENASTA / Wpadają: Łagienko, Ułaniecki, Siedlecki, Lipowski, Milkoński i inni ułani. Adam usiłuje czmychnąć do pałacu, ale ponieważ drzwi od wewnątrz zamknięto, nie może doń wejść. Chwilę biega bezradnie, wreszcie wsuwa się pod stół, który nakrywał był do śniadania / SIEDLECKI Hurra, otóż są piękne dzieweczki! LIPOWSKI Wreszcie dogoniliśmy was! UŁANIECKI Zerknijcie ku nam oczętami! Nie stójcie, jak słupy! ŁAGIENKO / podkręcając wąsa / Niech mnie diabli porwą! Śliczne dzieweczki! LIPOWSKI Patrzcie na starego, i tego też rozgrzało! ŁAGIENKO Cicho, brzdącu! Zakasałbym was wszystkich! Was zaraz męczy marsz, bijatyka… Wszystko was męczy, smarkacze! A ja!?… WSZYSCY Brawo, stary Łagienko! ŁAGIENKO / rozochocony / Hej, zatańczcie ze mną, jeśli macie ochotę! Dalej, tutaj trębacze! Zagrać mi do tańca! A kto nie jest niedołęgą, do stu kartaczy, wybierze sobie dziewuchę i dalej za mną! / Obejmuje jedną z dziewcząt. / Pierwsza z dziewcząt Ach, teraz tańczyć! Gdy tyle nieszczęść wojny! ŁAGIENKO Małpiątko moje, nie opieraj się! Ruszaj! I wianuszek dziś stracisz! / Trębacze grają, ułani tańczą, Adam wygląda przestraszony spod stołu. / SCENA DWUNASTA / Wachmistrz / WACHMISTRZ / wchodzi, ręka na temblaku / Hej, hej! Wesoło tu, wesoło! A tam przy płocie czekają konie! Ładnie, kamraci, dbacie o konie! Trzeba było je do pałacowych stajen wprowadzić i dać podjeść. A potem rozkwaterujcie się po wsi na godzinkę, bo niedługo ruszamy dalej! — A wy, dzierlatki, ruszajcie do domów i przygotujcie nam co do zjedzenia!… Idę poszukać felczera, by mi postrzał opatrzył… Zachowujcie się spokojnie i nie rabujcie. To surowo zakazane! / Wychodzi. Ułani ociągając się wychodzą także, pozostają tylko Lipowski i Siedlecki. / SCENA TRZYNASTA LIPOWSKI No cóż? Zostajemy? SIEDLECKI Już tam inni zajmą się naszymi końmi!… Chciałem z tobą słów parę — — Czyś już łypnął oczkiem na ten pałac? LIPOWSKI Głupie pytanie! Ja? Pewnie!… Do kogo on może należeć? SIEDLECKI W każdym razie jest niezamieszkały… LIPOWSKI Żeby tylko diabli nie przynieśli jakiego oficera. SIEDLECKI Zdaje się, że przeznaczono go dla generalnego sztabu. — — LIPOWSKI Do stu tysięcy ostrych lanc!! Ci panowie zawsze chcą na miękkim leżeć! Dla nas nigdy nie ma nic! Każdy z tych paniczyków niejedno zdobędzie sobie na wojnie, i niejedną ładniutką kobiecinę, a ja, do stu diabłów, niech mnie kozacy rozsiekają, dotąd znalazłem tylko czarny chleb i stare baby, które już uciekać nie mogły! SIEDLECKI Nam nie zostaje ani okruszyna zdobyczy — — Wszystko dla nich! LIPOWSKI A kto temu winien, jeśli nie my sami? Dlaczego jesteśmy takie niedołęgi! Czekamy, czekamy i nadsłuchujemy, i zapytujemy pokorniutko po sto razy: Czy będziecie tak dobrzy i pozwolicie i nam najłaskawiej coś wziąć i poweselić się? Nie, nie — dziewięćdziesiąt dziewięć razy słyszymy: nie! A gdy wreszcie za setnym razem pozwolą, to znajdujemy tylko połamane meble i wybite szyby — — Gdyby tak — — SIEDLECKI Do stu piorunów! Patrz! Stół nakryty! Nie spostrzegli go kamraci podczas tańca! Prędko, zanim wrócą… Lepsze takie śniadanko, aniżeli nic! LIPOWSKI No, ma się rozumieć! / Zasiadają, piją i jedzą bardzo pospiesznie. / ADAM / wyglądając spod stołu / A to parada! Na wety jeszcze mnie zeżrą! LIPOWSKI Dawaj tu flaszkę! SIEDLECKI