Aby móc stabilnie działać w 2026 roku, potrzebujemy Twojego wsparcia!
dowiedz się więcej

Wpłać
 
600 000 zł

Cześć ludzie!

Tu Patyczak, Brudne Dzieci Sida! Lubię biegać, lubię grać, ale czytać wprost uwielbiam. Dlatego wspieram skromnym, ale za to regularnym comiesięcznym zleceniem stałym Fundację Wolne Lektury. Napisałem nawet wiersz:

Czy wolisz czytać w domu, czy na łonie natury,
Zapraszam! Wspierajmy razem Fundację Wolne Lektury!

Wspieram Wolne Lektury!
Szacowany czas do końca: -
Bożena Keff, Nie jest gotowy, Nie jest gotowy, Nie jest gotowy
Samochód Helgi → ← Opiekun

Spis treści

      Bożena KeffNie jest gotowyNie jest gotowy

      1
      Urodzona w 1914 roku,
      w niebogatej, emancypującej się, żydowskiej rodzinie,
      jaka bym była? Raz żarliwie w środku, raz z boku,
      niecierpliwa, ale dość uważna.
      5
      Gdyby były pieniądze, uczyłabym się. Gdyby nie było,
      też bym próbowała. Być może zarabiałabym szyciem
      i chodziła do szkoły pielęgniarek — bo zawód trzeba mieć
      koniecznie. Pewnego dnia
      na pedałowej maszynie Singer
      10
      zszywałabym sukienkę z lejącej się, pełnej ruchu żorżety
      i dojechawszy — niekoniecznie równo — do końca szwu
      spojrzałabym w okno: błękitna zatoka
      między dachami i wypływające białe obłoki —
      i czułabym
      15
      coś chętnego do zmiany,
      do przepływania. Cokolwiek bym zresztą robiła
      i tak bym wiedziała, że świat nie jest
      nie
      świat nie jest
      20
      gotowy.
      Na pewno chciałabym wiedzieć; czytałabym
      socjalistów, Marksa i mnóstwo powieści. Z samouczka uczyłabym się francuskiego. Niezbyt bym
      wiedziała
      gdzie leży mój talent
      25
      ale czułabym jak pieni się, buzuje.

      *

      Tamtego wieczoru
      wychodząc z narzeczonym z kina
      jeszcze przenikałam z obrazu w obraz, przyciskając rękę
      do własnego serca
      30
      w samym środku gęstych cudzych uczuć,
      na innych ulicach, wśród mgły przesączonej światłem —
      — Aż stanął przede mną
      martwy tunel tego z nim wieczoru — i wszystkich
      następnych. Za oknem kawiarni miejski skwer; latarnie
      35
      podświetlające sklepienie czerwonawych liści nad aleją: pięknie
      byłoby nią odejść w Inne Możliwości.
      Grzebiąc w szarlotce
      Powiedziałam, że nie chcę już się z nim spotykać.
      Miał, owszem, jakieś miejsce dla mnie —
      40
      czy dla kogokolwiek — stałe i na swój sposób nawet za poważne,
      przy domu i dzieciach. A ja bym chciała miłości,
      szczególnej Uwagi
      oraz Skłonności do Przemian.
      Przez kilka następnych wieczorów
      45
      sztywniałam ze strachu
      że już zawsze
      zawsze i na wieki zostanę sama.

      *

      Byłam sama, ale nie samotna,
      przeszłam właśnie z młodzieżowej sekcji
      50
      Bundu (albo PPSu lub KZMP)
      do organizacji. Uwielbiałam wtedy słowo
      internacjonalizm
      mocne i pełne powietrza; jak poryw Erosa
      do najdalszych granic, czułość podobieństw
      55
      i magnetyzm różnic
      Nie czułam się polska, na pewno,
      i żydowska tylko warunkowo,
      raczej z obrzeży, prędzej z negatywów jednego i drugiego,
      wewnętrzny ruch
      60
      i tęsknota na zewnątrz
      Dyskutowaliśmy czy wraz z wyzyskiem i niewiedzą
      wygasną uprzedzenia, czy rasizm i antysemityzm
      znikną same z siebie, czy ciemnota
      to tylko ciemnota czy jeszcze
      65
      coś więcej? Chodziliśmy na wycieczki
      z plecakami, biały kamyk kopnięty wysoko
      spadał do szybkiego zimnego strumienia,
      dwa razy w tygodniu grałam w siatkówkę, krzycząc piszcząc;
      — to wszystko pozwalało lubić teraźniejszość
      70
      którą jednak raczej nazywałam jutro
      wobec czego mogłam lekceważyć ciemne dzisiaj
      mówiąc o nim wczoraj.