Jeszcześ swego nie skończył! LIPOWSKI Do stu piekieł, starszy jestem od ciebie! SIEDLECKI Ale mnie bardziej pić się chce! / Usiłują wyrwać sobie wzajemnie flaszkę, a gdy się tak szamoczą, stół się wywraca. / ADAM / na klęczkach, w wielkiej trwodze / Jestem — — Adam, służący — — wielmożnej pani Schönenwerd. Wielmożna pani jest moją panią. Mieszka — — zimą w mieście, w lecie — — tutaj. Właśnie przyjechała tu — — i nie może wrócić. Tu nas odwiedził nasz syn, pan Wiktor. A teraz — — on znów poszedł do armii, ale wielmożna pani i panna Łucja tu pozostały. A dziś, przed chwilą, był tu pan Tadeusz, ale u niego się pali — — i dlatego odjechał. On — — zaraz wróci — — A ja chciałem do pałacu — — drzwi zamknięte od środka, a gdy panowie żołnierzowie, wielmożni panowie, wlazłem pod stół, a teraz tu jestem, powiedziałem wszystko — — Pozwólcie wielmożni panowie żołnierze, że się oddalę — — Ot tak!… / Zrywa się nagle i ucieka. / SCENA CZTERNASTA LIPOWSKI / grożąc za nim szablą / Leć, psie, na złamanie karku! Czyś zrozumiał, co ten gadał? SIEDLECKI Piąte przez dziesiąte… W każdym razie wiemy, że w pałacu są kobiety… Musimy tam wejść! LIPOWSKI A syn pani domu jest w służbie u nieprzyjaciół. A może tu się ukrywa?… Powód jest!… Do licha! Tamci wracają!… SCENA PIĘTNASTA / wchodzą Łagienko, Ułaniecki, Milkoński i ułani / ŁAGIENKO Z końmi już załatwione, a teraz pomyślmy o sobie… Tam do diabła?! Przewrócony stół? A oto jeszcze jedna flaszka na ziemi… Dobra zdobycz!… / Pije. / LIPOWSKI / przywołując na bok do siebie innych / Kamraci, powiem wam coś… Ten stary nie potrzebuje słuchać… / Wszyscy grupują się dokoła Lipowskiego i rozmawiają szeptem. / ŁAGIENKO Co te nicponie kryją przede mną?… Pewno nic dobrego… Tak, tak, młody unika cnoty… Już ja się dowiem!… Dobre winko… / Pije dalej. / LIPOWSKI / półgłosem / Trzeba mu poddać myśl o piwnicy… Hej, Łagienko, stary kamracie! ŁAGIENKO No, cóż tam?… Cóżeście nowego wyćwierkali, wróbelki? SIEDLECKI Krótko i węzłowato: Czyś mężczyzna? ŁAGIENKO Błaźnie, dziękuj Bogu, że cię uważam za babę, inaczej po mej odpowiedzi leżał byś już jak długi! LIPOWSKI A więc, mężczyźni mówią do mężczyzny! Dużośmy się nacierpieli i naznosili niedostatku — nie chcemy dalej wciąż szkód ponosić. Ten pałac ma być jeszcze dziś główną kwaterą. Po co się mamy dawać innym wciąż wyzyskiwać?! Przypadkowo słyszeliśmy, ja i Siedlecki, że syn pani domu służy u nieprzyjaciół… Był tu, a może jeszcze jest….. SIEDLECKI Wobec tego jest naszym obowiązkiem wtargnąć do pałacu… i wszystko przeszukać… UŁANIECKI Właśnie zastanawialiśmy się, że nikt nam tego za złe wziąć nie może… MILKOŃSKI A w piwnicy mają być przepyszne trunki… ŁAGIENKO Piwnica?!… Róbcie, jak uważacie… Nie jestem waszym przełożonym… LIPOWSKI Wiwat! Dalej do roboty! UŁANIECKI Walczyliśmy dzielnie, dzień i noc na siodle, cierpieli piekielnie. nieraz głodni podle. Więc się nam należy chwileczka wytchnienia, coś niecoś z odzieży, coś niecoś z odzienia! SIEDLECKI Po co gadać wiele, wyważ drzwi, kto młody, głupie ceregiele znów narobią szkody. Przyjdą generały: — Tu główna kwatera! — a ułan nieśmiały znów z głodu umiera… LIPOWSKI Niech więc szyby dzwonią — rozbijemy skrzynie, by jeść pełną dłonią w piwnicy, przy winie! Niech tam baby jęczą, gdy otworzym klamki, niech skomlą, niech klęczą — miecz rozbija zamki! / Wyważają drzwi, wpadają do wnętrza pałacu. Słychać niebawem w jego wnętrzu gwar i hałas. Po chwili wylatują to tu, to tam szyby z okien, przez które ułani wyrzucają sprzęty i odzież. Nagle woła ktoś na dole: „Piwnica otwarta!”. Powoli, powoli krzyk słabnie, wreszcie ginie zupełnie w suterenach. / SCENA SZESNASTA / wchodzi Adam prowadząc za sobą Wachmistrza / WACHMISTRZ No, chłopcze, nic nie słyszę! ADAM / rozglądając się / Naprawdę nie słyszy wielmożny pan wachmistrz nic a nic? Pewno już wleźli pod ziemię, gdzie winko mieszka… Słyszy pan tam w dole, pod spodem krzyki?… O, biedni moi państwo! Patrz pan, wielmożny panie wachmistrzu, jak tu wygląda! Okna pobite, drzwi wyważone… Wszystko zniszczone wala się po ziemi… WACHMISTRZ Tak, tak, ale na to nic ja nie poradzę… Gdy nicponie do piwnicy wleźli, nie będę usiłował ich stamtąd wydostać… Nie mogę niczego innego zrobić, jak tylko iść do rotmistrza i zameldować mu. / Wychodzi. / SCENA SIEDEMNASTA ADAM No, no, a toś mi pomógł!… Stracha mam znowu… Ale gdybym wiedział, że państwu memu pomóc zdołam… Byłbym w stanie… Bez wątpienia… Do diabła! Idą!… / Ucieka. / SCENA OSIEMNASTA / Ułaniecki, Milkoński i inni ułani wytaczają beczkę z pałacu. Toczą ją aż ku przodowi sceny, stawiają przewrócony stół, na nim beczkę i odszpuntowują ją. Z pałacu schodzą się ułani z najrozmaitszymi naczyniami, rondlami, imbrykami, wazami. Wszyscy podchmieleni. / UŁANIECKI Gdzież się zapodział Siedlecki i Lipowski, do diabła? MILKOŃSKI Szukają kobiet, które powinny jeszcze być w pałacu. UŁANIECKI Nic mądrego z pewnością nie znajdą. Już ja wolę taką dziewuchę, co to nie ceregieli się, a co ma, to daje… Hej, hej, wesoło chłopcy, pijmy! W piwnicy dość jeszcze zostało, a nic to nie kosztuje! MILKOŃSKI Hej! hej! Łagienko! Chcemy pić z tobą braterstwo! WSZYSCY Łagienko! Ojcze Łagienko! UŁANIECKI Ten wolał zostać w piwnicy. Tam mu wygodniej. Trzeba go tu sprowadzić. WSZYSCY Hurra! Niech żyje ojciec Łagienko! Hurra! UŁANIECKI Niech żyje wojna! Hurra! WSZYSCY Niech żyje wojna! UŁANIECKI Niech żyje wojna i niech żyje wino! Hurra, wiwat, hurra, hopsasa! Lat jeszcze tysiąc pracujmy szabliną! Hurra, wiwat, hurra, hopsasa! Lubię ciągnąć winko, bawić się z dziewczynką! Więc, co widzisz, to dziś nasze! Hurra, wiwat, hurra, hopsasa! Kompaniony, zdrowie wasze! Zatoczy się ułan, ale nie upadnie! Hurra, wiwat, hurra, hopsasa! Dobry jeździec zatrzyma się składnie! Hurra, wiwat, hurra, hopsasa! Chociaż huczą działa, na koniu, jak skała we dnie walczy i wśród nocy! Hurra, wiwat, hurra, hopsasa! A gdy pić, to bez pomocy! Niech żyje wódz nasz, co do zwycięstw wiedzie! Hurra, wiwat, hurra, hopsasa! Całemu światu on dzisiaj na przedzie! Hurra, wiwat, hurra, hopsasa! Niech żyje wojenka! Cóż, że granat pęka, że broń rani lub zabije! Hurra, wiwat, hurra, hopsasa! Pijmy, raz się tylko żyje! / Pije. / SCENA DZIEWIĘTNASTA / Pani Schönenwerd, Łucja / PANI SCHÖNENWERD / wewnątrz pałacu / Na pomoc, ratunku! Jestem zgubiona! / Wypada z pałacu i pędzi ku przodowi sceny. Lipowski i Siedlecki wypadają za nią i chwytają ją. Parę kroków za nimi pędzi Łucja, przebrana w wojskowy uniform swego brata i rzuca się na nich z dobytą szablą. / ŁUCJA Choćby