      *

      W 1936 w lipcu
      każdego dnia rano
      75
      kupowałam gazetę — z powodu wojny w Hiszpanii.
      „Oby tych żydków czerwonych — powiedział facet
      w opiętym garniturze — zgnietli jak wszy”
      i odszedł słoneczną ulicą
      nad jego głową korony drzew
      80
      i szpalery otwartych okien
      a ja w pierwszej pustej bramie
      kucnęłam, twarz zasłoniłam gazetą i zapłakałam
      jak niczyje dziecko,
      a jednocześnie zaczęły wyrastać mi szpony
      85
      i w gardle czułam ogień, którym mogłam zionąć..

      *

      Gdybym się bardzo starała (a starałabym się)
      dostałabym się do Hiszpanii. Granicę przejechałam
      autobusem, półżywa ze strachu. Po przeszkoleniu
      wylądowałam u socjalistów, w oddziale UGT.
      90
      Tak czy inaczej
      tutaj moja Oczywistość Wewnętrzna spotkała
      zewnętrzne tak świata; w szklistym powietrzu
      pomiędzy pasmami gór, na rozległych
      kamienistych równinach gdy pociąg skręca i z przednich
      95
      wagonów machają do nas, w tylnych. Nawet w okopie gdzie od wilgoci boli mnie żołądek ale
      tak, si, ja, oui
      kiedy we dwoje we dwie my w trójkę siedzimy
      na wielkim nagrzanym głazie
      Czy chciałabym strzelać? Całą noc myślałam czy
      100
      strzelać, i tak, mówię, tak, chcę broń, będę zabijać,
      skoro i mnie mogą, to jest sprawiedliwie. Strzelać;
      odsyłać upiora w niebyt —
      skoro inaczej się nie da
      Z końcem wiosny zaczęto
      105
      zabierać kobietom broń; formowano Armię,
      wprowadzano bardziej wypróbowany porządek;
      na upalny front w Aragonii
      pojechałam już jako pielęgniarka, bez broni —
      i tam mnie trafiono
      110
      na początku września. Kiedy mnie postrzelono
      obejrzałam się gdzie stoję
      ja
      ta nie trafiona. Nie było jej.
      Cóż,
      115
      nasz oddział przestał istnieć w sierpniu,
      i już nie było tych, których ja najbardziej…
      W miasteczku nad morzem, na północ od Walencji
      najpierw mnie wyleczono potem ja
      leczyłam innych — ni żywa ni martwa,
      120
      chodząc po plaży w zimowym białym słońcu
      jak w bąblu nocnego powietrza. Już zbliżał się koniec;
      i w różnych wariantach śnił mi się sen: Republika w czapeczce frygijskiej, ta z lwem,
      jest głuchoniema jak pies magazyniera z naszego szpitala
      ze smutku wyje w środku, i nikt tego
      125
      nie słyszy.

      *

      Buczenie statku, który mglistym rankiem
      odbijał od brzegu głuchej Europy,
      para mojego oddechu nad zimową wodą
      żegnaj hieno matko

      *

      130
      Wyjeżdżałabym jako żona lekarza z Bostonu —
      pracowaliśmy razem nad morzem; miał legalne istnienie
      paszport i dom;
      dzięki niemu uwoziłam życie,
      które niedawno ocknęło się we mnie ze strachu
      135
      przed rozkładaniem się w kamienistej ziemi;
      umierać — nie dokonawszy niczego, tak mało wiedząc
      Ten czas, to teraz w moich oczach ciemnieje tężeje
      pod lśniącą ruchliwą powierzchnią zdarzeń i dat
      trwa nieruchawy mezozoik, era wielkich gadów
      140
      a może epoka wampirów; piją krew ale nie ożyją,
      oświecone dzieci — nie wierzyliśmy w nie
      lecz nie uciekniemy.

      *

      W Stanach kilka pierwszych lat spędziłam
      jak nie w swojej skórze, powoli się ucząc kraju i języka,
      145
      byłam żoną doktora i byłam mu wdzięczna
      ale polubiłam go kiedy się rozstaliśmy,
      po wojnie.