mnie to życie kosztować miało! / Rani obu. / UŁANIECKI Cha, chłopcze! Zmykaj precz, bo odpokutujesz! Jesteś naszym więźniem! / Chce ją rozbroić wspólnie z Milkońskim. Łucja szamocze się z nimi. / LIPOWSKI Raniono mnie! MILKOŃSKI Mnie także! Ale mimo to nie puszczę cię piękna kobiecino! LIPOWSKI Ani ja! — Moją jesteś! SIEDLECKI Moją jest! — Pierwszy ją spostrzegłem! LIPOWSKI Lecz ja pierwszy ją pochwyciłem! UŁANIECKI Nie kłóćcie się, oto jeszcze jedna! / Podczas szamotania się spada czapka z głowy Łucji, włosy jej opadają w dół, zdradzając, że jest kobietą. / SIEDLECKI / przyskakując do Łucji / Ha, przebrana kobieta! Tym śliczniejsza jeszcze! / Dokoła obu kobiet grupują się żołnierze. / ŁUCJA Nie jestem kobietą! Nie chcę być kobietą! Teraz nie! Jestem w mundurze, jestem waszym więźniem, jako takiego prowadźcie mnie zaraz do swego dowódcy. Jestem odważna, nie chcę być kobietą! SIEDLECKI Jak ona się ślicznie gniewa! — Pochwycona zostałaś, moja śliczna niewolnico! PANI SCHÖNENWERD / padając na kolana / Uszanujcie mnie! Uszanujcie moją córkę! Zaklinam was na wszystkie świętości, puście nas wolno! Na Boga, którego wyznajecie, na święte zwyczaje waszych kościołów, na zbawienie wasze, na szczęście waszych najbliższych, na szczęście waszych rodziców, na zbawienie waszych dzieci… WSZYSCY / śmiejąc się / Nasze dzieci! Cha, cha, cha! PANI SCHÖNENWERD / zrywając się z klęczek / Przeto ty ześlij wybawcę, o Boże! Nic ja nie wskóram, jeśli Ty nie sprawisz cudu! LIPOWSKI Hm, tak! To jest konieczne… Inaczej nie wiem, co wam pomóc będzie mogło! Gdzież wybawca? SCENA DWUDZIESTA / Tadeusz / TADEUSZ / zbliżając się szybko / Oto jest! ŁUCJA Chwała Ci, Boże! Jesteśmy uratowane! PANI SCHÖNENWERD Nasz przyjacielu!… Obroń nas, obroń! LIPOWSKI Taki starowina, cha, cha, cha! SIEDLECKI Już jestem w strachu, cha, cha, cha! TADEUSZ Polacy! Nie poznaję was! Wyrodne syny dzikiej wojny! Czyż to dzikie postępowanie godne jest bohaterów? Czyż prowadzicie wojnę z kobietami? Czy wam nie wstyd? Odstąpcie precz, bezczelni! SIEDLECKI Fi, fi! Chce nam kazanie powiedzieć! LIPOWSKI Szkoda gęby, staruszku, bądź mądry i pij z nami! MILKOŃSKI Albo wracaj do siebie, starowino! PANI SCHÖNENWERD Litości! ŁUCJA Ratuj nas! SIEDLECKI Cóż to? Czy on cesarzem? TADEUSZ Czyż widok mój nie budzi w was poszanowania? Patrzcie na moje włosy, które w trudzie o waszą ojczyznę posiwiały! Na blizny patrzcie, które dla was poniosłem! LIPOWSKI Fi, dlaczego by nie! Co nas to obchodzi? I my mamy rany i blizny. TADEUSZ Byłem w polskim wojsku. SIEDLECKI Bardzo dużo jest takich! TADEUSZ Walczyłem u boku waszych ojców… LIPOWSKI To wcale nie nadaje ci prawa do rozkazywania ich synom. TADEUSZ Puście wolno te kobiety! PANI SCHÖNENWERD Wymień pan swe nazwisko. ŁUCJA Tylko nazwisko pańskie może nas uratować. TADEUSZ O biada mi, że dożyłem tego dnia! LIPOWSKI Jego nazwisko widać za dobre dla nas?… Ale oto Łagienko… To stary wiarus, musi cię znać… SCENA DWUDZIESTA PIERWSZA / Ciż [Lipowski, Milkoński, Siedlecki, Pani Schönenwerd, Łucja, Tadeusz] i Łagienko / / Łagienko wchodzi, silnie się zataczając. / SIEDLECKI Hej, Łagienko, bliżej, tu jest twój dawny kompanion… Nie chce wymienić nazwiska… Może go znasz? ŁAGIENKO Jeśli służył… ze mną… to go znam… A gdzie on? Tak, to on! / Rzuca się do nóg Tadeuszowi. / TADEUSZ I ja cię poznaję! — Powstań! — Każ tamtym paść na kolana… Albo nie! — Szydzili ze mnie! — Pójdź ze mną, Łagienko, nie chcę już być Polakiem! LIPOWSKI Kiedyż się skończy ta awantura?!… Kto jest ten starzec?! ŁAGIENKO / powstając z klęczek / To Kościuszko! WSZYSCY / cofają się zdziwieni / Kościuszko!? TADEUSZ Którego oczy wilżą łzy… którego serce zranili niedobrzy synowie… / Pani Schönenwerd i Łucja padają sobie w objęcia. / PANI SCHÖNENWERD Jesteśmy uratowane! LIPOWSKI Wybacz, wybacz nam zuchwałość Ojcze, dzieci wzrok podnoszą i o litość ciebie proszą — nie sądź, ale pociesz nas! — Wszak Twą chwałę zna kraj cały! usta nasze ją śpiewały — nie karć, ale pociesz nas! — Wybacz, wybacz nam zuchwałość!… TADEUSZ Dość, dość!… Zbliżcie się!… Podajcie mi dłonie!… Polacy, wyście najwaleczniejszymi żołnierzami Europy, czyż nie będziecie najwspaniałomyślniejszymi?… Wypchnięci w szeroki świat, błąkacie się, walcząc wszędzie, obcym panom służąc, dla dobra obcych bereł walcząc… A jednak macie ojczyznę! Nigdy ona nie zginie! Istnieć będzie, dopóki ostatni Polak żyje! Ojczyzna naszych wielkich przodków!… Punkt centralny naszych wspomnień!… Ziemia naszych ojców! Oto tu stoi twój biedny, wierny syn, tu podnosi on bliznami okrytą głowę do jasnego nieba… W kole Polaków stoi jeszcze raz, nim go śmierć powoła!… Boże, ty widzisz moje serce! Tyś kierował mym życiem!… Boże łaski, Ty liczysz wszystkie nasze łzy… Nie dozwól, Boże, zginąć Polsce! O ciągły celu mych tęsknot żarliwych i nadziej moich, o ojczysta ziemio! Co dnia cię widzę duszą w barwach żywych, gdy śpię, twe czary w duszy mojej drzemią, i we śnie walczę, Polsko, o cześć twoją, szczęśliw, że więzy już rozrywasz ty! — Mężczyzna krwią znaczył wierność swoją, starzec ci oddać może jeno łzy! Z twej purpurowej ogniami ziemicy wspomnienia wstają prześwięte obrazy — młodości mojej obraz jasnolicy, gdy świat mi jeszcze był cudny, bez skazy! Cudne widzenia myśli moje roją, bo we śnie wolną i potężną ty! — Mężczyzna krwią znaczył wierność swoją, starzec ci oddać może jeno łzy! Czas mój nadchodzi… czuję powiew śmierci, co się do starca powoli nachyla — ale wy walczcie, acz Polska na ćwierci rozdarta dzisiaj — to przejściowa chwila! Walka o wolność niech wam będzie zbroją, a jej moc zniszczy przemocy czas zły! — Mężczyzna krwią znaczył wierność swoją, starzec ci oddać może jeno łzy!… Łzy me są nasieniem rzuconym na Bożą rolę! — Wy zbierać będziecie żniwo. A teraz żegnajcie! Odprowadzę kobiety! Jeśli jednak spotkacie kiedy starego żołnierza, bez względu do jakiej armii by się zaliczał, czcijcie go, skłońcie się przed nim z uszanowaniem, gdyż dzielny żołnierz wszędzie równą cześć winien odbierać. Bądźcie dzielni, ziomkowie, oszczędzajcie zagrody spokojnych mieszkańców. W ten sposób uczcicie najlepiej pamięć waszego starego wodza. I jeśli kiedyś — gdy ja już od dawna spoczywać będę w grobie — zaświta jutrzenka — Polacy bądźcie zgodnymi! Dzień ów powitajcie wzniosłymi czynami. Nie dbajcie jedynie o skruszenie kajdan, którymi obcy was spętali! Skruszcie je! Ale skruszcie także własne — wewnętrzne kajdany! Stłumcie zazdrość, egoizm, rozbicie na stronnictwa! — Tylko wolnym sercom daje Bóg wolność! — Wspomnijcie na owe