      *

      Ten kraj, taki zauroczony sobą, a jednak
      rzetelny, podobał mi się, powinowactwa z wyboru
      150
      były tu dostępniejsze, możliwości bliższe,
      drażniła mnie tutejsza kobiecość i męskość, krępowały mnie
      przywileje mojej skóry
      choć nie poczuwałam się do tej
      białości.
      155
      Pracowałam w sklepie
      z aparatami fotograficznymi, potem
      w kinie u moich przyjaciół: w kasie i na sali
      i nauczyłam się obsługiwać projektor.
      Ten film uwielbiałam, jak wszyscy: ta scena, kiedy on mówi do niej
      160
      nie dając po sobie poznać: I am not fighting for anything anymore
      except myself.
      Nie, nie, coś poza samą sobą także. Zawsze po lewej stronie
      ale już nie z wyznania, a tylko z przekonań; nienawidziłam
      McCarthy'ego, południa, republikanów, pań domu z życia
      165
      i z reklam,
      teraz jednak bardziej intymnie ze sobą,
      z podwiniętymi nogami, zaczytana
      dopóki na kartki nie spadła kropla lodów pistacjowych,
      ta ich zieleń taka nieprawdziwa, taka naturalna
      170
      Zdjęcia robiłam coraz lepsze,
      W czerwonym świetle ciemni
      patrzyłam
      jak na papierze pojawia się powoli obraz
      utrwalony wczoraj, rok temu i osiem lat temu
      175
      i patrzymy na siebie, to znaczy ja patrzę dziś na to dawniej
      które już nie patrzy, ale je widać
      od strony aktualnej, po której ja stoję
      (do czasu — )
      W jakiś jesienny wieczór, kiedy przełamuje się dzień
      180
      i noc, i fala rozlewa się w brunatno złotym świetle
      na ciemniejącym piasku czasu
      on wziął mój aparat
      i 18 kwietnia 1958, wieczorem
      pstryknął: stoję przed drzwiami domu i właśnie
      185
      przekręcam klucz w zamku, w czerwonej wełnianej
      kurtce z postawionym kołnierzem,
      i patrzę w obiektyw,
      a potem otworzyłabym drzwi
      i weszliśmy do środka.

      *

      190
      A gdybym została w Polsce? Nie udało by się
      dostać do Hiszpanii albo bałabym się za bardzo;
      coraz bardziej bym czuła jak tu duszno, i że dotyczy mnie
      tyle nienawiści i tyle pogardy, że to musi uszkodzić ci duszę,
      ci korporanci, żyletkarze, księża wężowym jadem
      195
      plujący z ambon,
      i ci Żydzi z małych miasteczek, ortodoksi,
      poza czasem i poza przestrzenią, te moje babcie i dziadkowie wobec których jestem zniecierpliwiona i nie najgrzeczniejsza,
      „proszę, jaka ona mądra”, mówiła by babcia
      z politowaniem.
      200
      I co bym robiła? Kogo bym poznała, z kim się przyjaźniła, jakie
      plany układała? Czy zakochałabym się w Dorce z domu na rogu,
      czy raczej w jej bracie,
      a może zbierałabym się do Palestyny
      lub do Belgii,
      205
      nie wiem
      W 1942 lub w 43 zagazowano by mnie albo zastrzelono
      nad rowem gdzieś w lesie
      lub może bym przeżyła jakimś cudem —
      — jakkolwiek by było
      210
      i tak bym wiedziała
      że świat nie jest
      nie
      świat nie jest
      gotowy —

      1996

      Bezpieczne płatności zapewniają: PayU Visa MasterCard PayPal

      Dane do przelewu tradycyjnego:

      nazwa odbiorcy

      Fundacja Wolne Lektury

      adres odbiorcy

      ul. Marszałkowska 84/92 lok. 125, 00-514 Warszawa

      numer konta

      75 1090 2851 0000 0001 4324 3317

      tytuł przelewu

      Darowizna na Wolne Lektury + twoja nazwa użytkownika lub e-mail

      wpłaty w EUR

      PL88 1090 2851 0000 0001 4324 3374

      Wpłaty w USD

      PL82 1090 2851 0000 0001 4324 3385

      SWIFT

      WBKPPLPP

      x
      Skopiuj link Skopiuj cytat
      Zakładka Istniejąca zakładka Notka
      Słuchaj od tego miejsca