dnie, kiedy to my… Łagienko, czy ty pamiętasz? Czy pomnisz jeszcze, dzielny mój Łagienko, jak w polskiej ziemi jam nasz zbrojny lud w bój za ojczyznę naszą pod Dubienką w cztery tysiące na szesnaście wiódł! Jakem wybawił was z przemocy wroga, a gdy mnie obsiadł nieprzyjaciół rój, tyś mi ocalił życie z łaski Boga — Czy to pamiętasz, o żołnierzu mój? ŁAGIENKO Czy pomnisz, jako pod Racławicami nie szczędząc krwi swej, bez troski o łup szliśmy w bój straszny mocarni kosami, a gdzie broń błysła, krwawy padał trup. Zamiast wojennej broni chłop do góry wzniósł kosę, aby wyciąć wrogów w pień, zlękły się kosy nieprzyjaciół chmury — wodzu mój wodzu, czy wróci ten dzień? TADEUSZ Czy pomnisz, jako szczytny wawrzynami pragnął za wolność polec dzielny kmieć, czy pomnisz, jak pod Szczekocinami zdradnych przyjaciół oplotła nas sieć? Milczały usta nasze w ciężkim bolu, sączyła z serca krew, płynęły łzy, a nieprzyjaciel rozparł się na polu — o, mów żołnierzu, czy pamiętasz ty? ŁAGIENKO Czy pomnisz jeszcze, jak w chwili złowrogiej blaskiem swej szabli otoczytem cię, gdy opuszczony przez zwycięstwa bogi, walczyłeś, wśród nas tracąc moce lwie… Z tobą upadły nadzieje ojczyzny, szczęście narodu minęło jak cień, gdy smutne wówczas padło na me blizny twe oko, wodzu — pamiętasz ten dzień? TADEUSZ Czy pomnisz jeszcze… Precz skargi niemiłe, dosyć tych żalów!… żegnać nam już czas! Może niedługo nad moją mogiłę konieczność losów zaprowadzi was… Lecz wiedzcie, duch mój na ojczystej roli z wami wciąż będzie, i przed Boga tron zaniesie modłę, by zbawił z niewoli i wolność dał nam, jako walki plon! WSZYSCY O Boże! Wybaw nas z kajdan niewoli, i wolność daj nam, jako walki plon! / Zasłona. / ----- Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, dostępna jest na stronie wolnelektury.pl. Wersja lektury w opracowaniu merytorycznym i krytycznym (przypisy i motywy) dostępna jest na stronie https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/holtei-stary-wodz/. Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury. Wszystkie zasoby Wolnych Lektur możesz swobodnie wykorzystywać, publikować i rozpowszechniać pod warunkiem zachowania warunków licencji i zgodnie z Zasadami wykorzystania Wolnych Lektur. Ten utwór jest w domenie publicznej. Wszystkie materiały dodatkowe (przypisy, motywy literackie) są udostępnione na Licencji Wolnej Sztuki 1.3: https://artlibre.org/licence/lal/pl/ Fundacja Wolne Lektury zastrzega sobie prawa do wydania krytycznego zgodnie z art. Art.99(2) Ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych. Wykorzystując zasoby z Wolnych Lektur, należy pamiętać o zapisach licencji oraz zasadach, które spisaliśmy w Zasadach wykorzystania Wolnych Lektur: https://wolnelektury.pl/info/zasady-wykorzystania/ Zapoznaj się z nimi, zanim udostępnisz dalej nasze książki. Tekst opracowany na podstawie: Karol Holtei, Stary wódz. Epizod na tle życia Tadeusza Kościuszki. W jednym akcie, z cyklu ,,Teatr dla wszystkich" nr 113, tłum. Adam Stodor [Adam Cehak], naładem Księgarni Polskiej Bernarda Połonieckiego, Lwów [1918] Wydawca: Fundacja Wolne Lektury Publikacja wydana w ramach biblioteki Wolne Lektury (www.wolnelektury.pl). Opracowanie redakcyjne i przypisy: Jacek Barański, Izabela Frankowska, Aleksandra Sekuła.